nowości kinowe

BEZLITOSNY. Koreańscy gangsterzy wprost z taśm VHS

Nie każdy film musi być przełomowy i "Bezlitosny" zdecydowanie takim nie jest, co nie odbiera mu jednak wartości czysto rozrywkowej.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Pomiędzy Kitano a "Infernal Affairs"

Azjatyckie kino gangsterskie ma specyficzny urok, któremu ulegam niemal zawsze, nawet jeżeli – jak w przypadku Bezlitosnego – mam do czynienia z filmem pod każdym względem wtórnym. Aż roi się tutaj od gatunkowych klisz, ale Sung-hyun Byun sięga po nie świadomie i przemienia w atuty służące opowiedzeniu klasycznej historii, momentami przypominającej stare, dobre czasy dominacji kaset VHS.

Największą wadą tego filmu jest niespójność jego trzech aktów. Oddzielają je grube linie zmieniające zarówno nastrój, jak i podejście do pracy na planie, przez co można odnieść wrażenie, że Bezlitosny jest antologią stworzoną przez trzech reżyserów o wyraźnie odmiennych wizjach na swoją część scenariusza.

Najciekawszy jest akt pierwszy, to właśnie tutaj unosi się aura charakterystyczna dla produkcji klasy B z przełomu lat 80. i 90. Więzienne rozgrywki skłóconych frakcji, machinacje, tortury, skomplikowane relacje pomiędzy pozorną władzą, czyli klawiszami, a lokalnymi baronami tytoniowego handlu, a do tego gliniarz pod przykrywką i szorstka, męska przyjaźń, w której niejeden freudysta dopatrywałby się motywacji homoseksualnych – to wątki od dawna wyeksploatowane, ale Byun potrafi podać je w taki sposób, by po raz kolejny przykuwały uwagę i zmuszały do wyczekiwania na zwrot akcji, który przecież musi nastąpić i to niejeden raz. Pomaga w tym doskonała znajomość rzemiosła, bo ważna jest nie tylko treść, ale również sposób, w jaki się ją przedstawia.

Jest jak Jezus Chrystus za kratami – pada pod adresem prominentnego dilera papierosów, a na ekranie grupa skazańców w „pasiakach” jakby od niechcenia odtwarza Ostatnią wieczerzę przy długim, zastawionym towarem i trofeami stole. To ważna scena, bo sugeruje, że czekają nas zabiegi czysto artystyczne, ujmujące realizmu, ale dodające udziwniających smaczków, za które tak wiele osób pokochało chociażby inny koreański film – Oldboy. Z czasem okazuje się jednak, że było to działanie jednorazowe, a kiedy główni bohaterowie wychodzą na wolność, nastrój staje się ciężki i śmiertelnie poważny.

W innej scenie – jeszcze na dołku – handlarz skarży się zarządcy więzienia na konkurencję. Kamera patrzy na to wydarzenie z ukrycia, po czym przesuwa się na równoległy kadr, towarzyszy przyglądającej się postaci, ale akcja wciąż rozgrywa się w tym samym miejscu, poza zasięgiem naszego wzroku, zachowując ciągłość za sprawą wrzasków i hałasów. Znakomity zabieg dowodzący, że obcujemy z twórcami doskonale znającymi tajniki swojego fachu. Przypomina to sceny nakręcone przez innego Koreańczyka, Joon-ho Bonga, w Zagadce zbrodni, która w moim odczuciu jest jednym z najlepiej zrealizowanych filmów w historii kina. Tyle że tutaj ponownie zabrakło konsekwencji i już od aktu drugiego z podobną zręcznością nie zetkniemy się ani razu.

Niespełniona obietnica czegoś znacznie bardziej wyjątkowego nie pozwala pozbyć się uczucia rozczarowania, kiedy pojawiają się napisy końcowe.

Nie wiem, czy Byunowi później się odechciało, czy celowo całkowicie przebudował narrację i skierował się ku typowej kryminalnej operze, czerpiącej z jednej strony z brutalności charakterystycznej dla yakuza eiga w stylu Takeshiego Kitano, z drugiej ze skomplikowanych relacji ludzi działających po obydwu stronach prawa, jakie po mistrzowsku ukazano w Infernal Affairs. Jakiekolwiek były powody, Bezlitosny nie traci przez to na jakości, seans nie staje się nieznośny, ale niespełniona obietnica czegoś znacznie bardziej wyjątkowego nie pozwala pozbyć się uczucia rozczarowania, kiedy pojawiają się napisy końcowe.

Kryminalny dramat Sung-hyun Byuna to w całej swojej przewidywalności solidny, dobrze zagrany (jeżeli są tu fani K-Popu, to donoszę, że jedną z głównym ról odgrywa uwielbiany przez tłumy Im Si-wan vel Siwan z grupy ZE:A) i utrzymujący zainteresowanie przez całe dwie godziny film, którego najdotkliwszą wadą jest uderzające niewykorzystanie potencjału. Jeżeli jednak gustujecie w azjatyckich, gangsterskich historiach, nie powinniście przegapić Bezlitosnego, tym bardziej, że to jedna z nielicznych okazji, by tego rodzaju film obejrzeć w kinie.

Ostatnio dodane