search
REKLAMA
Archiwum

ŻONY ZE STEPFORD (2004)

Paweł Marczewski

13 stycznia 2018

REKLAMA

Książka Iry Levina Żony ze Stepford z 1972 roku to przewrotna opowieść o równouprawnieniu, napisana w konwencji bliskiej Dziecku Rosemary tego samego autora. W gruncie rzeczy temat obu powieści jest podobny – zarówno Rosemary, jak i Joanna muszą walczyć o zachowanie zdrowych zmysłów , gdy otoczenie chce je wykorzystać dla swych celów, wepchnąć w obmyśloną dla nich rolę (matki Antychrysta czy potulnej kury domowej), zaś ich mężowie okazują się całkiem innymi ludźmi niż myślały. Obie książki Levina są solidnie zbudowane w warstwie psychologicznej, w obu też zawarte są trafne obserwacje społeczne.

Dziecko Rosemary porusza problem laicyzacji amerykańskiego społeczeństwa (szerzej pisał o tym aspekcie powieści Stephen King w “Danse Macabre”), o ile jednak wątki te podane są niejako mimochodem, to społeczny plan w Żonach ze Stepford zajmuje centralne miejsce. Zasadniczym problemem jest emancypacja kobiet, ich dążenie do samorealizacji i reakcja mężczyzn na te zjawiska. Levin opowiada o tym w konwencji horroru (choć może bardziej pasowałoby nieco staromodne określenie dreszczowiec?). Frank Oz, autor kolejnej (pierwszą nakręcił w 1975 roku Bryan Forbes) filmowej adaptacji powieści, zdecydował się pokazać całą historię zupełnie inaczej. Jego film jest komedią, czy też lepiej – satyrą społeczną, bliższą Ze śmiercią jej do twarzy niż choćby znakomitemu Dziecku Rosemary Polańskiego. Co więcej, scenarzysta Paul Rudnick starał się uwspółcześnić wymowę filmu i dodał szereg zupełnie nowych postaci, motywów i wątków.

U Oza główna bohaterka, Joanna Eberhard, jest odnoszącą sukcesy autorką programów telewizyjnych. Jej kariera rozwija się w błyskawicznym tempie do momentu, gdy jeden z przygotowanych przez nią “reality shows” pociąga za sobą niezwykle przykre konsekwencje. Program zatytułowany “Stać mnie na więcej” (“I can do better”) rozbija małżeństwo, zdruzgotany mąż ciężko rani żonę i pozostałych uczestników, o mało nie zabijając także Joanny. Brzmi jak początek dramatu psychologicznego, ale całość pokazana jest z dużym przymrużeniem oka. Kariera Joanny załamuje się. Jej mąż Walter rezygnuje z pracy w tej samej stacji telewizyjnej i oboje postanawiają wyjechać do niewielkiego Stepford w stanie Connecticut, gdzie wraz z dziećmi chcą rozpocząć nowe życie na dużo niższych obrotach. Stepford wygląda jak raj na ziemi – tyle że jest to raj jedynie dla jednej części populacji sennego, sielskiego miasteczka. Męskiej części.

Oz miał na planie znakomitych aktorów – począwszy od Nicole Kidman w głównej roli, przez Glenn Close i Bette Midler, aż po Christophera Walkena. Wspaniały popis daje Close – jej Claire Wellington wygląda jak z żurnala z lat 50. Jest infantylna i tryska entuzjazmem, który ma jednak w sobie coś chorobliwego… Walken w roli męża Claire, Mike’a, twórcy i nieco nadopiekuńczego anioła stróża Stepford, jest poprawny, ale reżyser nie daje mu zbyt wielkiego pola do popisu. Rozczarowuje Kidman – mam wrażenie, że dużo lepiej sprawdza się w rolach dramatycznych. Jej Joanna jest zbyt przerysowana; widać, że ani Oz, ani sama aktorka nie mieli spójnej koncepcji tej roli. Dobrze wypada Bette Midler w roli żydowskiej pisarki Bobbie, niepasującej do Stepford podobnie jak Joanna. Spore odkrycie przynosi natomiast drugi plan. Roger Bart, znany do tej pory głownie z ról telewizyjnych i epizodu w Informatorze Michaela Manna, pokazuje prawdziwie komediowy pazur. Jego Roger Bannister, słynny architekt i zarazem homoseksualista, to jedyna postać, która tak naprawdę uzasadnia przyjęcie przez Oza komediowej konwencji.


Nową wersję Żon ze Stepford ogląda się dobrze, jest sporo naprawdę zabawnych scen i zaskakujących zwrotów akcji. Niestety, wkradło się również kilka fałszywych tonów. W filmie żonglującym stereotypami tak, jak robi to w Żonach… Oz, nie można ani na chwilę stracić dystansu. Autorzy ośmieszają stereotyp kury domowej, wszechobecny w kulturze masowej amerykańskich lat 50. – wskazuje na to już czołówka filmu, a następnie wygląd “idealnych żon” ze Stepford czy choćby supermarketu, w którym wszystkie spotykają się na zakupach. Mamy też drwiny z szeregu stereotypów współczesnych – agresywna businesswoman, wszechobecne media, wreszcie geje i Żydzi (kapitalna rozmowa na tarasie, gdzie gromadka kobiet zachwyca się albumem z bożonarodzeniowymi ozdobami, zaś Claire skonsternowana odkrywa, że wśród nich jest Bobbie; kwestie na temat żydowskiej tradycji wygłaszane przez Bette Midler w tej scenie są jednymi z najbardziej udanych w filmie).

Karykaturalne obrazki wychodzą Ozowi nieźle, problem jednak w tym, że miejscami pazur ironii ustępuje miejsca czułostkowości i moralizatorstwu. Ośmieszając cały rząd stereotypów reżyser i scenarzysta proponują w zamian kolejny stereotyp. Jeśli twórcy zdecydowali się w miejsce odmalowanej w ponurych barwach opowieści o zależności kobiety od mężczyzny zaserwować nam satyrę na jednowymiarowe wyobrażenia na temat płci pięknej, to za wszelką cenę powinni się owej jednowymiarowości wystrzegać. Nie udało się – dlatego film miejscami wyraźnie “siada”, zaś ostatnia scena budzi nawet pewną irytację.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Avatar

Paweł Marczewski

REKLAMA