Felietony - Cykle
Czekając na 11. edycję SPLAT!FILMFEST, czyli 5 premier filmowych, które kuszą najbardziej
Horror, czarna komedia, mroczna baśń, a może thriller psychologiczny – co tym razem zdobędzie serce festiwalowej publiczności?
Trudno pisać o filmach, których jeszcze się nie widziało – szczególnie w przypadku Splat!FilmFest, który od lat wymyka się wszelkim oczekiwaniom. Co roku wchodzę w ten świat z mieszanką ciekawości i ostrożności, wiedząc, że to, co mnie najbardziej przyciąga, nie zawsze okazuje się tym, co najbardziej zostaje w pamięci. Dlatego wolę wierzyć, że trafią się filmy, które mnie pozytywnie zaskoczą – zwłaszcza te, wobec których nie miałem wielkich nadziei. Choć trzeba przyznać, że zderzenie przeczuć z rzeczywistością bywa równie ciekawe – warto więc pokusić się o przedfestiwalową listę, by ją później skonfrontować z zestawieniem podsumowującym. Spośród dziesiątek tytułów 11. edycji Splat!FilmFest wybrałem te, które kuszą najbardziej, bo obiecują coś intrygującego. Mają w sobie jakąś dziwną energię, specyficzne napięcie oraz to nieuchwytne wrażenie, że za ich fabułą kryje się coś więcej niż tylko gatunkowa konwencja.
„Kraina mroku” („Dust Bunny”), reż. Bryan Fuller
Ludzie odpowiedzialni za selekcję tytułów na omawianą imprezę muszą być zapewne fanami sekcji Midnight Madness z festiwalu w Toronto. Cztery filmy z tej sekcji znalazły się w programie warszawskiego przeglądu: Dead Lover (reż. Grace Glowicki), Fuck My Son! (reż. Todd Rohal), Karmadonna (reż. Aleksandar Radivojević) i Dust Bunny (reż. Bryan Fuller). Ten ostatni wydaje się chyba najbardziej standardowy i przez to trudniej o rozczarowanie. Tym bardziej że na pierwszym planie mamy Madsa Mikkelsena, który jest nie tylko świetnym aktorem, ale stanowi też w pewnym sensie gwarancję kina wysokiej jakości.
17 października wszedł na polskie ekrany Ostatni wiking z jego udziałem i też zbiera pozytywne opinie.
Dust Bunny, którego polski tytuł brzmi Kraina mroku, to pełnometrażowy debiut reżyserski Bryana Fullera, twórcy znanego z seriali Gdzie pachną stokrotki (Pushing Daisies) i Hannibal. Tytułowe dust bunny to kłębki kurzu zalegające pod łóżkiem, które mogą symbolizować narastającą traumę, ale też są pretekstem dla baśniowej fabuły o potworach. W obsadzie między innymi prawdziwa ikona science fiction, czyli Sigourney Weaver, a także David Dastmalchian, którego można zobaczyć w horrorze Późna noc z diabłem oraz w zaskakująco udanym powrocie Dextera Morgana, serialu Dexter: Zmartwychwstanie, gdzie zagrał postać Gemini Killera.
Kluczową rolę w fabule odgrywa również 10-letnia Sophie Sloan. Inspiracje mrocznymi baśniami Stevena Spielberga, wizualną estetyką Jeana-Pierre’a Jeuneta oraz emocjonalną dynamiką relacji w stylu Leona zawodowca, między doświadczonym mężczyzną a dorastającą dziewczynką, sprawiają, że drzemie tu ogromny potencjał na kultowe dzieło gatunkowe.
„Good Boy”, reż. Ben Leonberg
Niejednokrotnie w filmach pojawia się scena, w której domowe zwierzę słyszy zbliżające się zagrożenie, podczas gdy człowiek pozostaje nieświadomy niebezpieczeństwa. Ma to swoje źródło w rzeczywistości, gdyż psy mają słuch i węch o wiele bardziej wyczulone niż człowiek. Nie mają jednak zdolności aktorskich i nie potrafią robić dokładnie tego, czego wymaga scenariusz. Dlatego opowiedzenie historii z punktu widzenia czworonożnego bohatera to bardzo ryzykowne zadanie. Pisanie scenariusza to w takim przypadku proces zupełnie inny niż w klasycznym filmie. Należy bowiem najpierw się upewnić, czy pies będzie w stanie zrobić coś konkretnego, a dopiero potem to napisać i uczynić częścią spójnej fabuły.
Oczywiście w XXI wieku takie ryzykowne przedsięwzięcia można zrobić za pomocą techniki komputerowej, ale nic nie zastąpi autentycznych zachowań prawdziwego psa – jego naturalnych reakcji, które trudno w pełni oddać cyfrowo.
Ponad 400 dni zdjęciowych w ciągu trzech lat – tyle trwała praca reżysera z Indym, retrieverem z Nowej Szkocji. Jest więc duża szansa, że pies nie jest tu uroczo wyszkolonym pupilem z reklamy karmy, lecz pełnoprawnym bohaterem dramatu, którego obserwacja behawioralna jest kluczem do budowania napięcia i emocjonalnej głębi całej opowieści. To sprawia, że Good Boy wydaje się filmem wyjątkowo obiecującym – ciekawi mnie, jak twórcy poradzą sobie z opowiedzeniem historii z perspektywy czworonożnego bohatera i w jaki sposób zwierzęcy instynkt przysłuży się budowaniu horrorowej intrygi.
„Wypadek fortepianowy” („L'accident de piano”), reż. Quentin Dupieux
Nie uważam się za miłośnika twórczości Quentina Dupieux, nie widziałem wszystkich jego filmów, ale te, które miałem okazję zobaczyć podczas kolejnych edycji Splat!FilmFest, sprawiły mi dużo radości. Nawet jeśli trafił się słabszy produkt – taki jak Drugi akt – to nie mogę powiedzieć, abym się nudził, gdyż reżyserowi udało się w dialogach zawrzeć cały absurd tkwiący w otaczającej nas rzeczywistości. Z właściwym dla niego surrealizmem i szyderą udało się celnie wypunktować współczesne kino wraz z jego poprawnością polityczną i wiarą w rozwój sztucznej inteligencji.
Dlatego Wypadek fortepianowy to raczej pewniak dla osób, którym podobały się poprzednie filmy tego twórcy – można się spodziewać typowych dla Quentina Dupieux komicznych zwrotów akcji, francuskiego humoru łączącego ekscentryczność z obserwacją ludzkich przywar oraz dialogów balansujących na granicy nonsensu i niegłupiej satyry. To może być produkcja, która dostarczy nie tylko śmiechu, lecz także refleksji nad tym, jak dziwaczne jest nasze życie, gdy spojrzymy na nie przez pryzmat wyobraźni „króla absurdu”. Dodatkowy plus film zdobywa już na starcie dzięki obsadzeniu w głównej roli Adèle Exarchopoulos, która już w dwóch filmach Quentina D. udowodniła, że świetnie odnajduje się w komediowej konwencji, doskonale wyczuwając specyficzną wrażliwość tego wyjątkowego filmowca.
„Pożyteczny duch” („A Useful Ghost”), reż. Ratchapoom Boonbunchachoke
Kino spoza Europy i Stanów też może dostarczyć wiele emocji, więc warto wrzucić do zestawienia produkcję azjatycką. W ubiegłym roku jednym z najbardziej zaskakujących seansów był tajwański komedio-horror Stowarzyszenie umarłych gwiazdorów (reż. John Hsu). Na Splacie kino azjatyckie nie pojawia się często (od tego jest inny warszawski festiwal – Pięć Smaków), ale jeśli już coś trafi, to zazwyczaj spełnia swoje zadanie – inny przykład to koreańska produkcja Sleep (2023) Jasona Yu. Tym razem wybór padł na dzieło z Tajlandii (we współpracy z Singapurem) pt. Pożyteczny duch, które zadebiutowało podczas Tygodnia Krytyków w Cannes i zdobyło główną nagrodę.
Mamy tu mix ekscentryzmu z kameralnym dramatem rodzinnym, zjawiska nadprzyrodzone mieszają się z wątkami politycznymi, a realizm z metafizyką. Do tego mocno uderza tajska wrażliwość zupełnie odmienna od tego, do czego przyzwyczaiło nas kino z naszego kręgu kulturowego. Raczej nie należy się spodziewać filmu, który spełnia gatunkowe kryteria, bardziej należy oczekiwać takiej produkcji, która oferuje świeże spojrzenie na temat śmierci i duchowości – bez tanich efektów, za to z subtelnym humorem, poetyckim nastrojem i przestrzenią do zadumy (130 minut to dość duża przestrzeń, co niestety może być wadą, bo łatwo wtedy o nudę).
To, co cechuje od zawsze Splat!FilmFest, to przegląd najnowszych filmów z różnych stron świata – w tym roku (pod względem ilości tytułów) będą zdecydowanie dominować Stany Zjednoczone, ale oddano też głos twórcom z Francji, Polski, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Kanady, Algierii, Hiszpanii, Serbii i Tajlandii.
„Boorman i diabeł” („Boorman and the Devil”), reż. David Kittredge
Zgodnie z harmonogramem dokument o Boormanie zostanie wyemitowany w tym samym czasie, co Matka much (Mother of Flies), klasyfikowana jako folk horror. Ze względu na brak zdolności bilokacji nie będę mógł obejrzeć ich obu. Bardzo możliwe, że ostatecznie skuszę się na fabułę, a nie dokument. Do takiej decyzji przekonuje to, że po seansie ludowego horroru odbędzie się sekcja Q&A, na którą przyjadą członkowie „Rodziny Adamsów” – John Adams, jego żona Toby Poser i ich córka Lulu. Nie kojarzę kompletnie tej rodziny filmowców, ale jestem zaintrygowany. Jednak nawet jeśli pominę film dokumentalny Boorman i diabeł to zapiszę sobie ten tytuł, by go odszukać w przyszłości.
Bo to rzadkość, by opowiadać o twórczości reżysera w kontekście jego największych wpadek. A to, że Egzorcysta II: Heretyk (1977) Johna Boormana jest wpadką to już fakt i nikt temu nie zaprzeczy.
Co sprawiło, że twórca z pierwszej reżyserskiej ligi, mający w dorobku arcydzieła – takie jak Zbieg z Alcatraz (Point Blank, 1967), Piekło na Pacyfiku (Hell in the Pacific, 1968) i Uwolnienie (Deliverance, 1972), a także późniejszy Excalibur (1981) – zaliczył tak olbrzymią wtopę, jaką był sequel horroru Egzorcysta (The Exorcist, 1973) Williama Friedkina według scenariusza Williama Petera Blatty’ego? Udało się zatrudnić Richarda Burtona, udało się namówić do współpracy wybitnego operatora Williama A.
Frakera oraz jednego z najlepszych kompozytorów – Ennia Morricone. Twórcy mieli prawo do tytułu, który odniósł ogromny sukces, ale była też w głowie autorów – Johna Boormana i scenarzysty Williama Goodharta – oryginalna wizja, która miała odróżnić film od pierwowzoru, uczynić go dramatem metafizycznym, a nie klasycznym sequelem horroru. Jak wiemy z historii kina, coś poszło nie tak. David Kittredge w omawianym dokumencie zgłębił temat, odpowiedzi, jakie uzyskał, i refleksje, jakie wyciągnął, mogą być dla widza ciekawe i inspirujące.
_____________
Na koniec warto dodać, że choć kilka tytułów już teraz wydaje się mocnymi punktami festiwalu, to prawdziwą siłą tego typu wydarzeń jest efekt zaskoczenia. Niejednokrotnie prawdziwymi zwycięzcami okazali się ci, których filmy trafiły na ekran bez wielkich zapowiedzi, bez głośnych nazwisk, a jednak zostały zapamiętane na długo. Dla takich właśnie nieoczywistych perełek warto uczęszczać na eventy firmowane logotypem Splat!FilmFest.
