Szybka piątka

NAJGORSZE FILMY naszych ulubionych reżyserów

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Szybka Piątka #147

Wybieraliśmy już najlepsze filmy naszych ulubionych reżyserów, więc tym razem przyszedł czas na te najmniej chlubne dokonania cenionych przez nas twórców. Zapraszamy do zapoznania się z naszymi typami i oczywiście dorzucania własnych propozycji. 

Tomasz Raczkowski

1. Andrzej Żuławski: Szamanka – filmy Żuławskiego seniora nigdy (no, prawie) nie były poukładane i nie stroniły od frenetycznych odjazdów, ale to, co wydarzyło się w obrazie z 1995 roku, przekroczyło wszelkie granice – i to nie w sensie pozytywnym. Czar „żuławszczyzny” polegał zawsze przede wszystkim na wirtuozerskim zaplataniu w filmach subwersywnych treści i tworzeniu mrocznej aury szaleństwa. W Szamance przekazu jest jak na lekarstwo, a zamiast niepokoju czujemy przekłuwaną obrzydzeniem irytację – Żuławski i Gretkowska rzucają nam kilka banałów i ogólników, zalewając to wszystko mało strawnym sosem kiepsko zagranego wariactwa głównych bohaterów. W karierze Żuławskiego, pełnej kreatywnego obłędu i ekstrawaganckich wzlotów, Szamanka to największy (a może jedyny faktyczny) niewypał, do którego nigdy nie wróciłem i nie mam zamiaru.

2. Ingmar Bergman: Muzyka w ciemności – niemal wszyscy znają dojrzałą twórczość Bergmana, wypełnioną arcydziełami lub przynajmniej bardzo dobrymi filmami. Mniej widzów kojarzy jego wczesne dzieła z okresu, kiedy dopiero wykluwały się jego rzemiosło i unikalny filmowy język, a ambitne intelektualne poszukiwania znajdowały co najwyżej w fazie luźnej chmury skojarzeń. W tych zamierzchłych początkach twórczości, w 1948 roku, Bergman spłodził swój bodaj najsłabszy film w karierze – kręconą według cudzego scenariusza Muzykę w ciemności. Zupełnie nie po bergmanowsku, to w gruncie rzeczy błaha historyjka obyczajowa, niestroniąca od narracyjnych klisz, topornie naświetlająca charaktery i irytująca swoją silącą się na artyzm metaforyką. Gdyby nie podpis, nigdy nie przypisałbym tego najwyżej poprawnego filmu Bergmanowi.

3. Terry Gilliam: Teoria wszystkiego – Gilliamowi zdarzało się otwarcie kręcić filmy dla pieniędzy, zawsze jednak wyciągał z komercyjnych projektów coś swojego, nasączając je autorską oryginalnością. Przedostatni jak dotąd film Amerykanina-Brytyjczyka teoretycznie ma wszystko na swoim miejscu – Christopha Waltza w roli wyalienowanego, odklejonego od rzeczywistości protagonisty, fantazyjny koncept stanowiący pretekst do rozważań na temat ludzkiej niedoli i na wpół groteskową estetykę przywodząca na myśl zliftingowane Brazil. Tyle że to wszystko ostatecznie wygląda właśnie jak odgrzewanie starych Gilliamowskich motywów, pozbawione oryginalności i realizacyjnego pazura. Z Teorii wszystkiego bije zmęczenie twórcze Gilliama, który pewnie chciałby w tamtym momencie kręcić znacznie lepszego Człowieka, który zabił Don Kichota.

4. Yorgos Lanthimos: Alpy – następca szokującego Kła i ostatni jak dotąd greckojęzyczny film Lanthimosa to kolejny z dziwnych, niepokojących światów reżysera. Jest to przy tym obraz najmniej wyrazisty, rozmywający się przed oczami i nieangażujący. Co prawda, można to tłumaczyć samym konceptem – w końcu to opowieść o imitacji, zamazywaniu tożsamości i umownym podstawianiu aktorów w miejsce ludzi – ale Alpy po prostu nie grają. Opowieść ma wyraźny autorski rys, ale brakuje jej drapieżności innych filmów Lanthimosa, w efekcie czego jest najbardziej „zapominalnym” jego dziełem.

5. Pedro Almodóvar: Przelotni kochankowie – oglądając ten film Almodóvara miałem wrażenie, że w przeciwieństwie do innych projektów, wchodząc na plan tej produkcji Hiszpan nie miał po prostu serca do tego, co kręci. To, co u Almodóvara powinno się zamienić w przewrotny teatr absurdu i emocji, w Przelotnych kochankach daje zaledwie średnią komedyjkę, jedynie nawiązującą do groteskowej świetności reżysera. Po jakimś czasie film niemal wyparowuje z pamięci, co w przypadku tego reżysera jest wręcz niespotykane.

Krzysztof Walecki

1. John Carpenter: Wampiry – znam osoby, które uwielbiają ten konkretny film Johna Carpentera, a on sam ma przecież w swojej twórczości dużo mniej cenione Duchy Marsa, Wioskę przeklętych oraz Oddział. Tym niemniej to właśnie Wampiry uważam za jego najgorsze dokonanie, dzieło, w którym z ekranu niemal wylewa się postępująca rezygnacja jego twórcy. Szarżujący James Woods poluje na pustynnych krwiopijców, ale zabawa ta jest przestarzała, męcząca i niestraszna. Rozczarowanie jest tym większe, że wampiry powinny być wdzięcznym tematem dla mistrza horroru, jakim jest Carpenter, a tymczasem są pozbawione jakiegokolwiek charakteru. Nic dziwnego, że gdy tylko film pojawił się w dystrybucji kasetowej, polski dystrybutor zmienił tytuł na Łowców wampirów.

2. John McTiernan: Rollerball – John McTiernan to przede wszystkim reżyser oryginalnego Predatora, Szklanej pułapki (części pierwszej i trzeciej) oraz Polowania na Czerwony Październik. Ale i ten wirtuoz kina akcji ma na swoim koncie całkowicie chybiony, a miejscami nieudolny film, jakim jest Rollerball. Miało być efektowne i brutalne futurystyczne widowisko, lecz wszystko jest tu nieczytelne, pozerskie, pozbawione nerwu, jakim charakteryzował się oryginał z lat 70. Intryga kryminalna jest równie niejasna co realizacja niektórych scen – czy sekwencja pościgu naprawdę musiała być sfilmowana przy użyciu kamer w trybie noktowizyjnym? Jakby tego było mało, Rollerball kosztował reżysera nie tylko karierę, ale i pobyt w więzieniu – McTiernan skłamał agentom FBI, jakoby nie korzystał z usług detektywa Anthony’ego Pellicano, gdy w rzeczywistości faktycznie wynajął go, aby ten założył producentowi, Charlesowi Rovenowi, nielegalny podsłuch. Twórca Szklanej pułapki spędził za kratkami prawie rok, po wyjściu wciąż nie będąc w stanie wrócić za kamerę. Rollerball zwyczajnie nie był tego wart.

3. M. Night Shyamalan: Ostatni władca wiatru – smutne potwierdzenie, że nie każdy wielki reżyser umie kręcić duże hollywoodzkie widowiska. Ostatni władca wiatru poraża bezradnością Shyamalana, który z samograja, jakim miała być kinowa ekranizacja animowanego serialu, nie potrafi wykrzesać życia. Ten fantastyczny film przygodowy wydaje się być pozbawiony właśnie fantazji i przygody – jednostajne tempo, strasznie ciemna paleta kolorystyczna, efekty specjalne, które nawet na dzieciach nie robią wrażenia, ale przede wszystkim zaskakująco ponura tonacja i kompletny brak humoru czynią z seansu wyjątkowo dołujące doświadczenie. Aż dziw bierze, że film cieszył się powodzeniem w kinach; o kontynuacji jednak nie mogło być mowy. Krytycy Shyamalana lubią jeszcze niżej stawiać Zdarzenie oraz 1000 lat po Ziemi (w opinii niżej podpisanego wcale nie takie złe filmy), ale dla mnie wygranym tej niechlubnej konkurencji jest właśnie Ostatni władca wiatru.

4. Peter Jackson: Nostalgia anioła wydawać by się mogło, że opowieść o zamordowanej 14-latce, która z zaświatów obserwuje następstwa swojej śmierci, nie mogła trafić w lepsze ręce niż Petera Jacksona. Reżyser Władcy Pierścieni oraz krwawych horrorów komediowych nakręcił swego czasu Niebiańskie istoty, poruszający dramat o dwóch nastolatkach, które wymyślają swój własny, wyimaginowany świat. Dwie rzeczywistości nakładały się na siebie, tworząc niesamowity klimat, ale z filmu wyzierała przede wszystkim emocjonalna prawda o bohaterkach oraz braku zrozumienia lokalnej społeczności dla ich uczucia. Tymczasem oglądając Nostalgię anioła, ma się wrażenie, że Jackson bardziej zainteresowany jest stroną wizualną widowiska (wątpliwej jakości, należy nadmienić) niż tragizmem tej opowieści; ważniejsza jest tu wędrówka Saoirse Ronan przez CGI-owe krajobrazy, mniej zaś udręczeni Mark Wahlberg i Rachel Weisz jako niepogodzeni z jej stratą rodzice. Film jest dowodem na niemoc twórcy, jakże odmienionego po realizacji epickich widowisk fantasy – jestem przekonany, że przed nakręceniem Władcy Pierścieni i King Konga Nowozelandczyk inaczej by podszedł do sfilmowania powieści Alice Sebold, koncentrując się na ludzkim, nie zaś fantastycznym jej obliczu.

5. Bracia Coen: Człowiek, którego nie było – ćwiczenie z kina noir w wykonaniu braci Joela i Ethana Coenów było dla niżej podpisanego jednym z najnudniejszych seansów, jakich doświadczył w swym życiu. I było to tym dotkliwsze doświadczenie, że twórczość utalentowanego rodzeństwa w dużej mierze uwielbiam. Człowiek, którego nie było może się poszczycić wybitnymi zdjęciami Rogera Deakinsa i świetną rolą jak zawsze niezawodnego Billy’ego Boba Thorntona (którego wspomagają Frances McDormand, Scarlett Johansson i James Gandolfini), ale powolne tempo do pary z iście defetystyczną fabułą czynią z seansu niełatwą, męczącą podróż. Nie jest to powszechny osąd – film ten jest na ogół chwalonym, choć dziś może nieco zapomnianym dokonaniem Coenów; dla mnie jednak stanowi przykład artyzmu dla samego artyzmu.

Ostatnio dodane