Kino klasy Z

BUNNYMAN VENGEANCE. Króliczek zabija po raz ostatni

Zamknięcie trylogii, o której w Polsce słyszało może ze sto osób, wypadło średnio, ale podejrzewam, że dla tej setki to i tak wystarczająca rekomendacja.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Pasztet ze slashera

Według stereotypu króliki rozmnażają się w zatrważającym tempie, ale Michael – człowiek-królik – jest odwrotnością tego przekonania. W zatrważającym tempie potrafi jedynie zabijać.

Wystarczają trzy minuty otwarcia trzeciego filmu z Bunnymanem w roli głównej, by pozbyć się złudzeń – jeżeli odebraliście króliczka na plakacie jako zapowiedź komedio-horroru z Wielkąnocą w tle, to rozczarujecie się w najdotkliwszy z możliwych sposobów. Rozczarujecie się nie dlatego, że nie jest śmiesznie, a dlatego, że jest brutalnie, okrutnie i bezwzględnie. W produkcjach kinowych istnieje niepisana zasada – dzieciom nie robi się krzywdy. Niskobudżetowe filmy zazwyczaj mają jednak gdzieś mainstreamowe kurtuazje, ma je gdzieś także reżyser Carl Lindbergh i już na przywitanie serwuje paradokumentalne zdjęcia ukazujące maltretowanego chłopca. Na szczęście nie zabrakło mu wyczucia – z jednej strony zabiera nas w świat moralnego zepsucia bez nakładania cenzury, z drugiej wystrzega się przerysowania znanego z Srpskiego filmu czy Hostelu.

Nastrój ma tutaj pierwszorzędne znaczenie i przez pół godziny sprawdza się to znakomicie... a później zaczyna się festiwal popisu cyfrowej niekompetencji.

Vengeance to zamknięcie trylogii, ale jeżeli nie widzieliście poprzednich części, to nie musicie – aczkolwiek warto – do nich wracać. Jak przystało na horror o przynajmniej dwóch sequelach, pojawia się w końcu coś na wzór “origin story”. Zazwyczaj jest to fatalna decyzja ograbiająca zamaskowanego mordercę z tajemniczości, ale Lindberghowi udało się wystrzec narracyjnego banału. Do przeszłości zdeformowanego właściciela króliczego kostiumu zaglądamy wyłącznie w pożółkłych, niemych retrospekcjach, dowiadując się zaledwie tyle, że los nie był dla niego łaskaw.

W negatywnych recenzjach (czyli niemalże wszystkich) tej serii za najczęściej wytykaną wadę uchodzą chaotyczność i brak jasnych motywacji Bunnymana. Jako wielbiciel trzeciego sezonu Twin Peaks nie mam z tym jednak większego problemu, a wręcz odpowiada mi sytuowanie widza jako świadka wyciągniętego z kontekstu fragmentu wydarzeń. W przypadku niskobudżetowego horroru nie jest to może zabieg czysto artystyczny (jak na przykład u Davida Lyncha), niemniej postrzeganie filmu wyłącznie przez pryzmat treści odbiera dziesiątej muzie narzędzie, które decyduje o jej wyjątkowości. Suspiria byłaby przecież byle horrorem, gdyby nie jej fenomenalna oprawa audiowizualna; Sin City niczym nie wyróżniałoby się na tle wielu innych kryminałów, gdyby nie adaptacja skrajnie wierna komiksowemu pierwowzorowi. Skromne zaplecze finansowe Bunnymana oczywiście nie mogło pozwolić na równie interesujący efekt, ale nastrój ma tutaj pierwszorzędne znaczenie i przez pół godziny sprawdza się to znakomicie… a później zaczyna się festiwal popisu cyfrowej niekompetencji.

CGI rujnuje niemal każdą ekranową śmierć. W dodatku trudno zrozumieć, dlaczego reżyser nie próbuje go za wszelką cenę kamuflować, a zamiast tego eksponuje tanie efekty w licznych zbliżeniach. Najtrudniej jest jednak ocenić sensowność umieszczenia czegoś na kształt około czterominutowego teledysku do utworu The Machinist of Joy Die Krupps w samym środku filmu. Ten przedziwny wątek przypomina oglądanie stadionowych taśm VHS, na których zdarzały się przebitki z innych filmów i z jednej strony do niczego tutaj nie pasuje, wygląda paskudnie i zaburza atmosferę jako element komediowy; z drugiej dodaje kolejny smaczek do niekonwencjonalnej wizji Lindbergha.

Bunnyman Massacre, wcześniejszą część, oglądałem z bez porównania większą przyjemnością. Był to film przede wszystkim lepszy od strony technicznej, bardziej wiarygodny, wolny od lichych efektów specjalnych czy fatalnych błędów przy udźwiękowianiu (w Vengeance mamy na przykład scenę, gdzie zawodzenie wrzuconej do studni kobiety brzmi tak, jakby stała tuż obok swoich oprawców). Zamknięcie trylogii sprawia wrażenie jakby powstało na siłę, tylko po to, by postawić kropkę na końcu ostatniego rozdziału, a nie do końca dlatego, by zadowolić widza. To niechlujstwo rujnuje potencjał opowieści, którą dotąd uważałem za jeden z nielicznych amatorskich slasherów potrafiących wywołać nie tylko śmiech, ale również grozę. Szkoda, że Zając żegna się w taki sposób, bo jestem pewien, że gdyby kręcono go zgodnie ze standardami obowiązującymi w latach 80., dorobiłby się statusu trylogii kultowej.

Ostatnio dodane