Ranking

MUSIQUE, MON AMOUR. 10 francuskich kompozytorów

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Zaprezentowane niedawno zestawienie włoskich kompozytorów pociągnęło za sobą kolejny tekst poświęcony europejskim autorom muzyki filmowej. Tym razem dwie osoby, Jacek Lubiński i Mariusz Czernic, zdecydowały się przybliżyć sylwetki dziesięciu artystów tworzących soundtracki w kraju nad Sekwaną. Są tutaj zarówno twórcy znani i nagradzani, jak i ci, których możecie nie kojarzyć. Każdy jednak zasługuje na uznanie za ogrom pracy jaki wykonał podczas kreowania muzycznej strony filmu, która często okazuje się nie mniej ważna niż strona wizualna.

1. Pierre Bachelet (1944–2005)

Urodzony Paryżanin, który dzieciństwo spędził jednak na północy Francji, w Calais. Był przede wszystkim popularnym wokalistą i twórcą tekstów (jego niepodważalny status w ojczyźnie przyrównać można do naszego Zbigniewa Wodeckiego). Specjalizował się w romantycznych klimatach, które bezbłędnie uzupełniał jego spokojny, uwodzący delikatnością głos. Nie powinno zatem dziwić, że dla kina tworzył bardziej dorywczo, od swojego debiutu we wczesnych latach 70. sygnując nazwiskiem tylko niespełna trzydzieści tytułów (z czego część telewizyjnych). Artysta ten odszedł zresztą przedwcześnie, bo w wieku zaledwie 60 lat zmarł na raka płuc.

Na świecie zasłynął muzyką do… kina erotycznego – a to za sprawą przełomowej dla tego gatunku Emmanuelle z Sylvią Kristel, dla której napisał piękny, wręcz spowity niewinnością soundtrack oraz dwie klasyczne już dziś piosenki, jakie na stałe weszły do kanonu popkultury. Szybko rozrastającą się serię coraz mniej wysmakowanych seksualnie przygód okrasił nutami jeszcze dwukrotnie, przy okazji piątego i siódmego sequela – z oczywistych względów nie miały już one tej samej świeżości, choć urok dźwięków pozostał. Potem były jeszcze między innymi Historia O, Gwendoline, Sex with the Stars, Monsieur Sade oraz zbiór nowelek o erotycznym zabarwieniu – Prywatne kolekcje. Z powodzeniem próbował jeszcze swoich sił w innych klimatach, głównie komediowych, jak Coup de tête i Slalom niespecjalny, ale też i bardziej ambitnych przedsięwzięciach, czego dowodem ilustracja do oscarowego dramatu Jean-Jacquesa Annauda Czarne i białe w kolorze (1976). Jego ostatnim i zarazem jedynym kinowym projektem powstałym w XXI wieku była mało znana komedyjka Zbrodnia w raju. [Jacek Lubiński]

2. Claude Bolling (1930)

Urodził się w Cannes, studiował w Nicei i Paryżu. Pianista jazzowy, kompozytor, aranżer. Nazywany był cudownym dzieckiem, bo już w wieku 14 lat grał zawodowo u boku Lionela Hamptona, amerykańskiego wibrafonisty. Cztery lata później towarzyszył Bercie „Chippie” Hill, piosenkarce bluesowej, podczas „Wielkiego tygodnia jazzu”. Na początku lat pięćdziesiątych współpracował z amerykańskimi muzykami jazzowymi Royem Eldridge’em i Kennym Clarkiem, a w 1956 roku miał już własną orkiestrę – Claude Bolling Big Band. Jedną z jego najbardziej docenianych prac był skomponowany w 1973 roku utwór Suite for Flute and Jazz Piano Trio, napisany na takie instrumenty jak flet poprzeczny, fortepian, kontrabas i perkusję. Suita została nagrana w 1975 roku przy udziale wirtuoza fletu Jean-Pierre’a Rampala. Była to wyjątkowa muzyczna uczta, powstała z połączenia barokowej elegancji i nowoczesnego swingu.

Tak wielki talent nie mógł zostać nie zauważony przez kino. Jego filmografia składa się z ponad stu tytułów. Już pod koniec lat pięćdziesiątych pojawiły się pierwsze propozycje od filmowców, a w następnej dekadzie mógł ukształtować swój muzyczny temperament dzięki współpracy z René Clémentem (Ścigani przez śmierć – 1963) i Marcelem Camusem (Vivre la nuit – 1968). Przełomem w filmowej karierze Bollinga było spotkanie z reżyserem Jacquesem Derayem – od dzieła gangsterskiego w stylu retro, Borsalino (1970), rozpoczęła się ich owocna współpraca. W sumie zrobili razem jedenaście filmów (np. Flic Story – 1975; Trzech ludzi do zabicia – 1980). Wiele obrazów, do których skomponował ścieżkę dźwiękową popadło w zapomnienie. Warto przypomnieć jego współpracę z Philippe’em de Brocą (Wspaniały – 1973; Cyganka – 1986) i Édouardem Molinaro (Mandarynka – 1972). Do ciekawszych kompozycji Bollinga należy marsz wojskowy z filmu Wał atlantycki (1970) Marcela Camusa. Na wyróżnienie zasługują także: Cygan (1975), Suita kalifornijska (1978) i Gniewny człowiek (1979). 15 grudnia 2010 roku kompozytor został mianowany Oficerem Legii Honorowej. [Mariusz Czernic]

3. Georges Delerue (1925–1992)

Kto wie, czym byłoby dzisiejsze kino bez pochodzącego z maleńkiego Roubaix mistrza partytur. Delerue był nad Sekwaną swoistym odpowiednikiem Ennio Morricone, wiecznie żywym w ponad trzystu soundtrackach, które wyszły spod jego ręki w przeciągu zaledwie czterech dekad (a do tego należałoby doliczyć jeszcze projekty teatralne, operowe, baletowe i symfoniczne). Zadebiutował w roku 1950 i od tej pory bezustannie zachwycał melomanów aż do momentu, w którym zmarł nagle na atak serca we wczesnych latach 90. Jego muzyka poraża – również i dziś – przede wszystkim niezwykle przystępnym dla odbiorcy artyzmem, atrakcyjną tematyką i wysoką jakością wykonania, niezaprzeczalnym pięknem kompozycji. Żaden gatunek czy nastrój nie były mu obce, a każdą pracę traktował z równie dużym zaangażowaniem. Nic dziwnego, że bardzo szybko zaistniał zarówno na rodzimym podwórku, jak i za granicą, w produkcjach anglojęzycznych.

Wymienić wszystkie filmy, które okrasił nutami po prostu nie sposób. Ale to właśnie jego melodie ubarwiają takie klasyki, jak Hiroszima, moja miłość (pierwszy projekt tego kalibru w karierze), Strzelajcie do pianisty!, Jules i Jim, Gamoń, Hibernatus oraz oryginalny Oskar z Louisem de Funèsem, Viva Maria!, Pogarda, Konformista, Przesłuchanie w noc sylwestrową, Nieznajoma z Sans-Souci oraz miniserię Fantômas z 1980 roku. Do tego dodać można także ważnych reprezentantów kina gatunkowego – kryminałów (Rewolwer Python 357, Rififi w Tokio), szeroko pojętej przygody (Człowiek z Rio, 100 tysięcy dolarów w słońcu) czy widowisk kostiumowych (Cartouche-zbójca). Nie ulega przy tym wątpliwości, że najlepiej jego przejmujące utwory działały w dramatach różnego sortu – a tu nie sposób zapomnieć jeszcze choćby Ostatnie metro Françoisa Truffaut, Zabić księdza Agnieszki Holland i Najważniejsze to kochać Andrzeja Żuławskiego oraz Dien Bien Phu Pierre’a Schoendoerffera.

Nie mniej imponująca jest lista jego ilustracji napisanych dla producentów z Zachodu – zresztą na początku lat 80. na stałe przeniósł się do USA. Tutaj przełomowe okazały się zwłaszcza Oto jest głowa zdrajcy oraz Zjadacz dyń, po których przyszły Zakochane kobiety, Anna tysiąca dni i Julia (za oba otrzymał nominacje do Oscara), Powrót czarnego rumaka, Silkwood, Tajemnica klasztoru Marii Magdaleny (kolejna nominacja), Zbrodnie serca, Stalowe magnolie, Czarna suknia oraz powstałe w tym samym 1973 roku Dzień delfina (nominacja) i Dzień szakala. Jak na wszechstronnego twórcę przystało, nie stronił od lżejszego repertuaru. Stąd obok napisanych pod koniec życia dla Olivera Stone’a petard Pluton i Salwador znajdziemy w jego amerykańskim dorobku także Hotel złamanych serc, Biloxi Blues, Joe kontra wulkan, Bliźniaków, Niesforną Zuzię, jak i odcinki kultowego serialu Stevena Spielberga Niesamowite historie.

I to właśnie niezobowiązujące kino popularne w postaci Kłopotów z facetami okazało się dla niego pożegnaniem z X muzą. Znamienne zresztą, że za takie nagrodzono go też jedynym Oscarem w karierze (Mały romans; 1979). Jak wielu innych mistrzów, Delerue nie miał przy tym szczęścia do podobnych nagród – oprócz Złotego Rycerza odebrał jeszcze tylko trzy, acz przyznane mu pod rząd, Cezary (1979-81). Jednak w tym wypadku to nie laury i zdobyte uznanie, a muzyka sama w sobie stanowi o wielkości danego nazwiska. [Jacek Lubiński]

Ostatnio dodane