Connect with us

News

SUPERGIRL – nowy materiał promujący film

Do sieci trafił nowy materiał z filmu Supergirl, w którym widzimy m.in. psa Krypto.

Published

on

supergirl

Do sieci trafił nowy materiał z filmu Supergirl, w którym widzimy m.in. psa Krypto.

Klip poniżej:

Advertisement

Fabuła filmu jest oparta na komiksie Toma Kinga z 2022 roku o tym samym tytule, w którym Kara Zor-El pomagała młodej dziewczynie Ruthye pomścić śmierć ojca. Za scenariusz odpowiada Ana Nogueira, a reżyseruje Craig Gillespie (Cruella, I, Tonya). Produkują włodarze DCU, James Gunn i Peter Safran. W obsadzie są m.in. Milly Alcock w roli tytułowej, Matthias Schoenaerts jako złoczyńca Krem z Yellow Hills oraz Eve Ridley jako Ruthye Marye Knoll. Rodziców Kary zagrają David Krumholtz i Emily Beecham.

Advertisement

Film zadebiutuje 26.06.2026 roku.

Advertisement

Elblążanin. Docenia zarówno kino nieme, jak i współczesne blockbustery oparte na komiksach. Kocha trylogię "Before" Richarda Linklatera. Syci się nostalgią, lubi fotografować. Prywatnie mąż i ojciec, który z niemałą przyjemnością wprowadza swojego syna w świat popkultury.

Advertisement
1 Comment

1 Comment

  1. aroj

    8 lipca, 2026 at 15:29

    Czy kino superbohaterskie naprawdę musi udawać Szekspira? Od wielu lat filmy superbohaterskie oceniane są według coraz bardziej absurdalnych kryteriów. Jedni oczekują od nich filozoficznej głębi rodem z Bergmana, inni chcieliby, aby każdy kolejny tytuł był monumentalnym widowiskiem na miarę „Diuny” czy „Władcy Pierścieni”. Tymczasem „Supergirl” w reżyserii Craiga Gillespiego nawet nie próbuje być dziełem, które zrewolucjonizuje kino science fiction. I bardzo dobrze.
    Nie każdy film science fiction musi być epicką opowieścią o losach wszechświata. Nie każdy film superbohaterski potrzebuje monotonnych rozważań o moralności, odpowiedzialności czy naturze człowieka. Czasami wystarczy sprawnie opowiedziana historia, odrobina humoru, dobrze zrealizowane sceny akcji i bohaterowie, których po prostu chce się oglądać. I właśnie takim filmem jest „Supergirl”.
    Nie jest to kino przełomowe. Nie zapisze się złotymi zgłoskami w historii gatunku. Ale przez niemal dwie godziny zwyczajnie dobrze bawi widza. W czasach, gdy niemal każda produkcja próbuje udowodnić widzowi, że jest „ważna”, „Supergirl” przypomina, że kino może być przede wszystkim rozrywką.
    Największym atutem filmu jest bezdyskusyjnie Milly Alcock. Aktorka właściwie od pierwszych minut kradnie ekran i pokazuje, że idealnie nadaje się do tej roli. Jej Kara Zor-El jest jednocześnie pewna siebie, impulsywna, zadziorna, momentami nieokrzesana, ale nigdy nie traci ludzkiego wymiaru. Alcock nie gra kolejnej nieskazitelnej bohaterki. Gra młodą kobietę, która popełnia błędy, reaguje emocjonalnie i dopiero odnajduje własną drogę.
    To właśnie dzięki niej film ma energię. Nawet kiedy scenariusz zwalnia albo wpada w bardziej przewidywalne tony, Alcock potrafi utrzymać uwagę widza samą swoją obecnością. Widać ogromną charyzmę, naturalność i ekranową swobodę. Bardzo dobrze wypada również Eve Ridley jako Ruthye. To rola znacznie spokojniejsza, bardziej wycofana, ale aktorka znakomicie odnajduje się jako emocjonalna przeciwwaga dla żywiołowej Supergirl. Ich relacja rozwija się wiarygodnie i właśnie wspólne sceny obu bohaterek należą do najlepszych momentów filmu.
    Ridley nie próbuje dominować. Buduje swoją postać drobnymi gestami, spojrzeniami i spokojniejszą grą aktorską, dzięki czemu duet z Alcock działa wyjątkowo dobrze.
    Największym rozczarowaniem okazuje się Lobo, grany przez Jasona Momoę. Trudno mieć pretensje do samego aktora. Momoa robi wszystko, co może, aby nadać postaci charakteru, jednak scenariusz praktycznie nie daje mu żadnych narzędzi. Lobo powinien być żywiołem. Nieprzewidywalnym brutalem, który jednocześnie fascynuje swoją bezczelnością i anarchiczną naturą. Tymczasem filmowy bohater jest dziwnie nijaki. Niby jest oprychem, ale za chwilę zachowuje się jak poczciwiec. Niby jest bezwzględny, ale zaraz okazuje się całkiem sympatyczny. Trudno zrozumieć, kim właściwie ma być. To postać pozbawiona wyrazistego charakteru, zawieszona gdzieś pomiędzy antybohaterem a komediowym wesołym łotrzykiem. Efekt jest taki, że po zakończeniu filmu niewiele z niej pozostaje w pamięci.
    Jeszcze większy problem stanowi krótki występ Davida Corensweta jako Supermana. To zaskakujące, ponieważ sam aktor potrafił wcześniej pokazać znacznie więcej. Tutaj jednak jego Superman wypada wyjątkowo blado. Brakuje mu charyzmy, siły i ekranowej obecności. Sprawia wrażenie bohatera wycofanego, pozbawionego wyraźnych emocji i zdecydowania. Problemem nie jest sam aktor, lecz sposób napisania i wyreżyserowania postaci.
    Filmowi zarzuca się również, że nie podejmuje wielkich tematów filozoficznych. Tylko czy naprawdę musi? Nie. Nie. I jeszcze raz nie!
    Czy każda historia o superbohaterach powinna zamieniać się w akademicką rozprawę o odpowiedzialności moralnej? Czy każdy kolejny film z uniwersów DC lub Marvela ma obowiązek zadawać egzystencjalne pytania o sens istnienia? Oczywiście, że nie.
    „Supergirl” nie aspiruje do roli manifestu filozoficznego. To przede wszystkim przygodowe kino science fiction z elementami komedii i widowiskowej akcji. I właśnie w tej konwencji sprawdza się najlepiej.
    Oczywiście film nie jest pozbawiony wad. Scenariusz bywa schematyczny, niektóre dialogi są zbyt proste, a kilku bohaterów drugoplanowych mogłoby zostać znacznie lepiej napisanych. Mimo to całość ogląda się z przyjemnością. To lekki, dynamiczny blockbuster, który nie udaje czegoś, czym nie jest.
    „Supergirl” nie zmienia historii kina. Nie redefiniuje gatunku. Nie odkrywa nowych znaczeń superbohaterstwa. Ale czy naprawdę musi? Czasami wystarczy po prostu dobrze spędzony wieczór w kinie. I właśnie to ten film oferuje.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *