Najlepsze filmy lat 70. – miejsca 30-21 | FILM.ORG.PL

Najlepsze filmy lat 70. – miejsca 30-21








20.07.2013


 

100 – 76
75 – 51
50 – 41
40 – 31
30 – 21
20 – 11
10 – 1
Suplement do rankingu

 

30. Wejście smoka
Enter the Dragon
1973, reż. Robert Clouse, w rolach głównych: Bruce Lee, Ahna Capri, John Saxon

Pomimo naleciałości ówczesnych manier obu przemysłów filmowych, z których się zrodziło, „Wejście Smoka” pozostaje jednym z niewielu udokumentowanych dowodów na geniusz Bruce’a Lee jeśli chodzi o sztuki walki. Można nabijać się z fryzur, strojów czy czerstwych tekstów postaci, ale kiedy „Mały Smok” zaczyna pacyfikować ludzi to nikomu do śmiechu już nie jest. Warto coraz sobie odświeżyć tę pozycję, coby zobaczyć jak wiele musieli przejść dzisiejsi fajterzy pokroju Jeta Li czy Jackie Chana, żeby choć trochę zbliżyć się do mimo wszystko niedoścignionego kunsztu Lee. [Hitch]

„Wejściem smoka” Lee przełamał barierę, która uniemożliwiała Azjatom granie głównych ról w amerykańskich filmach (sam Mały Smok doświadczył tego swoistego przejawu rasizmu, gdy kilka lat wcześniej główną rolę w serialu „Kung Fu” dostał nie on, a David Carradine). Pomimo jednak wejścia Bruce’a Lee do panteonu największych gwiazd kina oraz faktu, że stał się bezapelacyjnie jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon pop-kultury, jego następcom nie było wcale łatwiej przebić się w Hollywood. Jackie Chan stosunkowo niedawno został odkryty przez Amerykę, podobnie zresztą jak Jet Li. Obydwaj panowie, mimo przetartego szlaku, podobnie jak Bruce Lee musieli dosłownie wykopać sobie drogę do sławy, grając przez wiele lat jedynie na własnym gruncie. Nikt jednak przed ani nikt po Brusie Lee nie dokonał dla światowego kina tak wiele w tak krótkim czasie.  [Dux, fragment artykułu]

 

29. Ziemia obiecana
1974, reż. Andrzej Wajda, w rolach głównych: Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Wojciech Pszoniak

Jedyny polski film, wobec którego nie zawahałbym się użyć dumnego określenia „superprodukcja”. Wybitnymi aktorami, którzy pojawiają się tu (choćby w małych rólkach) można by zapełnić kilka filmów. Doskonała muzyka, zdjęcia, kostiumy i scenografia to nie wszystko. Potrzeba było jeszcze wybitnego scenarzysty, by z dość hermetycznej książki Reymonta stworzyć tak porywające i epickie dzieło. Ten pierwiastek geniuszu Andrzej Wajda z siebie wykrzesał i tylko wyjątkowo silna konkurencja zamknęła mu drogę do Oscara. [Jacek Skałecki]

Moim zdaniem „Ziemia Obiecana” jest jednym z dwóch najlepszym filmów w dziejach polskiej kinematografii (o drugim napiszę przy okazji plebiscycie lat 50). Rozmachem i poziomem niewiele ustępuje „Ojcowi Chrzestnemu”, zaś kreacja Wojciecha Pszoniaka jest jedną z najlepszych ról w dziejach światowego kina. [Piotrek Han]

Pieniądze jako największa miłość gatunku ludzkiego. Trzech przyjaciół – jeden wielki plan. Za wszelką cenę, po trupach, do celu. Amerykanie mogliby się uczyć z filmu Wajdy jak się robi tego typu kino. Polskie „Aż poleje się krew” z 1974 roku z wciąż aktualnym, dobitnym, przesłaniem – Anderson się chowa. [Jokullus]

Najlepszy film Andrzeja Wajdy i bardzo wyjątkowy film Andrzeja Wajdy – jedyna w pełni pozytywistyczna historia w całym jego romantycznym dorobku. Zamiast wzruszeń i ojczyznianych uniesień – praca i poświęcenie, zdrowe parcie na sukces. Wybitny Olbrychski, Pszoniak i Seweryn w bardzo dobrze poprowadzonej historii, która zasłużenie zgarnęła kupę nagród, na czele z nominacją do Oscara. [desjudi]

 

28. Stalker
Сталкер
1979, reż. Andriej Tarkowski, w rolach głównych:  Aleksandr Kajdanowski, Anatolij Sołonicyn

Głęboko w mgłach zony tkwi odpowiedź na to, czym jest człowieczeństwo. Czy ktoś będzie miał jednak odwagę, aby to sprawdzić? To opowieść o człowieku, który igra z tym, czego nie jest w stanie zrozumieć, i igrać musi, bo inaczej nie byłby człowiekiem. [Fidel]

Ten film się jednocześnie kocha i nienawidzi. Trzy zapite mordy przemierzające surrealistyczną Strefę w poszukiwaniu obcych artefaktów, oddają paradoks rzeczywistości bardziej niż może się wydawać. Strefa to tylko łąka i kilka zniszczonych budynków, a główni bohaterowie majaczą. Beznadzieja i bród to najlepsze efekty specjalne. Ostatnia scena jest genialna. Kiedy już się wydaje, że cud jest możliwy i pojawia się nadzieja, natychmiast uderza nas brutalna prawda, to tylko iluzja, ułuda rzeczywistości. [Marinhos Stefansky]

Niezwykle prowokujący intelektualnie, prawie trzygodzinny seans wysmakowanego plastycznie arcydzieła Tarkowskiego wbija się w pamięć i nie pozostawia obojętnym. Przepiękny traktat o wierze, nadziei i miłości. [Łukasz Opaliński]

 

27. Omen
1976, reż. Richard Donner, w rolach głównych:  Gregory Peck, Lee Remick, David Warner

Trzy lata po tym, jak „Egzorcysta” zszokował świat, powstał horror wcale nie gorszy, który zapisał się w historii kina równie wielkimi zgłoskami. Mało znany reżyser Richard Donner wdarł się „Omenem” do hollywoodzkiej pierwszej ligi, i to zasłużenie, stworzył bowiem film niezwykle stylowy i elegancki, a przede wszystkim taki, który znakomicie spełniał swe gatunkowe założenie: straszył. „Omen” jest wciąż doskonałym „straszydłem”, i to pomimo że brak w nim elementów nadprzyrodzonych i postaci nie z tej ziemi; napięcie i uczucie niepokoju osiągnięte zostały za pomocą zupełnie innych środków, tak jednak sugestywnych (ta muzyka Goldsmitha!), że przez większość seansu widz ma prawo czuć się nieswojo. Co nie znaczy, że wcale nie ma w „Omenie” momentów autentycznie szokujących; ależ są, jest przecież kilka scen śmierci, które nawet dziś robią piorunujące wrażenie swą niesamowitością i iście diabelską pomysłowością. Dodajmy to tego znakomite, a przy tym dostojne aktorstwo Pecka (prawda, jaka niespodzianka obsadowa?) i Remick, charakterystyczne Warnera, demoniczne Whitelaw i malca grającego Damiena, a otrzymamy kapitalny film grozy spod znaku 666. Klasyka, którą warto znać i… przy której warto się bać. [Cassel]

„Omen”, jako dzieło filmowe, jest właśnie takim doskonałym w formie szalbierstwem. Żeruje na podświadomych obawach, wykorzystuje nawiązania do powszechnie znanych wątków religijnych, igra archetypicznymi lękami. „Omen” jest przedstawicielem zapoczątkowanego „Dzieckiem Rosemary” gatunku filmowego wyrastającego z tradycji powieści gotyckiej, pełnej ciemnych mocy i zjawisk nadprzyrodzonych. Co jest jednak jego zasadniczym atutem w porównaniu do swoich gotyckich przodków, to nie tylko osadzenie akcji w znanych nam realiach, ale przede wszystkim zręczna manipulacja uczuciami widza. [Kelley, fragment artykułu]

 

26. Żądło
The Sting
1973, reż. George Roy Hill, w rolach głównych:  Paul Newman, Robert Redford, Robert Shaw

Absolutnie fantastyczna, luźna zabawa kinem. Dwóch cinkciarzy, czarny charakter i zemsta, a w tle lata 2o i 30, czyli Ameryka w czasach wielkiego kryzysu. Namacalna wręcz chemia między Newmanem i Redfordem, świetny scenariusz z twistem, który nawet teraz potrafi zaskoczyć, charakterystyczny motyw przewodni i kapitalny klimat sprawiają, że „Żądło” nawet teraz, niemal 40 lat od premiery ogląda się z przyjemnością. [Arahan]

„Żądło” było skazane na sukces. Błyskotliwy scenariusz, fantastyczne kreacje aktorskie, lekkie dialogi i sposób prowadzenia narracji sprawiły, że film okazał się hitem. Gala Oscarów w 1974 roku tylko to potwierdziła, obraz zdobył 7 statuetek, w tym dla najlepszego filmu, reżysera oraz za najlepszy scenariusz. Nagrodzone zostały również scenografia, kostiumy, montaż i muzyka.

Produkcja cieszyła się ogromną popularnością, stając się przebojem i zarabiając na całym świecie ponad 155 mln dolarów. Jak ogląda się obraz Hilla niemal 40 lat od premiery? Doskonale! „Żądło” jest jak wino, im starsze, tym lepsze. Można co prawda przyczepić się do pewnej naiwności, dowodzić, że podobnych produkcji powstało od tego czasu bardzo dużo, jednak klimat filmu jest niepodrabialny. Niektórych (nielicznych) może razić również dająca o sobie miejscami znać teatralność, jednak „Żądło” to absolutny klasyk, który każdy szanujący się kinoman powinien znać. Tak inteligentnych, błyskotliwych i lekkich filmów już się niestety nie kręci. Arcydzieło. [Arahan, fragment recenzji]

 

25. Maratończyk
The Marathon Man
1976, reż. John Schlesinger, w rolach głównych: Dustin Hoffman, Roy Scheider, Laurence Olivier

Perfekcyjny w każdym calu thriller szpiegowski. Dzisiejsze „Bourne’y” wszelakie to mogą co najwyżej na klęczkach lizać buty dziełu Johna Schlesingera, a i co do tego nie jestem pewny czy są godne. Doskonałe kino, które powinno robić za chwalebny przykład maestrii kreowania atmosfery na ekranie za pomocą oszczędnych, ale jakże sugestywnych metod. Scena u „dentysty” całkiem słusznie zapisała się na stałe w historii kina. Na takie aktorstwo, scenariusz, klimat i niesamowite umiejętności co do spięcia wszystkiego w klamrę wspaniałego kina jest jedno słowo – KULT. No, dwa słowa – KULT i EPA. [Hitch]

Nawet maratończyk nie jest w stanie uciec od kłopotów, które jak będą chciały kogoś dopaść to dopadną i zniszczą człowiekowi życie. William Goldman to jeden z nielicznych pisarzy, którzy odnieśli sukces także jako scenarzyści. Wiedział on doskonale, że filmy rządzą się innymi prawami i potrafił tak dopasować wymyśloną przez siebie historię, by stworzyć na ekranie kino ekscytujące i ciekawe. Powstało wyborne widowisko ze znakomitym aktorstwem i frapującą intrygą, która do samego końca nieustannie trzyma w napięciu. [Mariusz]

Dustin Hoffman biega i usiłuje poderwać wyższą od niego o głowę Marthe Keller. Roy Sheider po przeżyciu spotkania z krwiożerczym rekinem, znów usiłuje utrzymać się przy życiu, co wychodzi mu różnie. A wielki Laurence Olivier gra bad guya, który tak bardzo lubi grzebać innym w zębach, że jego obecność na ekranie momentami przeraża bardziej, niż niejeden żarłacz biały. A w tle mamy jeszcze aferę diamentową, echa Holocaustu, pościgi, strzelaniny i mordobicia oraz jedną z najbardziej emocjonujących łazienkowych scen kinowych. Pierwszorzędny thriller, polecany zresztą przez Polskie Towarzystwo Stomatologiczne. [Mefisto]

Niebanalne, „holocaustowe” tło, wartości stomatologiczne nie do zignorowania, wyborny Dustin Hoffman (kolejny dowód na to, że ta dekada należała do niego!), magnetyczny Laurence Olivier. Wzorowy thriller zrobiony bez pośpiechu, ale za to bardzo intensywnie. [desjudi]

 

24. Rozmowa
The Conversation
1974, reż. Francis Ford Coppola, w rolach głównych: Gene Hackman, Harrison Ford, John Cazale

Dźwiękowe arcydzieło. Film, który niemal w całości oparty jest na ‘muzyce’ dnia codziennego oraz bohater, który żyje tym, co zbierze mu do słuchawek mikrofon. Jak na ironię, to właśnie w tej kwestii „Rozmowa” jest dziś reliktem przeszłości, którego miejsce już tylko w muzeum, bowiem technika weń użyta to w XXI wieku zwykły śmiech na sali. Na szczęście wszystko inne, a więc tajemnicza intryga, genialne aktorstwo z hipnotyzującym Genem Hackmanem na czele, mistrzowska reżyseria brodatego Coppoli oraz nakręcająca to wszystko muzyka Davida Shire nie zestarzały się ani o minutę, wciąż fascynując, wciąż budząc zachwyt i wciąż tworząc jedno z wielu skromnych arcydzieł zimnych lat 70. ubiegłego stulecia. [Mefisto]

Bardzo ambitna refleksja na temat inwigilacji obywateli i zagrożeń z nią związanych. Kino skromne, ponadczasowe, trzymające w nieustającym napięciu. Dwoje ludzi spaceruje w miejscu publicznym nie podejrzewając, że ich każde słowo rejestrowane jest na taśmie. Specjalista od podsłuchów popada w paranoję – za wszelką cenę pragnie rozszyfrować „taśmy prawdy”. Coppola pokazuje, że czasem nie należy wierzyć własnym uszom, bo jedno zdanie może mieć wiele znaczeń. [Mariusz]

Rok 1974 bez wątpienia należał do Francisa Forda Coppoli. Opromieniony sukcesem „Ojca chrzestnego” reżyser nakręcił wtedy nie tylko jego wybitny sequel, ale też „Rozmowę” – jeden z najważniejszych i najbardziej intrygujących filmów swoich czasów. Dzięki temu rok później podczas gali oscarowej Coppola nominowany był do nagrody Akademii aż w pięciu kategoriach (!). I choć ceremonię opuścił ostatecznie z trzema statuetkami, wszystkimi za kontynuację losów rodziny Corleone, co odsunęło kameralną „Rozmowę” nieco w cień, to trudno byłoby ten tytuł pominąć w jakimkolwiek poważnym rankingu najlepszych filmów lat siedemdziesiątych. [Motoduf, fragment recenzji]

 

23. Teksańska masakra piłą mechaniczną
The Texas Chain Saw Massacre
1974, reż. Tobe Hooper, w rolach głównych: Marilyn Burns, Gunnar Hansen, Teri McMinn

O, to jest jeden z tych filmów, które po prostu wgniatają w fotel. Brutalny, obleśny, paskudny. Tak jak przystało na porządne exploitation. Jeden z ikonicznych horrorów w całej historii tego gatunku. [materatzowy]

Krytyka społeczeństwa konsumpcyjnego. W przenośni i dosłownie… Przeraża głównie tym, że w przeciwieństwie do większości horrorów, ten mógłby zdarzyć się naprawdę, jeśli wręcz gdzieś i kiedyś już się nie zdarzył. [Hitori Okami]

Po premierze TCM wielu krytyków rozpływało się z zachwytu nad warsztatem Hoopera. Facet zdołał wywołać popłoch bez wybebeszania flaków. Zrzucano to na karb jego reżyserskiego geniuszu. Tymczasem prawda okazała się banalniejsza. Hooper nigdy nie był geniuszem, on po prostu tak nakręcił film, bo próbował załapać się na certyfikat PG. Ostatecznie film otrzymał R i zapisał się w świadomości zbiorowej jako jeden z najbardziej szokujących obrazów w dziejach kina.

W przypadku recepcji „Teksańskiej masakry” ważny jest kontekst historyczny. Dla współczesnego widza być może nie ma on większego znaczenia (i słusznie), niemniej warto w telegraficznym skrócie prześlizgnąć się po wydarzeniach, które wpłynęły na kształt amerykańskiej kinematografii przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku.

Film Hoopera narodził się w czasach niepokoju. Wietnam, zabójstwa polityczne, telewizyjne reportaże z amerykańskich ulic, ukazujące ofiary gwałtów, pobić i morderstw, walki o równouprawnienie mniejszości etnicznych, przekręty Nixona z aferą Watergate na czele, kryzys paliwowy, całkiem realna groźba wybuchu III wojny światowej czy wreszcie (u progu lat 80) epidemia AIDS. Wszystkie te zjawiska znalazły swoje odbicie na dużym ekranie, szczególnie w obrazach niszowych, do których niewątpliwie zalicza się horror… [Mental, fragment recenzji]

 

22. Piknik pod wiszącą skałą
Picnic at Hanging Rock
1975, reż. Peter Weir, w rolach głównych: Rachel Roberts, Vivean Gray, Jacki Weaver

Peter Weir stworzył film, który swą mistyką oczarowuje widza, poddaje pod wątpliwość to na co patrzy i pozostawia z tym obrazem na długo długo po seansie. Artyzm w czystej postaci. [Witold Wojciechowski]

Męczeństwo, korzenie największej wiary, największej siły, ale także nikczemności i słabości, deprawacji umysłu, selekcji, która odbywa się w ciągu jednego życia, ale także w ciągu całej wieczności, wieczne trwanie dzieła stworzenia, jego przemiany, które odbywały się poprzez poświęcenia i cierpienie, i wreszcie Absolut, z którego wyszło wszystko co na ziemi i do którego będzie kiedyś zmuszone powrócić. Weir zostawia nas z zagadką, na którą trudno dać jednoznaczną odpowiedź. Jednak, chociaż niewiedza jest barierą dla rozwoju, z pewnością jego motorem są wątpliwości. Nawet jeśli prawdziwa wiara nie potrzebuje odpowiedzi. Jak słusznie stwierdził Frederick Buechner „Czy Bóg mógłby, nie niszcząc mnie przy tym, ujawnić mi się w taki sposób, który nie zostawia miejsca na wątpliwości? Gdyby nie było miejsca na wątpliwości, zabrakłoby miejsca dla mnie”.  [Dejna, fragment analizy]

Nie sposób się otrząsnąć po seansie. Peter Weir umiejętnie oddaje złożoność świata i człowieka. Reżyser okazał się mistrzem zaklinania sugestywnych obrazów przepełnionych grozą, gdzie estetyka erotyzmu staje się łącznikiem między życiem a śmiercią. Wszystko zaczyna się i kończy we właściwym miejscu i czasie. Tak rozpoczęła się jego wycieczka i przygoda z kinem. [Piotr Berndt, fragment recenzji]

 

21. Pieskie popołudnie
Dog Day Afternoon
1975, reż. Sidney Lumet, w rolach głównych: Al Pacino, John Cazale, Chris Sarandon

Najlepsza rola Ala Pacino. Wszyscy kochamy i współczujemy granemu przez niego Sonny’emu. Genialny w roli drugoplanowej nieodżałowany John Cazale, no i prosta prawdziwa historia miłości z napadem na bank na pierwszym planie. [Witold Wojciechowski]

Najlepsza rola w karierze Ala Pacino. Moim zdaniem znacznie przewyższa kreacje Nicholsona w „Locie nad kukułczym gniazdem”, za którą Jack zgarnął należącego się Alowi Oscara. Pamiętną kreację stworzył również John Cazale. Pieskie Popołudnie trzyma w napięciu od początku do końca. Plus naprawdę wyjątkowy zwrot akcji! [Piotr Han]

Śmigłowce, samolot, policja, telewizja, nieudany napad na bank, łysiejący John Cazale z nerwowym palcem na spuście i w swej przedostatniej roli, Oscar za skrypt i Al Pacino wrzeszczący „Attica! Attica!” na całą okolicę – zdecydowanie najlepszy film gejowski współczesnego kina i słodko-gorzka opowieść o tym, co się dzieje, gdy… a zresztą, co się będę rozpisywał. Obejrzyjcie film, bo zwyczajnie warto. Znakomite kino.  [Mefisto]

 

 

100 – 76
75 – 51
50 – 41
40 – 31
30 – 21
20 – 11
10 – 1
Suplement do rankingu

 












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Jeździec znikąd

Następny tekst

Fota #43 - Charlton Heston



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE