Ranking

7 powodów, dla których TRZY BILLBOARDY ZA EBBING, MISSOURI zasługują na Oscara za najlepszy film

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

W jubileuszowym wydaniu Oscarowym – dziewięćdziesiątym z kolei – dziewięć filmów otrzymało nominację dla najlepszego tytułu roku. W większości bez specjalnych zaskoczeń. Szał w tym sezonie nagrodowym panuje na najnowsze dzieło Martina McDonagha, czyli Trzy billboardy za Ebbing, Missouri.

I oczywiście ono również znalazło się w gronie wyróżnionych nominacją. Moim osobistym zdaniem zaś powinno tego Oscara zdobyć bez dwóch zdań. Zasługuje na niego.

Zasługuje zaś z następujących powodów.

Kompletność

Trzy billboardy… brzmią jak przemyślana kompozycja muzyczna. Powtarza się jeden motyw główny, ale obudowany ciągłą zmianą tonacji, przejściami, popisami rozmaitych instrumentów, czasami solo, kiedy indziej w parze. Opowieść faluje i zmienia barwy, śmiech płynnie przechodzi w płacz, gorycz w ironię, a krzywda w sarkazm. Małomiasteczkowa rzeczywistość jest żywa i pulsująca, i chociaż w gruncie rzeczy nie widzimy nikogo poza kilkoma głównymi bohaterami dramatu, to jednak w tle wyczuwa się życie, dynamizm, ścierające się opinie, jednostki o określonych przekonaniach: funkcjonujący organizm indywidualności, nie bezimienny tłum.

Prawda

Bohaterowie są wielowymiarowi, niejednoznaczni, niezwykle ludzcy w błędach, które popełniają. Nie ma w nich nic wybitnego czy nadzwyczajnego, są do bólu przeciętni, żyją prostymi sprawami, wyznają proste wartości.

Tragedia i wola przetrwania idą tu w parze. Przejmujące i prawdziwe są emocje szeryfa rozliczającego się z życiem na własnych warunkach. Przejmująca i prawdziwa jest też dręczona poczuciem winy matka, która niejako uzewnętrznia swoje wyrzuty w stosunku do miejscowej władzy, ale największy żal ma, i zawsze już będzie miała, do siebie samej. Silna, cyniczna, niezależna, z niewyparzonym językiem, Mildred nie da sobie w kaszę dmuchać i robi swoje. Podziwiamy ją za jej tupet na granicy arogancji, chociaż zdajemy sobie sprawę, że krzywdzi tym samym ludzi wokół siebie, których postanawia nie zauważać – w tym własnego syna. Nie jest bohaterką w czerni i bieli, dramat, jaki stał się jej udziałem, nie przekłada się automatycznie na to, by ją lubić i akceptować, na naszą sympatię (i antypatię) pracuje sama, własnym postępowaniem, bez usprawiedliwienia zewnętrznych okoliczności. Nawet fajtłapowaty policjant nie jest „tylko” idiotą. Nie przeobrazi się w kogoś innego niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nie przejdzie spektakularnej przemiany, ale też będzie w stanie pokazać, że „coś” w nim tkwi, kiedy ktoś w niego uwierzy. Młody redaktor z agencji, która jest właścicielem billboardów, balansuje między determinacją a tchórzostwem i w obu tych wydaniach jest równie wiarygodny, niezależnie od tego, czy jest szczery, czy akurat trochę nadrabia twarzą.

Wszystkich łączy jedno: boją się. Ukrywają ten lęk głęboko i uciekają od mierzenia się z nim, ale trapi ich strach bliski nam wszystkim. Strach przed tym, jacy jesteśmy i będziemy, co potrafimy, jak się zachowamy w obliczu niespodziewanego, przed odpowiedzialnością za bliskich, za siebie, za wybory, za decyzje. Pokonywany codziennie na mniejszą i większą skalę.

Emocje

Trzy billboardy… po mistrzowsku grają na emocjach. Wciągają w stu procentach, pochłaniają i angażują. Śmiejemy się z sytuacyjnych żartów, z zabawnych wypowiedzi, sekundę później płaczemy z bezsilności i żalu. Wzdrygamy się z odrazą, współczujemy, wściekamy się. Niemal instynktownie sięgamy po dłoń kogoś, kogo kochamy, żeby poczuć, że jest blisko, jak bardzo go potrzebujemy i jak bardzo chcielibyśmy chronić przed wszystkim, co złe. Aż tak mocno identyfikujemy się z kalejdoskopem uczuć przewijających się na ekranie.

Świeżość

Seans Trzech billboardów… to ożywcze filmowe doświadczenie, nie ze względu na jakąś niesłychaną oryginalność treści czy konstrukcji, ale przede wszystkim całkowity brak pretensjonalności i udawania czegoś, czym nie jest. Nie ma w tym wysilenia i nie ma ani grama fałszu.

Aktorstwo

Ne doszukamy się w filmie złej roli, ale trzy główne kreacje to koncert spełnionych marzeń. Frances McDormand w roli życia. Wyraz, jaki przyjmuje jej twarz w kilku pojedynczych scenach (finał konfrontacji z szeryfem na posterunku – „To było niechcący” – „Wiem”…), wyrył mi się w sercu i w pamięci porażającym autentyzmem. Woody Harrelson promieniuje ciepłem i szczerością, nietrudno pojąć, czemu całe miasto ufa swojemu szeryfowi i czemu tyle osób ma za złe kampanię, którą odbiera jako wymierzoną w niego. Jest zwyczajny, ludzki i dobry, zupełnie inny, niż spodziewalibyśmy się po pierwszych scenach filmu – Harrelson świetnie nas zresztą zwodzi. I wreszcie kolejna gwiazda, bezbłędny Sam Rockwell, który miał niełatwe zadanie, bo jeden fałszywy ruch mógł sprawić, że powstanie postać karykaturalna, przekombinowana i żałosna. A jednak grany przez niego Jason Dixon, mimo swojej niepohamowanej agresji, deficytu szarych komórek i rasistowsko-homofobicznych uprzedzeń, ma w sobie dziwną niewinność i dziecięcą bezradność, smutek niespełnienia, tęsknoty, których woli nie dostrzegać, nawet ich nie nazywać. Z całej tej znakomitej trójki on błyszczy chyba najmocniej.

Finał

Trochę się, przyznam, bałam, że reżyser może popełnić błąd i pociągnąć film o kilka scen za daleko, co na przykład notorycznie zdarza się Stevenowi Spielbergowi. Obawy okazały się nieuzasadnione, film kończy się dokładnie takim niedopowiedzeniem, jakim skończyć się powinien (nawet gdyby finał nastąpił jedną scenę wcześniej, też byłoby dobrze). Bez kropki nad i. Jak w życiu.

I na koniec: chce się tam wrócić

Wiele jest filmów nagrodzonych Oscarem, o których się zapomina, bledną w pamięci, nawet jeśli bezpośrednio po seansie zostawiły pozytywne wrażenia. Tymczasem w tym przypadku czuję, że będę jeszcze miała chęć wrócić do Ebbing, Missouri. I za każdym razem przypomnieć sobie, jak wiele radości daje obcowanie z kinem tak genialnym w swojej absolutnej prostocie, przywołującym wrażenia z czasów, gdy z zachwytem odkrywałam świat filmu po raz pierwszy.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane