Connect with us

Recenzje

PRZYPŁYW WIARY. Łopatologiczne, ale szczere kino religijne

W PRZYPŁYWIE WIARY spotykamy się z historią cudu, który rozkwita w trudnych chwilach, łącząc medycynę i wiarę w emocjonalny sposób.

Published

on

Trudno robi się filmy o cudach, szczególnie tych medycznych. Dzieją się bowiem na świecie rzeczy, które z łatwością wpisują się w ten „drobny ułamek szansy”, co w połączeniu z wiarą postrzegane jest jako coś wręcz niemożliwe, ale kino zbyt często przerysowuje aspekt metafizyczny. W Przypływie wiary tego nie mamy – i wielkie to szczęście. Nie oznacza to jednak, że spotykamy się tutaj z dobrym kinem religijnym. Ta inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia byłaby lepsza, gdyby postarała się o więcej niż jedną dobrą kreację oraz mniej ckliwości.

Advertisement

Adoptowany syn Joyce wychowany jest w duchu szacunku do Boga oraz rodziny, choć nie można nazwać tego indoktrynacją. Chłopak dostaje od losu wiele, za co również wydaje się codziennie wdzięczny. Wiara staje się jednak najważniejszym aspektem w tej komórce rodzinnej dopiero po tragedii – dziecko podczas zabawy wpada bowiem pod przeręblę. Zamknięte przez kilkanaście minut pod lodem, trafia martwe do szpitala. Mały John ma jednak po swojej stronie niepoddających się rodziców oraz – jak uważa matka – równie odważnego przyjaciela co siła matczynej miłości, czyli Boga.

Po 45-minutowej reanimacji okazuje się, że medycyna potrafi rozłożyć ręce wobec tajemnic ludzkiego ciała i być może – ducha. Aktorzy, którzy wcielili się w postacie pojawiające się na ekranie, wielokrotnie wspominają, że nie mogli uwierzyć, iż ta historia wydarzyła się naprawdę, niestety widz może mieć również z tym trudności z powodu realizacyjnych problemów.

Advertisement

Lód, po którym stąpają twórcy, jest cienki niczym ten, który stał się przyczynkiem do rodzinnej tragedii. Łatwo jest sprawić, że utrzymana w jasnych kolorach, pełna wyznań wiary oraz reżyserskiej pewności światopoglądowej (reżyserka, Roxann Dawson, jak głosi wieść, również wymodliła zdrowie dla swojego dziecka), popadnie w śmieszność. Przy takim rozdaniu można wpaść w pułapkę dydaktyczności i natrętnej religijnej agitacji, ale granica oddzielająca metafizykę od zwykłego życia przybliża jednak ten film do opowieści motywacyjnej, a nie współczesnej paraboli.

Moc, którą niesie za sobą tego typu historia, nie wynika z natrętności, ale dobrych intencji. Pod tym względem ten surowy, nieco kwadratowy film wydaje się dziełem szczerym i potrzebnym, lecz wciąż połamanym. Dawson, pracująca dotychczas po drugiej stronie ekranu, głównie telewizyjnego, nie potrafi oszlifować swojego dzieła, nadać rozmowom między bohaterami autentyczności i odpowiednio zaakcentować pytań. Realizacja dialogów bywa męcząca, a drugi oraz trzeci plan wyglądają jak zgrupowanie zmęczonych statystów. Jedynie Chrissy Metz, która wciela się w matkę, stąpa pewnie po ekranie. Jej postać wypełniona jest ciepłem, bólem, determinacją, ale również stoickim spokojem, a między tymi wszystkimi stanami aktora przechodzi bez nuty fałszu i adekwatnie reaguje na niesamowitości przedstawione w scenariuszu.

Advertisement

Wkładając takie pokłady wiary oraz pewności siebie w jedną osobę, gdy w tle stoją kartonowe pudła pełne mało ważnych postaci (castingowym strzałem w stopę jest również syn, w którego wciela się Marcel Ruiz), mogłoby spłodzić postać przerysowaną i przeszarżowaną jak na tak pozbawione charakteru dzieło. Metz tymczasem gra z pewnością siebie i nie pozwala, aby widzowie zmęczyli się śledzeniem jej kolejnych aktów miłości do Boga. Gdy patrzy się na ten film jako na dramat matki w obliczu możliwości straty ukochanego dziecka – można ulec drobnym wzruszeniom, tym bardziej jeśli ma się jakiś osobisty punkt odniesienia.

Jest jednak coś w Przypływie wiary szczerego, niewynikającego z taśmowych zamówień na kino religijne, czego niechlubnym dowodem jest bardzo nieudany i recenzowany u nas niedawno film Miłość i miłosierdzie. W opisywanym tu dramacie, wyciskającym co prawda łzy w nieco manipulatorski sposób, ukrywa się jednak pierwiastek szczerości, który kumuluje się chyba najbardziej w intencji twórczej. Czemu to powstało? Bo reżyserka wierzyła, że powstać musi. Naiwna wiara bywa wzruszająca i autentyczna tylko wtedy, kiedy motywacja również taka jest. Tutaj to nawet jako tako działa. 

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *