Wywiad

FILMÓW NIE DA SIĘ ROBIĆ SAMEMU. Wywiad z Patrycją Widłak, reżyserką dokumentu „Rodzina”

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Z Patrycją Widłak, młodą reżyserką, która właśnie „wyfruwa” z Warszawskiej Szkoły Filmowej, rozmawiamy przy okazji koszalińskiego festiwalu Młodzi i Film, gdzie walczyła o główną nagrodę w konkursie na najlepszy dokument. Nieco ponad miesiąc wcześniej jej Rodzina znalazła się wśród nominowanych obrazów na Krakowskim Festiwalu Filmowym. Jest to opowieść o dwójce ludzi, która wbrew pochodzeniu i rasie (mężczyzna to polski emigrant, a kobieta – czarnoskóra osoba z zaburzeniami psychicznymi) próbuje wychować małe dziecko. Ale czy na pewno uda im się zrobić to wspólnie? Rozmawiamy więc głównie o wymiarze etycznym dokumentalistyki, o tym, jak w Polsce rozpoczyna się przygodę z filmem, czemu nie należy robić tego samemu oraz jaka jest w tym wszystkim rola mentorów. Głównie tych ze szkoły filmowej.

Jaką rolę odgrywa Warszawska Szkoła Filmowa w kształceniu młodych reżyserów?

PATRYCJA WIDŁAK: WSF postrzegam jako szkołę charakteru. Przychodzisz w miejsce, gdzie jest wiele mądrych osób, posiadających ogromny bagaż doświadczeń, każdego z nich interesuje inne kino i każdy z osobna przechowuje mądry bon mot, coś, co zapamiętasz i prawdopodobnie kiedyś ci pomoże. Oczywiście, są zajęcia teoretyczne, traktujące o psychologii obiektywu, świetle, praktyczne warsztaty pod okiem specjalistów. Jednak technicznej strony musisz nauczyć się sam, bo filmy to praktyka. Trzeba kręcić, oglądać i obserwować, jak działa budowanie dramaturgiczne konkretnej opowieści. Nikt się za ciebie tego nie nauczy.

Kadr z filmu "Rodzina"

Na swoim koncie na razie masz dwa krótkometrażowe filmy dokumentalne.

Na pierwszym roku miałam bardzo dużą ambicję stworzyć film fabularny. Filmy dokumentalne wydawały mi się mało spektakularne. Bo w fabule możesz ten świat wykreować aktorem, światłem. Wyszedł z tego taki bełkot. I zaczęłam „drążyć”. Co mnie tak naprawdę interesuje? I przypomniało mi się, że jako dziecko chciałam być kimś niewidzialnym i niesłyszalnym, żeby wchodzić do domów obcych ludzi i obserwować. I to, w mniejszym lub większym stopniu, daje dokument.

Podczas festiwalu filmowego w Krakowie, na którym walczył o nagrodę twój film, dało się usłyszeć od młodego reżysera, że nie ma czegoś takiego jak gatunek. Fabuła miesza się dziś z dokumentem. Spotkałaś się z takim podejściem u swoich wykładowców?

Pamiętam taką sytuację, kiedy jeden z wykładowców spotkał się z odmową żony bohatera swojego filmu dokumentalnego i zdecydował się podstawić aktorkę, która zagrała w jednej ze scen. Nie mówiono nam, co można, a czego nie, najważniejszy jest efekt końcowy. Trzeba mieć świadomość, że widz dostrzega to, co jest na ekranie, i w to wierzy, bo jest przekonany, że skoro to jest dokument, to musi być to prawda.

Zdecydowałabyś się na zaaranżowaną sytuację w swoim dokumencie?

Nie chciałabym robić takich dokumentów. Chcę, by były one wysiedziane, wyczekane, wypatrzone. Ale jeśli kogoś na przykład przyciska do ściany producent, który dał reżyserowi czas i pieniądze, a wciąż nic się nie wydarzyło, to aranżacja sytuacji może być jedynym wyjściem. Lub ktoś ma taką wizję, żeby tej rzeczywistości „pomóc”. Jeśli to pomoże osiągnąć dany efekt i nikogo nie skrzywdzi, to czemu nie?

Kadr z filmu "Rodzina"

Rozmawialiście w szkole o etycznym wymiarze takiej mieszanki gatunkowej?

Wydaje mi się, że najwięcej na temat etyki nauczyłam się od mojej opiekunki artystycznej. Pani Barbara Pawłowska wielokrotnie powtarzała, że nie ma sensu robić filmu, który zniszczy człowieka. Czytałam też wywiady z Kieślowskim, jego książki, gdzie mówił, ile to miał w życiu problemów etycznych związanych z filmem. Zawsze jednak podkreślał, że najważniejszy jest człowiek i to nad nim trzeba się pochylić. W moim dokumencie na przykład ważyły się losy dziecka. Przez to, że pokazałabym jakąś sytuację wyjętą z kontekstu, mogłabym moim bohaterom narobić problemów.

Przez 8 miesięcy kręciłaś kamerą życie pary, której wcześniej nie znałaś. Opowiedz, jak wyglądała wasza współpraca.

Bywało różnie. Był czas, gdy bohaterowie czuli się zmęczeni naszą obecnością, i wtedy dostawałam SMS: „Słuchaj, dzisiaj nie”. I tak kilka razy z rzędu. Zaangażowałam się emocjonalnie w tę ich specyficzną więź, wiedziałam, że moja obecność w ich domu nie jest komfortowa, do tego ich relacje były trudne. Przeżywałam wewnętrzny kryzys. Mój bohater, Maciek, gdy nie miał humoru, nie chciał nas w domu, ale kiedy pojawiał się jakiś problem lub kiedy coś się działo, to dzwonił, żebyśmy natychmiast przyjechali. Tak naprawdę z Piotrem Kizowskim, drugim reżyserem oraz pomysłodawcą, nie mieliśmy swojego życia. Wciąż czekaliśmy na telefon. Było też tak, że siedzieliśmy u nich tygodniami i nic się nie działo. Życie nie jest spektakularne. Spektakularne są momenty.

Ostatnio dodane