Publicystyka filmowa
Telewizyjna 2001: ODYSEJA KOSMICZNA? Ten serial SCI-FI docenił sam Isaac Asimov!
Księżyc zwykle jest w kinie przystankiem albo celem. W tej serii staje się przymusowym środkiem transportu dla ludzi, którzy stracili drogę do domu. Kosmos 1999
Księżyc zwykle jest w kinie przystankiem albo celem wyprawy. W tym serialu staje się przymusowym środkiem transportu dla ludzi, którzy stracili drogę do domu. Mieszkańcy bazy Alpha mają sprzęt i procedury, ale po katastrofie muszą zmierzyć się z czymś, do czego nie przygotował ich żaden trening. W tym serialu równie mocno jak kosmiczne pojazdy przyciąga uwagę zachowanie ich pasażerów: powściągliwych, dalekich od przygodowej brawury. Po latach nadal zastanawia spokój, z jakim załoga wykonuje obowiązki, choć za oknami bazy nie ma już znajomej Ziemi. Kosmos 1999.
Mały ekran, wielkie modele
Stworzony przez Gerry’ego i Sylvię Andersonów Kosmos 1999 trafił na antenę ITV w 1975 roku i należał do najdroższych przedsięwzięć ówczesnej brytyjskiej telewizji. Po eksplozji odpadów nuklearnych Księżyc opuszcza orbitę Ziemi, a załoga Alphy zostaje skazana na wędrówkę bez możliwości powrotu do domu. Już ten pomysł odbiera bohaterom przywilej typowych kosmicznych odkrywców: nie wybierają sobie kierunku lotu. Dlatego pierwszy sezon najlepiej oglądać jako opowieść o rozbitkach, którym imponująca technika nie zapewnia kontroli nad własnym losem.

Pokrewieństwo z 2001: Odyseją kosmiczną Stanleya Kubricka ma tutaj konkretny adres: warsztat Briana Johnsona. Twórca efektów wspominał, że przy projektowaniu Orła (statek rozbitków) chciał oddać hołd temu filmowi, a zarazem uzyskać wiarygodną, modułową maszynę kojarzącą się z ówczesną techniką NASA. Rury i kratownice nadają pojazdowi wygląd urządzenia do pracy, nie ozdobnego rydwanu – łatwo uwierzyć w jego praktyczne zastosowanie. Orzeł wygląda jak maszyna, którą ktoś naprawdę zbudował i codziennie wysyła do roboty.
Za przekonującym wyglądem kosmicznych lotów stała cierpliwa praca z miniaturami. Johnson i jego współpracownicy, wśród nich Nick Allder, korzystali z kamer 35 mm i wielokrotnych ekspozycji. Budowali modele w różnych skalach. W serialu Johnson wykorzystał też doświadczenie zdobyte przy gwiezdnych tłach do filmu Kubricka. Dzisiaj te zdjęcia nadal mają ciężar i namacalność, których nie da się sprowadzić do nostalgii za dawnymi efektami. Widać zaprojektowany przedmiot z jego fakturą; można mu się przyglądać dla samej przyjemności oglądania dobrze wykonanej filmowej maszyny.

Kosmos 1999 to rozbitkowie zamiast zdobywców
Najciekawszy w pierwszym sezonie jest lęk przed czymś, czego nie sposób objaśnić. Christopher Penfold mówił o wiarygodnych ludzkich reakcjach na zjawiska paranormalne i o przygodzie opartej na ideach. Nad historiami pracował z Johnnym Byrne’em, przy dużym udziale Gerry’ego Andersona. Załoga Alphy przypomina małą społeczność wystawioną na próbę: naukowe przygotowanie pomaga jej działać, ale nie gwarantuje odpowiedzi. Serial zasługuje na uwagę właśnie ze względu na tę nietypową bezradność – bohaterowie muszą podejmować decyzje, choć nie dostają wygodnej instrukcji obsługi wszechświata.
Naukowy punkt wyjścia trudno obronić, co dostrzegł Isaac Asimov w artykule z 28 września 1975 roku. Pisarz wytykał nieprawdopodobieństwo zmiany orbity Księżyca i regularnych spotkań z kolejnymi światami, ale potrafił przy tym zaakceptować ustępstwo na rzecz dramaturgii, chwalił efekty oraz odtworzenie niskiej grawitacji i życzył produkcji powodzenia. Taka reakcja idealnie pasuje do dzisiejszego odbioru: można widzieć nieprawdopodobieństwo założeń i nadal dać się przekonać obrazom.

Dowódcę Johna Koeniga gra Martin Landau, lekarkę Helenę Russell – Barbara Bain, a ich powściągliwość bardzo pasuje do opowieści o zawodowcach, którzy próbują zachować dyscyplinę w sytuacji bez precedensu. Pierwsze recenzje serialu łączyły podziw dla efektów specjalnych z zarzutami dotyczącymi aktorstwa i sposobu przedstawienia bohaterów. Dzisiaj ten dystans jest wręcz zaletą – zamiast natychmiast zaprzyjaźniać się z załogą, widz obserwuje ludzi zamkniętych w kręgu swoich obowiązków i tym mocniej odczuwa niepokój, gdy zawodowa rutyna przestaje im wystarczać.
Kosmos 1999 i artystyczne różnice
Praca nad serialem nie przebiegała zgodnie z jednym, spokojnie realizowanym zamysłem. Penfold odszedł jeszcze przed końcem pierwszego sezonu, po sporach o postacie i schematyczną akcję. W drugim nie wróciła w kolei Sylvia Anderson, a Fred Freiberger skierował produkcję ku bardziej bezpośredniej rozrywce dla amerykańskiego widza. Przybyło humoru i akcji, pojawiła się Maya. Przez dwa sezony powstało łącznie 48 odcinków, lecz różnica między odsłonami jest wyraźna: szczególny urok wcześniejszych historii tkwił bowiem w niepewności, którą łatwo było zagłuszyć kolejnym przygodowym zadaniem.

Ronald D. Moore przyznał, że z Kosmosu 1999 zaczerpnął montaż fragmentów bieżącego odcinka w czołówce swojej wersji Battlestar Galactica. Zanim opowieść ruszy na dobre, widz dostaje krótką zapowiedź tego, co za chwilę zobaczy. Ten zabieg ma w sobie bezczelną pewność: twórcy pokazują urywki atrakcji, bo wierzą, że widz będzie chciał poznać drogę do tych scen. W serialu Andersonów świetnie współgra to z widowiskiem, którego techniczna jakość była ważną częścią przyjemności.
Polscy widzowie poznawali Kosmos 1999 w Studiu 2 od stycznia 1977 roku, a obecnie serial jest dostępny w TVP VOD. Dla części publiczności powrót do Alphy będzie również powrotem do telewizyjnych wspomnień. Najlepiej zacząć od pierwszego sezonu i przyjrzeć się temu, jak twórcy zestawiają techniczną sprawność z ludzką bezsilnością. Orły wyglądają na gotowe do pracy, załoga zna swoje obowiązki, a mimo to nikt nie może po prostu obrać kursu na Ziemię. Jest coś przejmującego w widoku zawodowców, którzy nadal wykonują swoją pracę, choć nie mają żadnej pewności, czy kiedykolwiek wrócą.

