Recenzje

ŻYCIE PRYWATNE (2018). A co ty zrobisz, by zostać rodzicem?

"Życie prywatne" nie ma ani jednej fałszywej nuty. Nie jest też filmem tworzonym pod tezę. Jest raczej białą kartką gotową do zapisania ręką odbiorcy.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Dziecko spoza konwencji

Zabrzmi to może jak komunał, ale okazuje się, że chociaż Netflix często dostarcza średniej jakości filmy, to od czasu do czasu potrafi zaskoczyć prawdziwą perłą. Pamiętajmy o tym. Życie prywatne to dowód na wciąż trudny do podważenia potencjał tkwiący w produkcjach platformy, słynącej z dawania ogromnej swobody artystom podczas procesu tworzenia. Tak, to prawda – film dopiero wówczas jest wiarygodny, gdy jego powstanie motywowane jest głosem serca.

Zawsze powtarzałem, że jedną z fascynujących możliwości dostarczanych mi przez seans filmowy jest to, że mogę dzięki niemu doświadczyć problemów kompletnie mi nieznanych. Tak się jednak składa, że w przypadku nowego filmu Tamary Jenkins mam do czynienia z sytuacyjnym dramatem, który już na zawsze pozostanie mi obcy. Jego bohaterowie, znajdujący się już w słusznym wieku, starając się o dziecko, tkwią w rozkroku między adopcją a metodą in-vitro, co jest z kolei wynikiem ich niepłodności. Ponieważ dla mnie los był łaskawszy i pozwolił zostać ojcem, być może łatwiej jest mi zrozumieć, na czym polega trudno osiągalne pragnienie bycia rodzicem w przypadku Rachel i Richarda.

Ta niepewność tego, w jakim kierunku potoczy się historia, bardzo umilała seans.

Tamara Jenkins przyzwyczaiła swoich widzów do tego, że dobrze czuje się w komediodramatach. W jej twórczości widać jednak pewną zależność – tworzy filmy raz na dziesięć lat, dlatego ma na swoim koncie zaledwie trzy tytuły. To pokazuje jednocześnie, jak skrupulatnie podchodzi do swego zadania. Dorobek Tamary Jenkins może nie być wam dobrze znany, ale za sprawą Życia prywatnego na pewno zechcecie go lepiej poznać. Z pewnością zachęcą was do tego duże pokłady prawdy i uczciwości, z którymi zwraca się do widza. Życie prywatne nie ma ani jednej fałszywej nuty. Nie jest też filmem tworzonym pod tezę. Jest raczej białą kartką gotową do zapisania ręką odbiorcy.

Udało się to osiągnąć m.in. za sprawą bardzo przyzwoitego aktorstwa. W głównych rolach brylują Paul Giamatti i Kathryn Hahn. Jako małżeństwo starające się wnieść do swego monotonnego życia czterdziestolatków nowe pokłady szczęścia wypadli bardzo przekonująco. Kluczowe jest tutaj to, że zagrali bardzo niewymuszenie. Kontrastują ze sobą swymi charakterami, gdyż Rachel wydaje się bardziej wybuchowa i emocjonalna, a Richard stateczny i racjonalny, ale zarówno w rozmowach, jak i w kłótniach zachowują się w sposób bardzo naturalny. Paradoksalnie jednak najbardziej ujęła mnie aktorska gra dopiero w ostatniej scenie filmu, która jest najlepszym z możliwych zakończeń tego dramatu. Udało się wycisnąć emocje z czegoś banalnego. Na tym właśnie polega siła minimalizmu, także aktorskiego.

Ta niepewność tego, w jakim kierunku potoczy się historia, bardzo umilała seans. Zapomniałem już, że film może być nieprzewidywalny, wolny od fabularnych schematów. To jedna z największych zalet Życia prywatnego. Drugą jest z pewnością bijąca z ekranu szczerość. Kręcone z ręki zdjęcia pokazują z bliska bohaterów – dzięki temu możemy dokładnie przyjrzeć się ich zmartwieniom, troskom, marzeniom. Kamera nie boi się pokazać Rachel stojącej bez majtek w momencie, gdy ta sprzecza się z mężem. Nie boi się także zaglądać do innych etapów niełatwej codzienności. To wszystko sprawia, że jako widzom jest nam trudno nabrać dystansu do tej historii.

Ale o to najpewniej chodziło Tamarze Jenkins. Wzięła na warsztat bardzo trudny i niejednoznaczny temat i nie zostawiła widzowi kompletnie żadnych wskazówek, w jaki sposób go poprowadziła. Nie tworzy też oczywistego przesłania. W debacie społecznej bardzo dużo mówi się dziś o metodzie in-vitro, zwłaszcza w kontekście jej etyczności oraz tego, czy państwo powinno ją refundować. Dwa sposoby patrzenia na tę sprawę są zarazem dwiema stronami tego samego medalu. Owszem, istnieje wiele przesłanek ku temu, by uznawać tę metodę za przesadnie podważającą prymat natury. Ale prawda jest też taka, i to należy podkreślić, że daje ona sposobność do tworzenia życia, obdarowując dwójkę osób łaską rodzicielstwa. Nie ma nic cenniejszego.

Zapewne ani ja, ani reżyserka, ani nikt z nas nie miałby odwagi spojrzeć w oczy Rachel i Richarda, tłumacząc im, że ich starania nie zgadzają się z tym, co moglibyśmy określić Bożym planem. Jest to bowiem jedna z tych lekcji, które powinny zostać przerobione przez samych zainteresowanych w pełni samodzielnie, bez ingerencji różnej maści doradców. Być może dopiero wówczas dostrzegą, jak bardzo zaplątali się w dążeniu do spełnienia iluzorycznego, coraz bardziej oddalającego się marzenia, zatracając przy tym jednocześnie własną miłość. Dziecko nie powinno być sposobem na to, by życie dwójki osób ponownie rozgrzał żar. Dziecko winno być efektem owego żaru.

Ostatnio dodane