Wenecja2017

WENECJA 2017. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, reż. Martin McDonagh

Najlepszy film 74. edycji festiwalu w Wenecji!

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Po czym poznaje się wielkich twórców kina? Po tym, że potrafią opowiadać o z pozoru obcych im tematach w sposób niezwykle przekonujący i wiarygodny. Dzięki odpowiedniemu przygotowaniu i przemyśleniu swoich projektów są w stanie stworzyć narrację bezszwową, czyli skonstruowaną tak, jak gdyby nie składała się z wielu elementów różnego pochodzenia, lecz była integralną całością, spójnym bytem o jednolitej strukturze. Takim właśnie twórcą jest Martin McDonagh.

Już jego działalność na polu teatralnym była pasmem sukcesów, ale mało który reżyser sceniczny transfer do przemysłu filmowego przechodzi tak bezboleśnie. Zanim przyjechał do Wenecji z genialnym Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, McDonagh nakręcił nagrodzony Oscarem krótki metraż Sześciostrzałowiec (2004), by cztery lata później zrealizować osobliwą, szaloną czarną komedię Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (błyskotliwe tłumaczenie z oryginalnego In Bruges) i, po kolejnych 48 miesiącach, utrzymanych w podobnej tonacji Siedmiu psychopatów. I choć oba pełne metraże brytyjsko-irlandzkiego artysty były na wysokim poziomie, mało kto chyba spodziewał się, że McDonagh nakręci film, który ociera się o kinematograficzny absolut.

Trzy billboardy najłatwiej określić jako bardzo brutalną współczesną baśń, zanurzoną w zdekonstruowanym już micie wspaniałego amerykańskiego Południa.

To, co już po kilku scenach uderza w widza najmocniej, to perfekcyjnie napisane dialogi, w których najpełniej ujawniają się doświadczenia dramaturgiczne reżysera. W Trzech billboardach każda linijka tekstu, każda fraza wypowiadana przez bohaterów to szczere złoto – bez względu na to czy to wypowiedź humorystyczna, zeznanie na policji, groźba czy obelga. Miasteczko Ebbing zamieszkane jest niemal wyłącznie przez złotoustych obywateli, którzy nie tyle komunikują się, co czarują widza słowami. Prym wiedzie w tym Frances McDormand, pozostająca w Coenowskim klimacie, drapieżna i potencjalnie niebezpieczna Mildred Haynes, samotna matka opłakująca zgwałconą i zamordowaną przed rokiem córkę. To ona wpada na pomysł wykorzystania tytułowych billboardów do zmobilizowania lokalnej policji, która od miesięcy nie zrobiła nic w sprawie jej dziecka. Oskarżycielski ton wypowiedzi umieszczonych na planszach reklamowych przy mało uczęszczanej drodze wprowadzi spore zamieszanie w społeczności małego południowego miasteczka.

Trzy billboardy najłatwiej określić jako bardzo brutalną współczesną baśń, zanurzoną w zdekonstruowanym już micie wspaniałego amerykańskiego Południa. Wydarzenia, które mają miejsce w Ebbing nie mogłyby zaistnieć nigdzie indziej, a już na pewno nie w dużym, “cywilizowanym” mieście. Zdeterminowana Mildred nie ma oporów przed obrażaniem policjantów, na czele z szeryfem Willoughbym (klasowy jak zwykle Woody Harrelson) czy przygłupim, ale niezwykle porywczym Dixonem (Sam Rockwell w roli godnej nominacji do Oscara), nie czuje też wyrzutów sumienia, gdy z powodu jej billboardów ludziom w miasteczku zaczyna dziać się krzywda. Niczym na Dzikim Zachodzie każdy ma tu swoją sprawiedliwość i własne sposoby jej egzekwowania. Bohaterka ma tylko jeden cel – ukarać sprawców, ale czy jej agresywna strategia może przynieść właściwe efekty?

McDonagh znakomicie balansuje pomiędzy poważnymi i komediowymi elementami, z powodzeniem unikając pastiszowości. Dzięki temu film ogląda się z ogromnym zainteresowaniem i choć wiele scen mogłoby funkcjonować jako samodzielne skecze, wszystkie ujęcia niosą znaczenie, a z pozoru błaha wypowiedź okazuje się mieć niebagatelne znaczenie dla tożsamości bohatera. Działania Mildred nastawione są w dużej mierze na prowokację i destrukcję, ale przyświecający jej cel zdaje się uświęcać wszystkie środki. Niczym samotny mściciel bohaterka brawurowo kreowana przez McDormand walczy z systemem, stając się uosobieniem przekonania, że sprawiedliwość to najwyższa wartość. Jej niezłomna postawa wpłynie zresztą na niemal każdą postać w Trzech billboardach, doprowadzając do całkiem zaskakujących przemian.

W filmie Martina McDonagha nie ma ani jednej fałszywej nuty. Jeśli istnieje gdzieś perfekcyjne dzieło filmowe, Trzy billboardy za Ebbing, Missouri mogłoby nim być. Ogląda się je tak, jak czyta się genialną powieść – od deski do deski, chłonąc każdy moment tego wyjątkowego doświadczenia. Nawet jeśli Ebbing nie wygra tego konkursu, pozostaje najlepszym filmem, jaki miałem przyjemność obejrzeć podczas 74. edycji festiwalu w Wenecji.

Ostatnio dodane