Recenzje
HAMNET. Zemsta ręki śmiertelnej [RECENZJA]
Sekwencje rodzinnej sielanki Zhao przeplata z obrazami prawdziwie naturalistycznymi.
W trakcie zajęć z teorii literatury wykładowca ogłosił prowokacyjnie, że wszystkie powieści świata można by z grubsza podzielić na dwa rodzaje: te, które opowiadają o miłości, oraz te, które opowiadają o śmierci. Zadanie tego rażącego uproszczenia było proste – chodziło o zainicjowanie dyskusji wokół dwóch najpopularniejszych tematów sztuki. Bo Eros i Tanatos, choć na pierwszy rzut oka wydają się całkowicie niekompatybilni, uwielbiają chodzić ze sobą pod rękę. Dowód? Którakolwiek z tragedii Szekspira albo pierwszy z brzegu hollywoodzki melodramat. Miłości niemalże zawsze towarzyszy w nich śmierć, która równoważy pozytywne emocje, stanowiąc fundament finałowego katharsis. Podobnie rzecz ma się w przypadku filmu Hamnet, w którym Chloé Zhao wykorzystuje strukturę melodramatu, aby opowiedzieć o dwóch wielkich uczuciach. Mariażu miłości i rozpaczy: losach młodego małżeństwa, którego życie zostaje spustoszone przez śmierć dziecka.
Małżeństwo to jednak nie byle jakie. Maggie O’Farrell, autorka literackiego pierwowzoru, unika tego nazwiska przez kilkaset stron powieści. Zhao również zdradza je stosunkowo późno, bo dopiero wtedy, kiedy akcja przenosi się do Londynu – z tajemnicy poliszynela fabułę obdzierają jednak bezwzględne materiały promocyjne, które informują wprost, że głównymi bohaterami Hamneta są William oraz Agnes Szekspirowie. Pierwsza część filmu to dramat obyczajowy z epoki. Romeo i Julia, ale bez tragicznego zakończenia. Bohaterowie zakochują się w sobie i postanawiają wziąć ślub na przekór niechęci ze strony obu rodzin. On jest przecież bujającym w obłokach obibokiem, nędznym synem rękawicznika, spłacającym ojcowskie długi korepetycjami z łaciny. Ona jeszcze gorzej – błąkająca się po lesie sierota, której matka, blisko zaznajomiona z tajnikami ziołolecznictwa, uchodziła za lokalną czarownicę. Żadne z nich nie jest uznawane przez małomiasteczkową społeczność za dobrą partię i może właśnie dlatego małżeństwo udaje się doprowadzić do skutku.

Sekwencje rodzinnej sielanki Zhao przeplata z obrazami prawdziwie naturalistycznymi (vide bardzo długa i emocjonalnie wyczerpująca scena porodu). Kamera Łukasza Żala płynnie dostosowuje się do sytuacji. Gdy w życiu Szekspirów wszystko się układa, pozwala nam na oddech – rejestruje wydarzenia z dystansu, w planach pełnych i ogólnych. W momentach granicznych zbliża się do bohaterów – przykleja do ich twarzy, wyłapując rozsadzające ich od wewnątrz emocje. Pod względem wizualnym Hamnet jest bez dwóch zdań jednym z najpiękniejszych filmów sezonu. W gronie najważniejszych inspiracji estetycznych Zhao wymienia między innymi kino Terrence’a Malicka i jest to inspiracja, którą na ekranie widać – zwłaszcza w sposobie portretowania przyrody.
Natura odgrywa zresztą w Hamnecie rolę szalenie istotną. Podlega psychizacji, reagując na burzliwe relacje międzyludzkie. Kiedy na horyzoncie pojawia się śmiertelna choroba, niebo pochmurnieje, a okoliczne pszczoły zaczynają zachowywać się w dziwny sposób – Agnes ten fakt dostrzega, ale nie potrafi go zinterpretować. Głównych bohaterów Zhao i O’Ferrel, pełniąca funkcję współscenarzystki, szkicują zgodnie z prawidłami prastarej opozycji Natura–Kultura. Przedstawicielką tej pierwszej jest oczywiście Agnes, filmowana konsekwentnie na tle lasu, przedstawicielem tej drugiej – portretowany w otoczeniu sterty papierzysk William. Ich małżeństwo rozpięte jest między tym, co racjonalne, i tym, co nieracjonalne, wypowiedziane i ukryte. Wspomniana opozycja znajduje swoje odbicie również w grze aktorskiej. Podczas gdy Jessie Buckley korzysta z całego wachlarza emocji, grając w sposób efektowny i energiczny, Paul Mescal pozostaje wycofany, zamknięty w sobie, podobnie jak w pamiętnej roli w Aftersun. William sukcesywnie tłumi wszystko, co w nim siedzi, pozwalając sobie jedynie na sporadyczne wybuchy – żałobę po śmierci dziecka przepracowuje za pomocą sztuki. Choć są to role bardzo różne, to obie równie fantastyczne i wszystko wskazuje na to, że znajdą się w gronie oscarowych faworytów.

Hamnet nie jest, wbrew jednemu z anglojęzycznych haseł promocyjnych, filmem idealnym. Ma swoje wzloty i upadki. Często balansuje na granicy kiczu, a momentami tę granicę przekracza – zwłaszcza w scenach, w których Zhao otwarcie flirtuje z metafizyką. Ba, porywa się nawet na wizualizację zaświatów – zupełnie niepotrzebnie. Wszystkie potknięcia i fałszywe nuty idą jednak w zapomnienie, kiedy docieramy do kilkunastominutowego zakończenia, rozgrywającego się podczas londyńskiej premiery Hamleta. Muzyka Maxa Richtera – Zhao sięga tu po klasyczną kompozycję On the Nature of Daylight, wykorzystaną wcześniej m.in. przez Denisa Villeneuve’a i Martina Scorsesego – prowadzi nas przez spektakl, podczas którego dzieją się rzeczy niezwykłe. Martwi wstają z grobów i pojawiają się na scenie. Oto prawdziwa metafizyka – „zemsta ręki śmiertelnej”, o której pisali Wisława Szymborska i Stanisław Barańczak. „Jedyna dostępna nam forma odwetu przeciwko prawom Natury”.
W rozdzierającym serce finale znika bariera oddzielająca fikcję od rzeczywistości. Agnes spogląda na aktora, ale widzi swojego syna. Przez krótki moment przeżywa identyczny dysonans poznawczy, co sąsiad Filipa Mosza, protagonisty Amatora Kieślowskiego, podczas oglądania krótkiego filmu dokumentalnego, w którym pojawia się jego zmarła matka. „Człowiek już nie żyje, a tu ciągle jest” – komentuje mężczyzna, miętosząc w dłoniach bezcenny kawałek taśmy filmowej. Czujemy, że Agnes mówi w zakończeniu Hamneta to samo, choć nie wypowiada na głos ani jednego słowa. Wystarczy nam zbliżenie na twarz Jessie Buckley – rozumiemy wszystko.
