Festiwal

CANNES 2017. Podsumowanie festiwalu

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Maciej Niedźwiedzki

Cieszy mnie zwycięstwo The Square, mimo że moim faworytem było Redoutable Hazanaviciusa. Ruben Östlund odwalił kawał porządnej roboty. Jego film ma intelektualną głębię. Objawia się ona w interesującym spojrzeniu na człowieka XXI wieku – zagubionego, etycznie nieokreślonego, poszukującego nowych wzorców zachowań i uwikłanego w konwenanse zachodniej kultury. Podobnie wciąż błądzi sztuka współczesna, ciągle nie posiadająca jasnego paradygmatu, będąca w nieustannej fazie eksperymentu. Nic dziwnego więc, że to właśnie w jej estetycznych ramach ulokowana jest fabuła The Square, a jej głównym bohaterem jest dyrektor muzeum. Film Östlunda to zabawka dla widzów, pozwalająca na liczne interpretacje i doszukiwanie się ukrytych znaczeń. Jestem pewien, że laureat Złotej Palmy znajdzie wielu wielbicieli.

W tegorocznym konkursie głównym znalazło się wiele filmów, do których chciałbym wrócić, gdy wejdą do polskiej dystrybucji. Główna sekcja reprezentowała bardzo równy, wysoki poziom. Chyba jedynie zwycięstwo fatalnego, nijakiego Rodina uznałbym za nieporozumienie. W każdym innym przypadku przyklasnąłbym werdyktowi jury. Zapamiętam więc poruszające Loveless Andrieja Zwiagincewa, odjechany, ale też stąpający twardo po ziemi Księżyc Jowisza, ociekającego tandetą, ale cholernie wciągającego Podwójnego kochanka François Ozona, odświeżające gatunkowe kino sensacyjne Good Time i You Were Never Really Here. W głowie ciągle siedzi intrygujące, przepięknie nakręcone The Beguiled Sofii Coppoli. Michael Haneke po raz kolejny poruszył mnie za sprawą krępującego Happy End, a Lanthimos naprawdę potrafił przerazić. Prawie każdy film konkursu był „jakiś”, zrobiony z werwą, klasą i stylem. Oby każda kolejna edycja festiwalu miała równie wiele do zaoferowania.

Filmem, który najbardziej mnie porwał, był Redoutable. Biografia Jean-Luca Godarda jest przebojowym, wspaniale wyreżyserowanym widowiskiem. Błyskotliwie napisane dialogi, charyzmatyczny Louis Garrel w roli głównej i gwałtowne tempo sprawiają, że trudno oderwać oczy od ekranu. Wspaniały film, przykład tego, jak współczesne kino biograficzne powinno wyglądać. Na drugim miejscu umieściłbym wyświetloną poza konkursem Prawdziwą historię. Roman Polański nakręcił duszny , niepokojący dreszczowiec. Dawno w kinie nie czułem się tak niewygodnie, moja ciekawość nie była równie pobudzona, a pytania „Co dalej? Co dalej?” nie zadawałem sobie z większą częstotliwością. Prawdziwa historia ląduje w mojej czołówce jego reżyserskich osiągnięć.

Na trzecim miejscu umieściłbym ex aequo Happy End  i The Killing of a Sacred Deer. Haneke zaproponował traktat o umierającej Europie i równocześnie pierwszorzędny rodzinny dramat. Obie płaszczyzny ujął w wyczerpujący sposób. Dokładnie tego po Austriaku się spodziewałem. Z najnowszej produkcji Yorgosa Lanthimosa wyszedłem rozdygotany i niespokojny. To na pewno jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat. Jeszcze wspomnę o nagrodzonych Grand Prix 120 uderzeniach serca. To spełniony i doskonale zagrany, zaangażowany film o gejowskim środowisku we Francji w latach dziewięćdziesiątych. Jestem pewien, że będzie o tym filmie głośno, gdy pojawi się w kinach. Wszystkim bardzo polecam wtedy seans, by mieć o nim opinię, by wziąć udział w dyskusji.

Wielkie kino na wielkim festiwalu.

Jan Dąbrowski

Prawie wszystkie wybory festiwalowego jury okazały się z jednej strony sprawiedliwe, a z drugiej dość zachowawcze. Chociaż obecność takich nazwisk jak Nicole Kidman, Joaquin Phoenix i Sofia Coppola to prawdziwe wyróżnienie zarówno dla Leonore Seraille (Złota Kamera za Jeune femme), jak i Robina Campillo (Grand Prix za 120 uderzeń serca). Oboje zasłużyli na docenienie swojej pracy, a ich filmy na powszechną dostępność i kontakt z możliwie jak największą widownią. Za to Złota Palma dla The Square moim zdaniem oznacza, że wybierając między kinem skupionym wokół konkretnego problemu a kinem bardziej uniwersalnym, jury wybierze to drugie. Ruben Ostlund nakręcił dobry film, w którym wykorzystane chwyty działają i nie ma miejsca na nudę i płycizny.

Jednak to samo można powiedzieć o 120 uderzeniach serca, w którym Campillo przedstawił poruszającą historię grupy aktywistów zrzeszającej homoseksualistów z AIDS. Ich walka o życie i jego lepszą jakość oraz determinacja w uświadamianiu społeczeństwa o chorobie są bardzo przejmujące, a sam film przykuwa do ekranu jak magnes. Również znakomity, choć z innych powodów, jest Księżyc Jowisza Kornela Mundruczo. Syryjski uchodźca zostaje śmiertelnie ranny podczas nielegalnego przekraczania granicy z Węgrami. A jednak nie tylko nie ginie, lecz także zyskuje zdolność lewitacji i manipulowania grawitacją, co lokalny lekarz z problemami próbuje wykorzystać w celach zarobkowych – kino zaangażowane jak w mordę strzelił. A przy tym zabawne, z polotem, niesamowicie efektowne i klimatyczne. Jednak najbardziej nie mogę się nadziwić, że jury kompletnie zignorowało najnowszy projekt Michaela Hazanaviciousa, czyli Redoutable. Historia o Godardzie przedstawiona językiem jego filmów z ironicznym komentarzem pod adresem jego samego. Zabawa z formą, dużo nawiązań i wciągająca fabuła, a do tego bardzo dobre aktorstwo, zwłaszcza Louisa Garrela w roli głównej.

Mój TOP 3: Redoutable, Księżyc Jowisza, The Square ex aequo z 120 uderzeniami serca

Podczas pobytu w Cannes wyszło na jaw, że festiwalowa rutyna to dużo, dużo więcej, niż samo oglądanie filmów na długo przed ich premierą. Najbardziej zapada w pamięć i utrwala się w nogach wielogodzinne stanie w kolejkach. Nie ma w tym źdźbła przesady – jeśli seans jest w największej sali, wchodzimy po kwadransiku, czasem dwóch. Ale do wszystkich innych sal trzeba ustawić się nawet dwie godziny wcześniej. Z jednej strony odpada marnowanie czasu na plaży, bo można w takiej kolejce opalić się na mahoń. Z drugiej strony, jeśli idzie się na trzy filmy w ciągu dnia…
Największego wrażenia nie robią ani czerwone wykładziny, ani ludzie kina w galowych strojach, ani nawet patrolujący okolicę dobrani w czwórki żołnierze z karabinami. Kiedy już się tam jest, najbardziej uderzająca jest świadomość, że całe to zamieszanie, ta potężna masa ludzi przewijających się przez pałac podczas festiwalu przyjechała tam, by przeżywać święto kina.

Ostatnio dodane