nowości kinowe

GOTOWI NA WSZYSTKO. EXTERMINATOR. Metalowa komedia nie dla fanów metalu

To być może najmniej metalowy film o metalu, jaki kiedykolwiek nakręcono, ale przy okazji także solidna polska komedia, co nie zdarza się często.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Time to Kill

Dużo sobie obiecywałem po tym filmie, bo miałem wrażenie, że do pewnego stopnia jest także o mnie. Jestem po trzydziestce, w młodości zarzucałem długie do pasa włosy na grzbiet odziany w koszulki między innymi Vadera czy Obituary i po dziś dzień organizuję koncerty. Okazało się jednak, że fanowskiego ducha jest tutaj niewiele, a muzyka metalowa ma znaczenie peryferyczne.

Najgorszej wypada tytuł. Ewidentnie zabrakło odwagi, by użyć samego Exterminator i postawić na nietypową promocję z nazwą zapisaną w charakterystycznym, “krzaczastym” stylu, jaki można zresztą zobaczyć podczas napisów początkowych. Niepotrzebnie dodano asekuracyjne, nijakie Gotowi na wszystko, a w dodatku marny plakat sugeruje tandetną komedię romantyczną. Jeżeli chodzi o reklamę, to polskim dystrybutorom wciąż daleko do kreatywności na miarę kampanii towarzyszącej premierze Deadpoola. Można było świetnie to rozegrać, zaproponować stworzenie oprawy graficznej na przykład Jerzemu Kurczakowi, jednemu z najbardziej zasłużonych twórców w Polsce, który rysował okładki płyt dla Acid Drinkers, Kat, Turbo czy Wolf Spider. Niestety zwyciężył wariant równania do normy i właściwie cały film jest z tego powodu osłabiony.

Historia (stworzona w oparciu o książkę Kochanowo i okolice Przemysława Jurka) to doskonały materiał na scenariusz, aczkolwiek bardziej przystaje do prawdziwych losów kapel z przełomu lat 80. i 90., na przykład gdyńskiego Hektora (przemianowanego później na Hektcöre); doskonale zapowiadającego się Imperatora, Scarecrow, Egzekuthor, Vexation, Merciless Death, Separatora, Piekielnych Wrót czy Oddechu Buntownika. Exterminator zakończył działalność w okolicach 2008 roku, więc w czasach, kiedy ziny czy tape trading znikały, a festiwal Metalmania szykował się do kilkuletniej przerwy. Wokół garażowej kapeli z tamtego okresu nie mógł narosnąć żaden kult, ale bardziej od nietrafionych realiów razi niemalże całkowity brak metalu na ścieżce dźwiękowej.

Świetnie sportretowano męską przyjaźń - z jednej strony nie sprowadza się wyłącznie do pijaństwa i konkursu na najwyższy poziom testosteronu, a z drugiej nie jest wyidealizowanym światem braterstwa ponad wszystko.

Rozumiem, czasy są ciężkie, zespoły metalowe muszą tłumaczyć się przed sądami z powodu projektu plakatu, a przed salami koncertowymi odmawia się różańce, więc po co się narażać? A może to był strach przed widzem? Bo co jeżeli nie wysiedzi w kinie na tych kilku minutach z nieco głośniejszą muzyką niż Nocny Kochanek? Oczywiście odbiorca niesłuchający metalu nie będzie zawiedziony, a utwór Time to Kill odegrany w rzeczywistości przez wrocławski The Sixpounder (z death metalem mający tyle samo wspólnego, co Papa Dance albo Kombi) zabrzmi dla niego wiarygodnie, niemniej podejrzewam, że wielu fanów gatunku ulegnie ciekawości i kupi bilety, a gdyby zaserwować im ścieżkę dźwiękową w wykonaniu Banishera, Ulcera albo Hate, do tego samego namówiliby jeszcze przyjaciół i rodziny.

Żeby nie było jednak zbyt “sekciarsko”, Exterminator i tak jest jedną z lepszych polskich komedii ostatnich lat. Może nie tak dobrze napisaną, jak Kamper czy Atak paniki, ale nie rażącą prostackim poczuciem humoru, którego główną bronią ma być wulgarność. Świetnie sportretowano męską przyjaźń – z jednej strony nie sprowadza się wyłącznie do pijaństwa i konkursu na najwyższy poziom testosteronu, a z drugiej nie jest wyidealizowanym światem braterstwa ponad wszystko. Są wzloty i upadki, stare i nowe waśnie oraz wola odnalezienia porozumienia, mimo żalu za odrzucony lata temu riff albo zawalenie koncertu. Sztampowa historia miłosna z obowiązkowym rozstaniem i powrotem w wykonaniu głównego bohatera nie wzbudza żadnych emocji (widzieliśmy to już milion razy), ale nietypowy romans gitarzysty-bankiera z pacjentką zakładu psychiatrycznego to przyjemny powiew świeżości w realiach zestandaryzowanego romantyzmu ekranowego. Dostajemy do tego jeszcze parę nieoczywistych, choć w ostatnim akcie trochę kreskówkowych, czarnych charakterów i naprawdę trudno się nudzić przez dwie godziny seansu.

Jeżeli przymkniecie oko na rasistowski żart z zupką chińską, przeprowadzanie testu Rorschacha wbrew procedurze (i przeprowadzanie go w ogóle, to dość archaiczne i w Polsce raczej niepraktykowane narzędzie), granie pod oknem ukochanej bez podłączania wzmacniacza do prądu albo transmisję telewizyjną przaśnego wydarzenia zorganizowanego przez niewielką wieś, dostaniecie przyjemną, odprężającą komedię. Szkoda tylko, że wyprodukowano ją z hamulcem wciśniętym do oporu i nie odważono się pójść w kierunku na przykład japońskiego Detroit Metal City, gdzie ukazano nieco odwrotną sytuację (delikatny romantyk wbrew sobie musiał śpiewać w metalowym zespole) albo fenomenalnego komiksu Krzysztofa “Prosiaka” Owedyka – Będziesz smażyć się w piekle.

Metalu w Gotowych na wszystko jest tyle, co zombie w ostatnich sezonach The Walking Dead, więc jeżeli zaliczacie się do tej grupy potencjalnych odbiorców, która doskonale wie, że na przestrzeni kilku dekad istniały przynajmniej trzy zespoły noszące nazwę Exterminator (francuski, działający w latach 1984–1987; brazylijski, funkcjonujący w zbliżonym okresie, oraz belgijski, założony na początku lat 90., aktywny do 2008 roku), to ignorancja autorów filmu może was razić. Jeżeli natomiast po prostu chcecie zobaczyć solidną polską komedię, dobrze trafiliście.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane