Recenzje
GLASSHOUSE. Science fiction z RPA to nie tylko Dystrykt 9
Fabuła Glasshouse dzieje się w przyszłości, po tym, jak przenoszona drogą powietrzną toksyna wywołała pandemię choroby przypominającej demencję.
Republika Południowej Afryki nie ma długiej historii filmów fantastycznonaukowych, ale już w 1988 roku powstał tam Bunt w kosmosie, o którym jednak trudno powiedzieć coś dobrego. Na hasło science fiction z RPA pierwsze skojarzenia płyną zwykle w kierunku Neilla Blompkampa, twórcy Dystryktu 9 (2009), który potem nieco zgubił się w Hollywood, patrz: Elizjum (2013) i Chappie (2015). Kelsey Egan, która zresztą kooperowała z Blompkampem przy jego pełnometrażowym debiucie, to kolejna południowoafrykańska twórczyni filmowa, która chętnie sięga po sci-fi, czego dowodem Glasshouse i The Fix (2024).
Fabuła tego pierwszego filmu toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości, po tym, jak przenoszona drogą powietrzną toksyna wywołała pandemię choroby przypominającej demencję, dziesiątkując ludzką populację i doprowadzając do upadku cywilizacji. Niedobitki ludzkości wegetują w odizolowanych mikrospołecznościach, jak na przykład złożona z matki, trzech dorastających córek i syna rodzina, która okupuje ufortyfikowaną szklarnię i zabija każdego, kto zbliży się do jej bram. Pewnego dnia najstarsza córka pozwala, aby do szklarni dostał się ranny nieznajomy. Jego obecność zaburzy ład panujący w rodzinie.

Fantastycznonaukowy w Glasshouse jest tylko punkt wyjścia, czyli post-apokaliptyczne realia, cała reszta stanowi zaś wariację na temat filmu Na pokuszenie (2017) Sofii Coppoli: od budowania świata i prezentacji konsekwencji cywilizacyjnego krachu w wymiarze globalnym ważniejsze są tutaj jednostkowe relacje międzyludzkie i seksualne napięcie, jakie wytwarza się między nieznajomym a dwoma najstarszymi siostrami, które zaczynają rywalizację o względy mężczyzny. Jeżeli ktoś więc nastawia się na typowe science fiction, może się zawieść, bo otrzyma melodramat w anturażu tylko trochę fantastycznonaukowym.
To oczywiście żaden zarzut. Gorzej, że twórcy nie zdołali znaleźć odpowiedniego tonu dla swojego dzieła. Glasshouse nie jest tak zmysłowy i duszny, jak wspomniane Na pokuszenie, zaś jego akcja rozgrywa się właściwie od jednej intensywnie emocjonalnej sceny do drugiej – aż po kulminacyjny zwrot akcji w finale, który sprawia wrażenie sztampowego chwytu mającego na celu odwrócenie uwagi widza od fabularnych dziur i rozmaitych nieścisłości. W rezultacie okazuje się, że film, który zaczął się nader tajemniczo i obiecująco, przez cały czas trwania zmierzał po prostu donikąd.

