Recenzje
WIELKI MARTY. Kombinator [RECENZJA]
W skali makro Wielki Marty okazuje się filmem o nieokrzesanej młodości, rozsadzającej wszystkie ramy oraz towarzyszącej tej młodości ambicji.
Kiedy osoba zza granicy postanawia nauczyć się języka polskiego, to prędzej czy później trafia na szalenie popularne słowo „kombinować”. Jak zwykło się podkreślać: czasownik typowo polski, nieposiadający idealnych odpowiedników w innych językach. Choć pochodzi od łacińskiego combinare (łączyć, zestawiać, składać w całość), to większość Polaków rozumie go raczej jako intensywne szukanie rozwiązania, często z użyciem środków nie do końca uczciwych, albo przynajmniej nieoczywistych. Kto wie, może rzeczywiście jesteśmy narodem kombinatorów, skoro tak zawrotną karierę zrobiło u nas podobne wyrażenie. Jeżeli naprawdę tak jest, to Polakami są w głębi duszy bohaterowie filmów Josha Safdiego – najwięksi krętacze i cwaniacy współczesnego kina. Ludzie, którzy niewpuszczeni drzwiami, bez większego namysłu wskakują do środka oknem, raniąc się przy tym boleśnie odłamkami szkła. Do Conniego Nikasa z Good Time i Howarda Ratnera z Nieoszlifowanych diamentów dołączył właśnie Marty Mauser, tytułowy bohater Wielkiego Marty’ego. Z jednej strony bodaj największy dupek z całej trójki, z drugiej – jako jedyny niepozbawiony nadziei na zmianę i lepsze jutro.
Marty’ego reżyser przedstawia nam w momencie przełomowym. Chłopak pracuje w sklepie obuwniczym swojego wuja. Sprzedaż butów nie jest jednak szczytem jego marzeń – myślami bohater znajduje się przy stole do ping-ponga, grając w finale prestiżowego British Open. Kiedy tylko nadarza się dogodna okazja, Marty kradnie z kasy 700 dolarów, kupuje bilet lotniczy i leci wziąć udział w turnieju. W międzyczasie zapładnia swoją przyjaciółkę-sąsiadkę-kochankę (to skomplikowane), wdaje się w romans z wygasłą gwiazdą filmową i nabija rachunek w Ritzu na 1500 dolarów. Przede wszystkim zaś: kombinuje. Nieustannie, w każdej sekundzie swojego życia. Jak zdobyć pieniądze, jak zaspokoić popędy, jak spełnić największe marzenie każdego sportowca – wygrać finał Mistrzostw Świata i zapisać się na stałe w historii dyscypliny.

Streścić rzetelnie Wielkiego Marty’ego nie sposób. Za dużo się tu dzieje, w zbyt krótkich odstępach czasu. Josh Safdie i jego stały współscenarzysta (oraz współmontażysta) Ronald Bronstein nie wiedzą, co to znaczy „chwila na oddech” – wrzucają widza na karuzelę wydarzeń już od pierwszej sceny, zwieńczonej efektowną wizualizacją wyścigu plemników przy akompaniamencie hitu Forever Young. Dramaturgię filmów Safdiego, który aż do Nieoszlifowanych diamentów tworzył w duecie z bratem Bennym, zwykło porównywać się do „kuli śnieżnej” i jest to porównanie jak najbardziej zasadne oraz aktualne. Podobnie jak tocząca się po stromym zboczu kula, Wielki Marty rozpędza się sukcesywnie, aż do momentu, w którym zatrzymać może się tylko w jeden sposób – spektakularną kraksą, wyzwalającą ogrom nagromadzonego w widzach napięcia.
W całym tym pędzie nie gubi się, całe szczęście, bohater. Safdie ani na moment nie traci go z oczu, choć są fragmenty, w których kamera Dariusa Khondjiego ledwo za Martym Mauserem nadąża. Dwudziestotrzyletni tenisista stołowy jest wulkanem energii – częściej biega, niż chodzi, więcej krzyczy, niż mówi, wszędzie jest go pełno, a najwięcej tam, gdzie być go nie powinno. Jego niewyparzona gęba przysparza mu tyle samo wielbicieli, co przeciwników – co rusz otwiera bohaterowi drzwi, które dla innych nigdy nawet by się nie uchyliły, ale tylko po to, żeby zaraz z hukiem je przed nim zatrzasnąć. W skali makro Wielki Marty okazuje się filmem o nieokrzesanej młodości, rozsadzającej wszystkie ramy, w które próbuje się ją wcisnąć, oraz towarzyszącej tej młodości ambicji – do bólu amerykańskim przekonaniu o tym, że żadne ograniczenia nie istnieją, a do osiągnięcia sukcesu wystarczy mieszanka talentu i pewności siebie.

Właśnie ta specyficzna mieszanka sprawia, że trudno wyobrazić sobie lepszy casting do roli Marty’ego od Timothéego Chalameta, aktora będącego personifikacją obu wymienionych wartości: młodości i ambicji. Internetowym viralem stało się w zeszłym roku jego przemówienie, wygłoszone podczas rozdania nagród Amerykańskiej Gildii Aktorów. Chalamet ogłosił wówczas wszem wobec, że jego marzeniem jest, aby ludzie wymieniali go w przyszłości w jednym zdaniu z największymi: Marlonem Brando, Michaelem Phelpsem czy Michaelem Jordanem. Nie chodzi więc w tym momencie wyłącznie o dobre aktorstwo – chodzi o bycie absolutnie najlepszym w swojej dziedzinie. Przemówienie Chalameta spotkało się z niejednoznacznym odbiorem. Niektórzy chwalili go za szczerość i, no właśnie, ambicję. Inni podkreślali, że podobne wyznanie jest przejawem pychy i porażającego wręcz braku skromności. Jakkolwiek by nie było, Chalamet robi z rzekomego braku skromności doskonały użytek – wlewa w swoją postać naturalną charyzmę, wypełnia ją własnymi ambicjami i frustracjami, ukrytymi tym razem za bezpieczną maską fikcji. Można go jako człowieka nie lubić, można go jako aktora nie trawić, ale talentu – zwłaszcza po seansie Wielkiego Marty’ego – odmówić mu nie sposób.

Sam Chalamet filmu jednak nie robi. Castingowe umiejętności Safdiego docenić jeszcze łatwiej, kiedy rzuci się okiem na drugi plan, wypełniony w dużej mierze osobami, które albo doświadczenia aktorskiego do tej pory nie miały, albo powracają na ekran po dłuższej przerwie. Bo kogo my tam nie znajdziemy? Jest prominenty biznesmen z programu Shark Tank, jest popularny amerykański raper, jest legendarny reżyser nowojorskiego kina gangsterskiego (nie chodzi o Martina Scorsesego!), jest wyciągnięta z hollywoodzkiego niebytu aktorka, jest wreszcie koleś, który popularność zyskał za sprawą krótkiego wywiadu nagranego po meczu Knicksów (szczęśliwie okazało się, że Safdie jest fanem tej samej drużyny). Każda z tych osób obsadzona jest w punkt, to znaczy w roli, która w jakimś stopniu koresponduje z jej publicznym wizerunkiem. Ich nieopatrzone twarze stanowią natomiast kolektywną wartość dodaną – to również dzięki nim Wielki Marty wydaje się filmem tak świeżym i ekscytującym.
Być może każdy film o młodości musi być jednocześnie filmem o jej końcu. Wielki Marty nie jest wyjątkiem. W poruszającym finale bohater wreszcie dostrzega coś więcej niż czubek własnego nosa i bierze odpowiedzialność za cudze życie. Trudno o bardziej dojrzały gest, będący jednocześnie sygnałem wkroczenia w dorosłość. Safdie oczywiście nie jest naiwniakiem: nie rozwiewa naszych wątpliwości, pozostawiając w mocy pytania o autentyczność, a przede wszystkim wytrwałość tego gestu. Oglądając rozklejającego się na naszych oczach Chalameta, trudno nie odnieść jednak wrażenia, że coś się w jego bohaterze zmieniło. Marty musiał sięgnąć dna, aby zrozumieć, że nie jest pępkiem świata, a cel nie zawsze uświęca środki. W nagrodę otrzymuje od losu drugą szansę – coś, o czym bohaterowie poprzednich filmów Safdiego mogli jedynie pomarzyć. Oby tym razem udało mu się nie przekombinować.
