Recenzje
HALLOW ROAD. Najstraszniejsze są rzeczy, których nie można zobaczyć
Scenariusz oraz sposób realizacji Hallow Road do złudzenia przypominają Locke’a – film, w którym na ekranie był jeden aktor w jednej lokalizacji.
Pewnej nocy Frank i Maddie Finchowie odbierają telefon od swojej nastoletniej córki Alice, która uciekła z domu po rodzinnej awanturze. Dziewczyna jest spanikowana, rozpacza i błaga o pomoc. Okazuje się, że Alice zażyła narkotyki, wsiadła za kółko i potrąciła przechodnia na ustronnej leśnej drodze. Frank i Maddie wsiadają w samochód i kierują się w stronę Hallow Road, po drodze kłócąc się o to, co powinni robić. Frank chce wziąć winę na siebie, Maddie uważa, że córka powinna odpowiedzieć za swój czyn. Tymczasem na miejscu wypadku pojawia się tajemnicza para, która ma swoje własne plany wobec Alice. Hallow Road .
Babak Anvari to irański filmowiec zamieszkały w Wielkiej Brytanii. Po serii krótkometrażowych etiud zadebiutował w pełnym wymiarze filmem grozy W cieniu śmierci (2016), który otrzymał trzy trofea BIFA, nagrodę BAFTA za najlepszy debiut i jeszcze kilkanaście innych wyróżnień. Ale już kolejne filmy Anvariego – Rany (2019) i Przypadkowy przechodzień (2022) – spotkały się z chłodnym odbiorem. Ostatni film reżysera, czyli Hallow Road, stanowi bodaj największą porażkę w jego dotychczasowym dorobku. To przypadek M. Night Shyamalana, którego każdy następny obraz jest gorszy od poprzedniego.

Scenariusz oraz sposób realizacji Hallow Road do złudzenia przypominają Locke’a (2014) Stevena Knighta – film, w którym na ekranie był jeden aktor (Tom Hardy) w jednej lokalizacji (auto), a cała fabuła opierała się na jego rozmowach telefonicznych. Tutaj aktorów jest dwoje (Rosamund Pike i Matthew Rhys; Alice to tylko głos Megan McDonell), lecz miejsce akcji – nie licząc kilku scen na początku i na końcu – także ogranicza się do wnętrza samochodu. O ile jednak Locke był dramatem psychologicznym na modłę kina drogi, o tyle Anvari i scenarzysta William Gillies zrobili z Hallow Road horror z elementami folklorystycznymi.
Szkopuł w tym, że grozy jest tu jak na lekarstwo, zaś do filmu szybko wkrada się nuda wywołana brakiem napięcia, jednostajnym rytmem i monotonią. Hallow Road dłuży się niemiłosiernie, choć trwa tylko osiemdziesiąt minut. To mógłby być niezły spektakl teatralny lub słuchowisko radiowe, ale nie pełnometrażowy film. Twórcy mieszają gatunki i porządki: najpierw realistyczna psychodrama zahaczająca o moralitet, następnie horror, a potem nagły powrót do punktu wyjścia i ponowny zwrot ku kinu grozy. W rękach sprawniejszych filmowców taka mieszanka mogłaby wypaść interesująco. Nie tutaj.

Hallow Road cierpi też wady realizacyjne. To film zrobiony w nieprzekonywający sposób. Niedbała inscenizacja sprawia, że trudno uwierzyć, iż mamy do czynienia z ludźmi prowadzącymi samochód, nie zaś z aktorami w atrapie auta na tle green screena (i dlaczego jadą oni tak ślamazarnie, skoro to taka pilna sprawa?). Pike i Rhys robią, co mogą, by ożywić papierowe postacie, ale ponoszą klęskę w starciu ze sztucznymi, dalekimi od prawdziwych rozmów dialogami. To ostatni gwóźdź do trumny filmu opartego głównie na słowie mówionym.

