Recenzje

LATE NIGHT. Nieśmieszny film o komedii

Autor: Michalina Peruga
opublikowano

Katherine Newbury (Emma Thompson) to główna prowadząca kultowego telewizyjnego talk-show. Chociaż jej komediowa kariera była niegdyś pasmem sukcesów, obecnie jej program boryka się z niską oglądalnością. W celu odświeżenia przestarzałego formatu programu do zespołu scenarzystów postanawia zatrudnić nowego pracownika, najlepiej kobietę. Tym sposobem, w ramach tego, co świat anglojęzyczny zwie diversity hire (polityka zatrudnienia stawiająca na różnorodność), do zespołu składającego się z samych białych facetów dołącza dwudziestoparoletnia Molly Patel (Mindy Kaling), pół Amerykanka, pół Hinduska. Chociaż brak jej doświadczenia w komedii, wykorzystuje swoje umiejętności z zakładu chemicznego, aby przeprowadzić szczegółową analizę efektywności pracy zespołu. Molly próbuje spełnić swoje marzenia, a także udowodnić niechętnym kolegom z zespołu i samej pracodawczyni, że ma talent. Czy jej się uda? Nie trzeba filmu oglądać, żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Bo Late Night, wyreżyserowane przez Nishę Ganatrę (Dziewczyny, Mr. Robot) i napisane przez grającą główną rolę Mindy Kaling, to w swojej fabularnej strukturze przede wszystkim typowa, wtórna, komediowa opowiastka – klasyczne amerykańskie kino stylu zerowego. A szkoda, bo przecież z tylu ważnych, społecznie aktualnych tematów – problemu seksizmu w miejscach pracy, inkluzywności, ageizmu – wyłuskać można było znacznie, znacznie więcej. Late Night świetnie radzi sobie przede wszystkim jako społeczna satyra i błyszczy w tych momentach, kiedy w inteligentny sposób żartuje sobie z politycznej poprawności. Poza tym film nie kryje w sobie żadnych niespodzianek. Do przewidywalnego zakończenia i wtórnego schematu fabularnego scenariusz Late Night dokłada tajemny składnik wszystkich komedii – wątek romantyczny. Pomijając fakt, że jest on całkowicie zbędny, trochę szkoda, że scenariusz poruszający ważne kwestie równościowe popada w tak oklepane schematy, zmuszając swoją bohaterkę, jedyną kobietę w swoim miejscu pracy, do nawiązania relacji z kolegą z biura. Wszystkie te potknięcia można by Late Night wybaczyć, gdyby chociaż żarty wybijały się ponad przeciętność. Niestety, scenariusz Kaling serwuje nam same odgrzewane, nieśmieszne kotlety. A przypominam, że to film komediowy o komedii.

Nie zawodzi za to nawet przez chwilę Emma Thompson. Film niewątpliwie należy do niej, szczególnie w jednej dramatycznej scenie pod koniec filmu, w której daje popis swoich aktorskich umiejętności. Thompson zagrała nawet ostatnio podobną rolę power woman – polityczki Vivienne Rook w brytyjskim miniserialu Rok za rokiem, jednak Katherine Newbury najbliżej do Mirandy Priestly z Diabeł ubiera się u Prady. Chociaż obie bohaterki łączy niezależność, bezkompromisowość i despotyczność w stosunku do swoich podwładnych, Ganatrze i Kaling udaje się pokazać także tę bardziej ludzką stronę Katherine. To dobrze napisana i świetnie zagrana postać – wielowymiarowa, wiarygodna, z krwi i kości.

Mimo to, po dość męczącym seansie na wrocławskim American Film Festival, byłam zupełnie zaskoczona przeciętnością tytułu, wokół którego został wytworzony ogromny medialny szum. Late Night chwalono na Sundance Film Festival, a Amazon stoczył bitwę o prawa do filmu, wydając na niego niebagatelną sumę 13 milionów dolarów, która sporo wykraczała poza zwyczajowe sumy wydawane na festiwalowe hity. Wyniki finansowe produkcji wypadają blado, co tylko świadczy o tym, że wtórna fabuła i kiepskie żarty nie skradły serc widzów, a Late Night nie zasłużyło na „przywilej naszego czasu”.

Ostatnio dodane