Delikatność | FILM.ORG.PL

Delikatność

Reżyser opowiada historię, ale wyzutą z liryzmu i niestety ciągle czegoś brakuje, a oczekiwanie na to „coś” jest nieznośne.




Coś za mało delikatnie




Jakub Koisz
22.10.2012


Nathalie nie jest bohaterką powieści Nicholasa Sparksa, ale żyje, jakby była jedną z nich. Sielankowo, radośnie, wręcz bajkowo. Ukochany mąż codziennie ją adoruje, jego oświadczyny nie należały do typowych i wyszły przeromantycznie, młodzi radzą sobie w życiu, mają pracę, często się uśmiechają. Przestaje być słodko, gdy ukochany François ginie w wypadku. Kobieta popada w depresję i zamyka się na nowe doznania. Pewnego dnia całuje w pracy niezbyt przystojnego kolegę, Markusa, mimo że od dłuższego czasu adoruje ją przystojny szef. W ten oto sposób manifestują się jej kobiece potrzeby. Czy to tylko głęboko skrywane uczucie, czy może pod płaszczykiem delikatności kryje się pożądanie, które musi znaleźć swoje ujście?

[pullquote]Pierwsze pół godziny ekranizacji „Delikatności” ogląda się niczym etiudę przygotowaną na zaliczenie przez miłośnika prozy Paulo Coelho.[/pullquote]

Główna bohaterka nie pochodzi z kart powieści Sparksa, tylko Davida Foenkinosa (polski przekład „Delikatności” właśnie pojawił się w księgarniach dzięki wydawnictwu Znak), ale oby tych autorów łączy jedno – preferują lukier, a nie ocet. Pierwsze pół godziny ekranizacji „Delikatności” ogląda się niczym etiudę przygotowaną na zaliczenie przez miłośnika prozy Paulo Coelho, potem życie Nathalie staje się coraz mroczniejsze, obserwujemy więc wiecznie zmieszaną twarz Audrey Tautou, która kocha, kocha, cierpi, a potem kocha od początku. Po śmierci ukochanego rzuca się w wir pracy, żyje według dyktatu drobnych przyzwyczajeń i rytuałów, które kojarzą jej się z mężem, egzystuje w przeszłości, nie zgadzając się na to, co może przynieść jutro. Smutno się ogląda tę historię, ale nie tak smutno, jak powinno, bo można wymienić wiele lepszych filmów o budzeniu się z apatii i letargu, które wywołała śmierć kogoś bliskiego.

Foenkinos, który wyreżyserował film na podstawie własnej powieści, miał chyba związane ręce, bowiem nie sądzę, aby temat w jego literaturze był tak spłycony. Musiało go więc coś ograniczać, najprawdopodobniej niemożność przedstawienia stanu psychicznego głównej bohaterki za pomocą kadrów. Pozorna niemożność, wszak wiemy, że czasami jeden kadr filmu potrafi powiedzieć więcej o stanie emocjonalnym postaci, niż seria napęczniałych zdań. Reżyser najwidoczniej nie do końca rozumie język filmu, mimo że z bohaterami jest związany od początku procesu twórczego. Na poziomie obrazu i dźwięku wydaje się, że temu filmowi coś brakuje: odwagi, nieszablonowości, a przede wszystkim tytułowej delikatności. 

Rumieńców brakuje nawet wtedy, gdy mamy do czynienia z typowym zabiegiem dla romansu – on chce, ona nie chce, ona chce, ale środowisko ich nie chce. Markus nie jest amantem, wydaje się nie pasować do dziwacznej Francuzki. I tak uważa każdy, wyjątkiem jest babcia Nathalie, która po jednym rzucie oka stwierdza: to dobry człowiek. Tautou nie pokazuje niczego nowego – robi te swoje maślane oczy, nieśmiało się uśmiecha, w kontaktach ze światem wypada jak neurotyczna, ale bardzo urocza artystka. To wszystkie jest śliczne, miodne, urocze niczym bukiet lilii, ale Francuzka nawet nie stara się zaskakiwać, znowu jest Amelią lub którymkolwiek jej kolejnym wcieleniem, które pojawiło się po filmie Jeana-Pierre’a Jeuneta. Każdy, kto pojawia się na ekranie, jest sympatyczny, ale nie ma tu żadnej roli, która zapadałaby w pamięć.

Myślę, że filmowi najlepiej zrobiłoby uwiarygodnienie głównej bohaterki poprzez wyraźniejsze zarysowanie problemów po śmierci najbliższej osoby. Nie wiem, jak to rozwiązano w książce, ale postać grana przez Tautou nie cierpi na depresję, w którą można uwierzyć, nie widzimy w niej tego bólu, nie rozumiemy, co dzieje się w środku. Reżyser opowiada historię, ale wyzutą z liryzmu i niestety ciągle czegoś brakuje, a oczekiwanie na to „coś” jest nieznośne. Mimo to film ogląda się bezboleśnie – szczególnie, gdy obok siedzi miła niewiasta – momentami potrafi zauroczyć, ale wyczuwalny jest brak proporcji pomiędzy komedią a dramatem. Nie ma mowy o porażce, jest lepiej niż w przypadku popłuczyn takich jak „Zakochanej bez pamięci” czy „Paryż – Manhattan” i na pewno delikatniej, ale obraz Foenkinosa nie został należycie oszlifowany. A szkoda, potencjał był. 

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz

Latest posts by Jakub Koisz (see all)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Lepsze życie

Następny tekst

VHS Dark Angel



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE