nowości kinowe

Koneser

Najnowszy film Tornatore jest skrojony niczym drogie garnitury Virgila. Wszystko idealnie do siebie pasuje, nic nie odstaje tam, gdzie nie trzeba i nie odkrywa tego, co nie powinno zostać pokazane.

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Główny bohater najnowszego filmu Tornatore nosi imię pewnego rzymskiego poety. Wergiliusz, bo o nim mowa, to postać złożona i, głównie dzięki „Boskiej komedii” Dantego, tragiczna. Autor sielanek, miłośnik życia i nieszczęśnik, który zmarł przed narodzinami Chrystusa, a zatem nie mógł dostąpić zbawienia. Niemal wszechwiedzący przewodnik skazany na wieczną tułaczkę po dantejskim piekle oraz czyśćcu. Virgil Oldman z „Konesera” ma w sobie coś z antycznego imiennika. Otoczony przez piękno dzieł sztuki orientuje się, że musi podziwiać je w niemal totalnej samotności. O starych płótnach, rzeźbach i meblach Oldman wie wszystko prócz tego, że mimo swojego piękna nie zastąpią one bliskości drugiego człowieka.

Claire zaczyna kruszyć fasadę, za jaką przez lata skrywał się Virgil. Tornatore dba o to, aby proces jej wyburzania był nieśpieszny i przewrotny. Młoda kobieta nie wpada na konesera dzieł sztuki podczas kolacji w wykwintnej restauracji czy ekstrawaganckim wernisażu. Nie jest to również historia, w której brzydkie, lecz wygadane kaczątko przyprawia o zawrót głowy przedstawiciela klasy wyższej. Claire jest jedynie głosem. Ze względu na silną agorafobię skrywa się za pokrytą freskiem ścianą starego domu, który został poddany pod wycenę Oldmana. W tym akcie tkwi przewrotność Tornatore, który specjalistę „od patrzenia”, znawcę faktur, charakterystycznych pociągnięć pędzla, ukrytych pomiędzy plamami barw sygnatur po prostu oślepia. Cały „Koneser” opiera się właśnie na tej dychotomii widzenia i niewidzenia, patrzenia i dostrzegania.

Dekadenckie wnętrza budynków i wszechobecność dzieł sztuki skutecznie odwracają wzrok widza od spraw o wiele bardziej przyziemnych, chciałoby się rzec „typowo ludzkich”. Tornatore wplątuje publiczność w grę, której ofiarą pada sam Virgil, czujący się w świecie oryginałów oraz falsyfikatów o wiele pewniej, aniżeli niejeden profesor historii sztuki. Na pierwszy rzut oka „Koneser” wydaje się być jedynie klasyczną historią miłosną, rzeczą o przełamywaniu własnych barier i dojrzewaniu do bliskości drugiego człowieka. Wystarczy jednak niewielka zmiana optyki, aby już od pierwszych minut dostrzec w tej całej sentymentalno-melodramatycznej otoczce pęknięcia, które z czasem znacząco się powiększają. Trzeba, naśladując bohaterów filmu, spojrzeć nie na rzeźbę, ale przez rzeźbę.

Oglądając „Konesera” od razu wyczuwa się, że za kamerą nie zasiada przypadkowa osoba. Tornatore miał w swojej karierze mocniejsze i słabsze momenty (ostatnimi czasy raczej te drugie), ale nigdy nie można mu było odmówić reżyserskiej sprawności. Jego najnowszy film jest skrojony niczym drogie garnitury Virgila. Wszystko idealnie do siebie pasuje, nic nie odstaje tam, gdzie nie trzeba i nie odkrywa tego, co nie powinno zostać pokazane. Muzyka Morricone (najlepsza od dobrych kilku lat), zdjęcia Zamariona i doskonała kreacja Geoffreya Rusha dodatkowo uwypuklają solidność najnowszego filmu Włocha. Momentami jest wręcz zbyt porządnie, a reżyserska skrupulatność Tornatore zaczyna nieco irytować. Chciałoby się, aby twórca sypnął nieco więcej pieprzu lub zagrał nam na emocjach tak, jak za dawnych czasów. Niemniej, dobrze skrojony garnitur to wciąż dobrze skrojony garnitur – rzecz nie do przecenienia, zawsze elegancka i zasługująca na pochwały.

„Koneser” to świetnie zrealizowane kino szanujące inteligencję widza i podejmujące z nim grę, w której stawia go w pozycji charakterystycznej dla swojego głównego bohatera. Oglądając opowieść Tornatore musimy uważnie spoglądać na każdy element obrazu. Tylko wtedy rozstrzygnięcie kwestii ekranowej prawdy oraz fałszu sprawi nam przyjemność. Najlepszy film Włocha od czasów „Maleny”, choć nie jest to kino, które przypadnie do gustu każdemu widzowi.

Ostatnio dodane