Recenzje

ZOSTAŃMY PRZYJACIÓŁMI. Ryan Reynolds przechodzi samego siebie

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

W amerykańskiej mitologii istnieje coś, co można by określić jako motyw „od zera do bohatera”. Ma niezliczoną ilość i różnorodność odmian, przecinających się z praktycznie każdą dziedziną życia w Nowym Świecie. Jedną z takich odmian jest ‘wersja szkolna’, w której to mamy nieudacznika, który jest człowiekiem dobrym, miłym i uczciwym, ale ciągle wyśmiewanym przez innych (preferowani są bezmózgowi gwiazdorzy szkolnego sportu, a przede wszystkim futbolu amerykańskiego – czyli rugby). I generalnie nie wyśmiewany jedynie za bycie nieudacznikiem (którym tak naprawdę to nie jest, ale to zaraz), lecz także za to, z kim się przyjaźni, czym się interesuje, a także jak wygląda, bo trzeba dodać, że nasz nieudacznik prawie zawsze ma problemy z otyłością. Generalnie ma chłopak przewalone i to nie tylko z powodu tegoż wyśmiewania, lecz także dlatego, że sam powoli zaczyna wierzyć w to, co zewsząd słyszy. Wspomniany wcześniej mit objawia się po kilku(nastu) latach od ukończenia szkoły, kiedy to nasz nieudacznik, już teraz człowiek sukcesu o sylwetce osy, przypadkiem trafia z powrotem do mieściny, gdzie przeżył największe upokorzenia (bo pasuje też dodać, że szkoła nieudacznika znajduje się wielokrotnie w jakiejś małej mieścinie lub dalekich przedmieściach wielkich miast). Odwiedza rodzinę i odnawia kontakty z kumplami. Spotyka wszystkie te wspaniałości świata przeszłości albo zapijaczone, albo z trudem wiążące koniec z końcem. Zemsta idealna – pokazać im jak on, ten tak wykpiwany cienias, wybił się i zmienił, podczas gdy tamci życie zaprzepaścili. Mit też idealny, bo pokazuje, że wszystko jest możliwe, jeśli się tylko chce, oraz że trzeba zawsze pozostać sobą, a także daje nadzieję wszystkim poniewieranym dzieciakom, które, tak jak nasz nieudacznik, męczą się w swojej szkole. Jednym słowem typowy amerykański mit. W filmie „Just Friends” Amerykanie po raz kolejny mierzą się ze swoją ukochaną mitologią, lecz tym razem dodają do niej kilka nowych elementów.

Tym razem Roger Kumble (Szkoła uwodzenia) próbuje swoich sił w starciu z tym zakorzenionym głęboko w amerykańskiej kulturze mitem, a że facet miał zawsze ambicje na coś więcej, to postanowił się przy okazji przyjrzeć z pewnego dystansu związkom damsko-męskim oraz szkolnym stereotypom. A co najlepsze, wszystko to robi z dużym przymrużeniem oka i odrobiną ironii. Naszym nieudacznikiem jest więc tutaj Chris Brander czyli Ryan Reynolds, dość charyzmatyczny aktor młodego pokolenia znany z przebojowych ról komediowych („Van Wilder”) i, co warto nadmienić, o nienagannej sylwetce. We wstępie dostajemy go więc ucharakteryzowanego na poczciwego grubaska, pełnego marzeń, złudzeń i nadziei, który dodatkowo kocha się w swojej wieloletniej przyjaciółce Jamie – szkolnej gwieździe (kolejna część mitu to znajomość lub chęć poznania najpopularniejszej dziewczyny w szkole), czyli pasującej do tej roli idealnie, ładniutkiej Amy Smart. Ból w tym, że Jamie traktuje go jak brata i umawia się z innymi. Na jednej z pożegnalnych imprez, Chris decyduje się w dość wymyślny sposób wyznać swoje uczucia, lecz przypadkowo to, co miała przeczytać ona, zostaje wyrecytowane przed wszystkimi zgromadzonymi – gorszego upokorzenia być nie może i nasz nieudacznik ucieka zapłakany do domu. Potem wyjeżdża bez pożegnania z przedmieść New Jersey (bo tam właśnie zamieszkiwał) do Nowego Jorku…

10 lat później widzimy go jako uosobienie bogactwa, klasy i popularności – pracuje w dużej firmie fonograficznej, ma masę pieniędzy i znajomości, a każda kobieta chce znajdować się u jego boku. Generalnie spełniony sen dla poczciwego, zakompleksionego grubaska, którego widzieliśmy chwilę wcześniej. Poświęcenie? Chris odseparował się od rodziny i w domu nie przebywa, z przyjaciółmi ze szkolnej ławy kontaktów nie utrzymuje, a Jamie wyrzucił z pamięci. Jednakże los zgotuje mu niedługo perfidnego figla. Pod naciskiem szefa, musi namówić na podpisanie kontraktu będącą na topie pop-gwiazdkę, która krótko mówiąc jest na niego napalona. Gra ją Anna Faris, młoda aktorka znana u nas głównie ze „Strasznych filmów”. Nie byłby to mój pierwszy wybór do roli idolki nastolatków, a jednak Kumble miał nosa i aktorka sprawdza się świetnie w roli, która okazuje się iście genialną parodią. Wracając do głównego wątku, Chris i Samantha (Faris) lecąc do Paryża mają mały wypadek i ich samolot ląduje… no gdzie ląduje? W New Jersey! Pozostaje więc tylko czekać na wypełnienie wszystkich luk naszego mitu-szablonu i tak też się staje. Chris wraca do domu, spotyka starych przyjaciół szczęśliwych, wrogów przegranych i umawia się z Jamie na lunch. Wydaje się, że wszystko idzie zgodnie ze schematem? Zonk! Jednak nie, bo jak napisałem wcześniej, Kumble to reżyser z inicjatywą i postanowił się mitem zabawić, przekręcić go i popatrzeć na niego w krzywym zwierciadle.

I tak Chrisa nie ponoszą żadne romantyczne uniesienia, on po prostu chce się najnormalniej w świecie z Jamie przespać, aby zemścić się za wszystkie te lata, kiedy musiał być ‘tylko przyjacielem’. Sadystyczna przyjemność z oferowanej mu przez los zemsty na szkolnych oprawcach zdaje się go w ogóle nie obchodzić – on nimi pogardza. Co więcej, Kumble bawi się stereotypem głównego bohatera i robi z niego zapatrzonego w siebie narcyza-playboya, któremu daleko do uwielbianego niegdyś przez Jamie Chrisa. ‘Nowy’ Brander wyznaje pewną teorię o tzw. ‘przyjacielskiej strefie’, czyli krótko mówiąc – kiedy zejdziesz z dziewczyną na przyjacielskie stosunki, to jesteś bracie przegrany i nie jawisz się jej już w kategoriach seksualnych. Wydaje się, że Kumble z Reynoldsem świetnie się bawią, ale to jeszcze nie koniec! W zasadzie od momentu, kiedy Chris rozpoczyna wprowadzanie swojego niecnego planu w życie, zaczyna się zabawa momentami iście apokaliptyczna, bo Chris robi wszystko co tylko można źle, zraża do siebie wszystkich i skonfrontowany ze swoją przeszłością przegrywa dosyć drastycznie. Zabawa trwa w najlepsze i osiąga punkt kulminacyjny w postaci Samanthy, która to po prostu jest żywą kpiną z wszelkich Britney, Paris i innych tego typu ‘gwiazdek’. Rola całkowicie przeszarżowana, a zarazem w konstrukcji prosta jak budowa cepa; zlepek wszystkich najgłupszych cech sezonowych skandalistek, sprowadzony do jednej postaci: krzykliwej, piskliwej, zadufanej w sobie i po prostu głupiej. A dodatkowo to niezła szydera z przemysłu muzycznego, promującego największe szmiry (piosenka Samanthy o przebaczaniu) i maksymalnie głupie ślicznotki, żeby tylko zarobić. Karykatura moim skromnym zdaniem idealna.

A jednak to wszystko, te motywy i motywiki, to tylko drugie dno, bo to w końcu przede wszystkim komedia romantyczna (z naciskiem na „komedia”), może trochę nietypowa, ale jednak. A może ‘aż’ drugie dno, bo mnie na przykład zainteresowało na równi z popisami niekwestionowanej gwiazdy filmu – Reynoldsa, który swoją drogą przechodzi miejscami samego siebie i sam w sobie stanowi wystarczającą atrakcję obrazu Kumble’a. Satyrą więc tego nazwać się nie da, bo i nie taki był zamysł reżysera. Chodziło przede wszystkim o zabawienie widza i to się jak najbardziej udaje. Wszelkie stereotypy, mity i karykatury, pokazane pod komediową przykrywką, są tu po prostu atrakcyjnym bonusem. Należy dodać, że bonusem świetnie pomyślanym i wykonanym. Szkoda jedynie, że już na ostatnie pół godziny trochę jakby zabrakło pomysłu i wyszło już bardziej komediowo-mdło, jednak za wcześniejszą, brawurowo poprowadzoną część można film „Zostańmy przyjaciółmi” jedynie chwalić. Za to ten film uznaję właśnie dobrym, na tyle dobrym, że wartym polecenia… każdemu, bo i każdy coś tu znajdzie dla siebie. Jeśli już nie komediowe wariacje, czy inteligentne szyderstwo, to chociażby dosyć nostalgiczny powrót do szkolnej przeszłości. I chociaż w Polsce lata szkolne wyglądają nieco inaczej niż za Wielką Wodą, to myślę, że każdy pretekst dla powrotu do wspomnień jest dobry.

Pomimo tego, że morały zawarte w filmie mogą wydawać się miejscami mało strawne, to są o tyle dobrze zamaskowane niezłą reżyserią i celnym doborem aktorów, że nie zwraca się na nie uwagi przed końcówką, która automatycznie musi być podana według pewnych zasad rządzących amerykańskim kinem rozrywkowym. Film Zostańmy przyjaciółmi nie wybija się w zasadzie niczym niezwykłym, nawet jeśli wziąć pod uwagę opisane powyżej aspekty. Skonstruowany jest na schemacie używanym pod wieloma postaciami od lat, tylko trochę uatrakcyjnionym i cieszącym warstwą wizualną i dialogową. Tak więc czy warto się z nim zapoznać? Jak najbardziej, bo jest dobrze wyważonym, inteligentnym produktem i jako półtorej godziny bezkompromisowej rozrywki sprawdza się wyśmienicie. A na dodatek jest naprawdę śmieszny (co w dzisiejszych czasach nie jest aż takie oczywiste, jeżeli chodzi o komedie) i oferuje kilka celnych komentarzy. Czego więcej chcieć? Mit pozostaje niezmieniony. Natomiast my możemy rozkoszować się dobrą zabawą, jaką nam zaoferował Roger Kumble wraz z obsadą. Całkiem nieźle jak na komedie romantyczną.

Tekst z archiwum Film.org.pl (27.10.2006)

Ostatnio dodane