Recenzje
VERITY. CORAZ WIĘKSZY MROK. Nijaki przeciętniak
Verity. Coraz większy mrok nie jest pierwszą współpracą reżysera i Anne Hathaway. W 2024 roku aktorka zagrała w Na samą myśl o tobie.
Znana i uwielbiana pisarka, autorka popularnej serii książek inspirowanych cnotami kardynalnymi, Verity Crawford, staje się ofiarą wypadku samochodowego. Jej niedokończone powieści utknęły w notesach i pudełkach. Wydawnictwo zajmujące się serią nie chce, aby się zmarnowały. Za namową męża Verity, Jeremiego, zadanie dokończenia książki przypada pisarce, szarej myszce, Lowen Ashleigh. Verity. Coraz większy mrok.
Verity nie jest pierwszą współpracą Michaela Showaltera i Anne Hathaway. W 2024 roku aktorka zagrała główną rolę w filmie, również produkcji Amazon Prime, Na samą myśl o tobie. Romans mocno zanurzony w świecie boysbandów, fanfiction i nastoletnich fantazji nie zdobył najwyższych not wśród widowni, ale jednego nie można mu odmówić – zapewniał całkiem niezłą zabawę. Tym razem reżyser zmienił kierunek o 180 stopni. Sama kolorystyka kolejnych kadrów sugeruje mrok opowieści.

Niestety, scenariusz to sklejka dobrze znanych klisz. Przypadkowe spotkanie na ulicy, trójkąt miłosny, rodzinna intryga, wybuchowy mąż, demonizowana żona itd. W przypadku satyrycznej zabawy tymi elementami opowieść mogłaby zapadać w pamięć i wnosić do filmowej rozmowy ciekawy głos. Verity nie idzie w tym kierunku. Prezentuje powtarzalną i niezapadającą w pamięć historię pozbawioną niuansów.
Wielokrotnie podczas seansu myślałam o strzelbie Czechowa. Dramaturg zwracał uwagę, że jeśli w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to w ostatnim musi ona wystrzelić. Zwykle twórcy używają tego zabiegu z wyczuciem, tak aby elementy opowieści nie były nachalne. W końcu są jedynie sugestią, lekkim skinieniem głowy. Verity niestety nie bawi się w subtelność.

Widz niemal od razu zrozumie istotność przedmiotu czy interakcji, jako że twórcy wskazują na nie palcem. Idealnie widać to w scenie na samym początku filmu, w której Lowen staje się świadkinią wypadku. Zamiast pozwolić widzowi samodzielnie połączyć kropki, twórcy niemal od razu sugerują znaczenie spotkania bohaterów. Kolejne wydarzenia nie tyle budują napięcie, ile potwierdzają nasze wcześniejsze przypuszczenia.
Problem nie polega jednak na samym korzystaniu z ogranych motywów. Z dobrze znanych elementów można przecież stworzyć angażującą i przewrotną historię czy satyryczną parodię. Verity nie próbuje jednak bawić się oczekiwaniami widza. Przeciwnie – bardzo szybko podpowiada, komu powinniśmy ufać, kogo się bać i które wydarzenia uznać za podejrzane. Zakończenie może i oferuje plot twist, jednak nie ratuje on filmu. Zamiast uczucia satysfakcji widz zostaje z pytaniem: co ja właściwie obejrzałem?

Bohaterowie, mimo dobrej roboty aktorskiej Dakoty Johnson, Anne Hathaway i Josha Hartnetta, nie angażują widza. Owszem, scenarzyści starali się poprzez retrospekcje, dzienniki i emocjonalne wyznania w kuchni pogłębić postaci. Efekt końcowy jednak nie zadowala. Po seansie mam poczucie, że nie poznałam żadnej z postaci.
Nie oznacza to jednak, że między aktorami zupełnie brakuje chemii. Dakota Johnson i Josh Hartnett potrafią stworzyć między swoimi bohaterami relację, która przez chwilę wydaje się wiarygodna. Problem pojawia się wtedy, gdy scenariusz próbuje nadać jej większe znaczenie. Zamiast rozwijać relację Lowen i Jeremiego, film szybko sprowadza ją do kolejnego elementu układanki. Podobnie jest z Anne Hathaway, która dostaje niewdzięczne zadanie zagrania postaci mającej być jednocześnie niepokojącą, tajemniczą i odpychającą. Aktorka niewątpliwie daje z siebie dużo, ale nawet najlepsza kreacja nie jest w stanie zastąpić dobrze napisanej bohaterki.

W efekcie trudno przejąć się losem któregokolwiek z bohaterów. Ich emocje są nam raczej komunikowane niż budowane. Kiedy ktoś cierpi, wiemy, że powinniśmy współczuć. Kiedy ktoś zachowuje się podejrzanie, wiemy, że powinniśmy zacząć się bać. Brakuje natomiast tego najważniejszego elementu – poczucia, że za kolejnymi decyzjami i emocjami rzeczywiście stoi człowiek, a nie scenariusz próbujący doprowadzić nas do następnego zwrotu akcji.
Czy warto wybrać się do kina na Verity. Coraz większy mrok? Jeśli interesuje was nijaki przeciętniak, to znaleźliście tytuł dla siebie. Jeśli jednak oczekujecie czegoś więcej, Verity możecie spokojnie ominąć.

