Wywiad

ZAJRZYJ ZA KULISY PORNOBIZNESU. Wywiad z Tobym Heigh (część 1)

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Czyli robiliście badania rynku?

Jak najbardziej, to były darmowe badania rynku. Odpowiedzi były kuriozalne, do teraz żałuję, że nie mam pudła, w którym trzymaliśmy te pocztówki, bo były takie sytuacje, że na pytanie „jak dowiedziałeś się o naszym filmie?” ktoś odpowiadał „od chłopaka mojego ojca”. Albo że ktoś w ramach odpowiedzi na pytanie „co chciałbyś zobaczyć w naszych filmach?” nabazgrał pismem psychopaty – trochę jak z Siedem – „WIĘCEJ KARŁÓW”.

Ludzie wysyłali nam bardzo konkretne listy. Ktoś pytał na przykład, dlaczego w filmach pornograficznych nie ma momentu rozbierania, dlaczego kobieta najpierw się pręży w bieliźnie, a w następnej scenie już nie ma bielizny i dochodzi do seksu oralnego. Gość sugerował, żeby zamiast bielizny na zamki błyskawiczne używać takiej na rzepy, żeby dziewczyny się rozbierały z gracją, a nie były – tu cytat – „nagie jak kurczaki na wystawie w mięsnym”.

Ludzie mieli masę typowo życiowych pytań – na przykład o to, czy w scenach, w których jest obfity wytrysk na twarz kobiety, występują panowie z wyjątkowo dużym zasobem spermy, czy to może praca kolektywna? Jedna pani wysłała bardzo dramatyczny list, w którym pytała, czy moglibyśmy zaprzestać produkcji filmów gejowskich, ponieważ ona przeczytała, że homoseksualiści niezdrowo podniecają się podczas oglądania tych filmów. Jako przykład podała historię z Soho, gdzie ponoć dwóch pijanych homoseksualistów próbowało namówić do seksu młodego chłopaka. Co ciekawe, podpisała się jako Suzanne Jakaśtam „wraz z rodziną”.

Okazało się, że te badania rynku to była taka trochę przynęta na czubków. Jeden z listów zaczynał się od zdania „Masturbuję się od dwunastego roku życia. Teraz mam 78 lat. W moim życiu widziałem już wszystko – od obskurnych niemieckich produkcji po wystawne filmy amerykańskie. Mam kilka uwag”. Lista jego pomysłów liczyła sześć stron. Opisywał nawet to, jak jego zdaniem powinny wyglądać zbliżenia na usta.

A co stało się z filmem dla fetyszystów stóp?

Był totalną klapą, bo okazało się, że w filmach dla fetyszystów stóp w ogóle nie powinno być seksu. Ludzie pisali: „Było super, a potem zaczęli się ruchać”. Dopiero później zacząłem się zagłębiać w temat i dowiedziałem się, że dla fetyszystów stóp sam seks to nawet nie jest wisienka na torcie, ale coś męczącego i niepotrzebnego. Chodziło im o sam widok stopy jako przedmiotu, który ich podnieca. Reszta nie miała znaczenia.

Dowiedziałem się o tym dopiero później, jak poznałem ludzi, którzy robili filmy pornograficzne na zamówienie, oparte o scenariusze przesyłane przez klientów. Mogłeś opisać wszystko i wysłać im swoje fantazje, chociaż akurat ta firma działała w niszy związanej z uprzedmiotowieniem i parafiliami, które nam nie kojarzyłyby się prawdopodobnie w ogóle z seksem. W niektórych ich filmach w ogóle nie było seksu, tylko dziwaczne sceny, których do dziś właściwie nie mogę zrozumieć.

Podaj jakiś przykład.

Masz szklaną podłogę, pod którą jest zamontowana kamera. Na szkle leżą gotowane pomidory, a kamera filmuje od dołu kobiecą stopę, która ugniata te warzywa. Ponoć zleceniodawcy chodziło o same zbliżenia na warzywa rozgniatane między palcami.

Zaraz… to była firma, do której mogłeś wysłać dowolny scenariusz?

Tak, a oni ci go wyceniali. Jeśli zgodziłeś się na proponowaną kwotę, dostawałeś pornola na zamówienie. Gdybyś chciał na przykład, żeby w filmie pornograficznym grał koleś, który wygląda podobnie do ciebie i nosi takie same ubrania, to oni by takiego znaleźli i nakręciliby dla ciebie dowolny film.

Czyli gdybym chciał, żeby dziewczyna jadła rozgotowany makaron i śpiewała piosenki Leonarda Cohena, podczas gdy facet bierze ją od tyłu, to mogłem to zamówić?

Tak, problemem mogłoby być jedynie to branie od tyłu, bo oni skupiali się na tych parafiliach, w których nie ma seksu. Podam ci inny przykład: w jednym z filmów źródłem podniety było to, że kobieta pompowała nożną pompką koło samochodowe, a kamera robiła zbliżenia na mięśnie jej łydki. Kogoś podniecał sam fakt napinania mięśni. Ta sama kobieta chodziła potem w szpilkach po schodach, a kamera szła za nią i pokazywała napięcie nogi przy stawianiu kolejnych kroków.

I na tym polegał cały film?

Tak, to była cała sekwencja. Ona chodziła po tych schodach w górę i w dół, pokazywała łydkę do kamery i tyle.

Bez seksu?

Bez seksu. Bardzo często w tych filmach nie było seksu. To jest coś, co ja zrozumiałem dopiero, kiedy mój przyjaciel – reżyser filmów gejowskich – zrobił serię filmów o parafiliach. Dowiedziałem się wtedy, że są ludzie, którzy mają orgazm tylko wtedy, jak na przykład pocierają się o baloniki. Był jeden gość, który miał gigantofilię. Podniecały go kobiety wielkości Wonder Woman. Ale nie chodziło o to, że kręciła go Małgorzata Dydek, tylko o kobiety, które mają dziesięć pięter wysokości. Problemem było oczywiście to, że takie kobiety nie istnieją. Więc co zrobił, żeby zaspokoić to pragnienie? Zbudował w garażu makietę miasta – całkiem niezłą – a jego żona raz na jakiś czas zakładała buty i robiła przemarsz Godzilli przez miasto, podczas gdy on to filmował od dołu.

Tego się nie spodziewałem.

Ja się wielu rzeczy nie spodziewałem i dopóki pracowałem w przemyśle pornograficznym głównego nurtu, znałem dość prosty schemat: jest seks oralny, potem – w zależności od umowy – jest seks w różnych pozycjach, czasami analny albo z wieloma partnerami. Reżyser planuje kolejność pozycji według własnych fanaberii, ale model pozostaje ten sam – początek, rozwinięcie, kulminacja i papierosek. A w przypadku tych pornoli na zamówienie nie wiadomo właściwie, co jest tą kulminacją. W którym momencie widzowie się podniecają? Nigdy nie dowiedziałem się, jak się stopniuje takie podniecenie. Wiele lat później, gdy pracowałem już w zupełnie innej branży – ale też zajmującej się po części pornografią i erotyką – nadal nie mogłem tego zrozumieć. Miałem raczej klasyczne pojęcie o pornografii: że ma to być film, w którym ludzie uprawiają seks.

W Wielkiej Brytanii, gdzieś w okolicach 2004-2005 roku, zrobiliśmy badanie rynku, żeby sprawdzić, jaka nisza jest najbardziej popularna. Okazało się, że sikanie i kobiety w ciąży.

Bardziej popularne niż na przykład MILF-y?

Bardziej. Mieliśmy zagwozdkę, nie wiedzieliśmy, co robić. Przebranżowić się na „sporty wodne” i zatrudnić kobiety w ciąży? Uznaliśmy, że nie będziemy się tym zajmować, że skoro idzie nam dobrze w głównym nurcie, to nie będziemy się zajmować niszami. Od tego były mniejsze firmy, które sobie zresztą świetnie z tym radziły. Chyba nadal tak to działa, że jeśli potrzebujesz czegoś bardzo konkretnego, to nie szukasz w mainstreamie, bo znajdziesz w nim głównie napompowane laleczki i kolesi z kaloryferami.

No właśnie, wróćmy do głównego nurtu. Firma, w której pracowałeś, słynie z drogich, wystawnych filmów porno z budżetami sięgającymi dwóch milionów funtów. Czym różni się tok produkcji takiego filmu od normalnego filmu aktorskiego? Poza seksem oczywiście.

Właściwie to niczym. W firmie panowało przekonanie, że trzeba dotrzeć do młodych klientów, bo przecież osoby przed trzydziestką też się interesują seksem – wtedy jesteś najbardziej napalony, testosteron robi z ciebie małpę. Wyszliśmy z – jak się okazało – mylnego założenia, że jeśli nakręcimy filmy w sposób młodzieżowy, to młodzi ludzie się na to złapią. Powstała seria Triple X Sports – ekipa jedzie w Alpy, dziewczyny uprawiają seks ze snowboardzistami. Ale to nie zadziałało. Teraz już wiem, że w mainstreamowej pornografii działa to w sposób o wiele prostszy: jeśli spodoba ci się dziewczyna na okładce, to będziesz miał w dupie, czy to kręcili w Alpach czy w Radomiu. Ta dziewczyna ma zrobić to, o czym ty fantazjujesz, a cała reszta jest nieważna.

Nasze filmy różniły się od siebie pod względem budżetu i scenografii, w których były kręcone. Dziewczyny, które miały u nas kontrakty, stały się gwiazdami, wiele z nich zyskało sławę, nie tylko Jenna Jameson czy Briana Banks. Ciekawym przypadkiem była Michelle Wild, która po przejściu na pornoemeryturę zaczęła grać w węgierskim odpowiedniku Na dobre i na złe. Zresztą to bardzo fajna, sympatyczna dziewczyna.

Jeśli wykładaliśmy pieniądze na film, wykładaliśmy też zazwyczaj kasę na kampanię reklamową – na rozkładówki w czasopismach pornograficznych itd. Nakręciliśmy pornograficzną wersję Braveheart, horror w wersji dla dorosłych, wreszcie Cleopatrę z modelowanym w 3D starożytnym Rzymem. Zazwyczaj te pornoparodie miały też super okładki, a na targach filmowych mieliśmy wielkie stoiska, między którymi przechadzały się aktorki. To wszystko robiło wrażenie, ale klucz do sukcesu leży moim zdaniem gdzie indziej – mieliśmy tego farta, że kiedy nasze filmy pojawiły się w Europie, to wszyscy chcieli je oglądać, bo to było coś niezwykłego w porównaniu do półamatorskich scenek kręconych gdzieś na obszczanej kanapie w piwnicy. Dziewczyny były fajne i opalone, kolesie nie wyglądali źle, a plaża na Seszelach to dużo lepsze tło niż plaża w Brighton.

Ostatnio dodane