Recenzje

ŻOŁNIERZE KOSMOSU (1997)

Żołnierze kosmosu to przykład perfekcyjnego w formie kina kosmicznej akcji, który w warstwie wizualnej do dziś pozostaje jednym z najciekawszych SF, jakie stworzono!

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Witamy w Robalowie!!!

Ostatnimi czasy jesteśmy zasypywani filmami, w których aktorzy są tylko dodatkiem do wygenerowanych w komputerze niesamowitych postaci. W zasadzie potrzeba tylko szybkiego komputera i na przykład Mela Gibsona – i już mamy wielki hit z rewelacyjnymi efektami specjalnymi. Niestety – efekty tworzone komputerowo utraciły gdzieś po drodze magię dawniej używanych makiet, kukiełek czy animacji poklatkowej. Bądźmy szczerzy; Jar Jar Binks z Mrocznego widma to totalna pomyłka, a najlepsze efekty specjalne, to (cytując za Robertem Zemeckisem) takie, których nie widać (doskonały przykład to Forrest Gump czy Prawdziwe kłamstwa).

Jednak w Żołnierzach kosmosu Paul Verhoeven dokonał przełomu, bo choć film jest wciąż wyśmiewany za błahość scenariusza, to jednego nie można mu odmówić. Chodzi w tym miejscu o perfekcyjne połączenie postaci generowanych komputerowo z grą aktorów. Żołnierze kosmosu to przykład perfekcyjnego w formie kina kosmicznej akcji, który w warstwie wizualnej do dziś pozostaje jednym z najciekawszych SF, jakie stworzono! Dlaczego? – spytacie. Przecież ‚poważni’ znawcy kina określają film Verhoevena mianem ‚głupiego’, ‚płytkiego’, nazbyt krwawego i urągającego ekranowemu science fiction. Żołnierze kosmosu to przecież tylko ciągła strzelanina, epatowanie przesadnym obrzydlistwem obcinanych kończyn i źle dobrana obsada słodko wyglądających młodych aktorów. Co do samej fabuły natomiast, zarzuty są najcięższe – walka z robakami w kosmosie? To brzmi jak pomysł na tanie kino SF, a nie jak scenariusz poważnego, wysokobudżetowego filmu. Żołnierze vs przerośnięte robaki? Przecież na samą myśl o takim starciu uśmiech pojawia się na twarzy – niedorzeczny pomysł, prawda?

Verhoeven postawił wszystko na głowie - nasi bohaterowie to nie nakoksowani twardziele, tylko licealiści wprost ze szkoły, wstępujący do wojska.

Prawda! O to właśnie Verhoevenowi chodziło; o pójście pod prąd. Gdy wszyscy naokoło silili się na intelektualne wędrówki w głąb kosmosu, reżyser postanowił wrócić do korzeni, i – mając do wykorzystania wysoki budżet – stworzyć nowatorskie, zrobione z niezwykłą lekkością, czysto rozrywkowe widowisko SF. Verhoeven postawił wszystko na głowie – nasi bohaterowie to nie nakoksowani twardziele, tylko licealiści wprost ze szkoły, wstępujący do wojska. Służba zapewnia obywatelstwo – zachęca ich slogan reklamowy, wojsko finansuje studia – nęci inny. Chłopcy i dziewczęta wyjęci żywcem z Beverly Hills 90210 z uśmiechem na twarzach podejmują szkolenie, gdzie uczą się wojskowej rutyny, i nagle ci wkraczający w dorosłe życie ludzie stają się pilotami kosmicznej floty i żołnierzami piechoty morskiej – jak się później okaże, skazanymi na najkrwawsze boje z kosmicznym robactwem. Kobiety walczą ramię w ramię z mężczyznami – marzenie G.I. Jane staje się rzeczywistością.

Johnny Rico (Casper Van Dien) zakochany po uszy w Carmen Ibanez (jedna z pierwszych ról Denise Richards) postanawia wzorem ukochanej wstąpić do wojska i walczyć przeciwko robalom. Jako że wyniki w nauce Rico miał nietęgie, siłą rzeczy zostaje żołnierzem piechoty morskiej, czyli jako mięso armatnie będzie walczył z robalami w full-kontakcie, na polu bitwy. W tym samym czasie, gdy Rico przechodzi twardą szkołę życia, Ibanez pnie się w górę po szczeblach kariery pilota, a najlepszy przyjaciel Rico zostaje ekspertem w dziedzinie badania psychiki (!) robali. Przez jęki zabitych, w takt serii z karabinów, w krwawej scenerii obcinanych przez robale kończyn i rozszarpywanych ciał młodych żołnierzy, śledzimy losy naszych bohaterów, wśród których znajdzie się również miejsce na miłość, zazdrość i prywatne tragedie. Wszystko to zostało niesamowicie zainscenizowane, bezbłędnie sfilmowane, zagrane i jako całość jest bardzo smacznym kąskiem, nie tylko dla robala.

Robale… czemu właśnie taki przeciwnik? Przecież scena, w której z odwłoka gigantycznego robaka wystrzeliwany jest błękitny, potężny ładunek – niemal śmieszy. Także cały konflikt ludzkości z kosmicznym robactwem zalatuje kiczem… Ale dalszy rozwój wypadków nie daje widzowi szans na wyśmiewanie filmu – oto bowiem Verhoeven ze śmiertelną powagą prowadzi swoich żołnierzy na rzeź, gdzie nogi, ręce i ludzkie korpusy latają przed kamerą rzucane przez rozszalałe robale. To jeden z największych paradoksów w kinie; wszystko jest w filmie i w bohaterach ustawione tak, że ostatnią rzeczą, jakiej spodziewa się widz, będzie rozerwanie jego ulubionej postaci na strzępy. Tak więc mimo powierzchownej prostoty i naiwności scenariusza i filmowej rzeczywistości, dajemy się wciągnąć w tę krwawą wojnę, a w rezultacie zaczynamy wszystko traktować… poważnie. Pomaga w tym z pewnością lekko faszystowski posmak szkolenia i takiż wygląd mundurów oraz powaga serwisów informacyjnych, donoszących o wojennych działaniach naszych bohaterów, jak też pietyzm świata przedstawionego; uzbrojenie, pojazdy, ideologie, wszędobylska propaganda, epicki rozmach bitwy z robalami itp. Efekty specjalne w Żołnierzach kosmosu to już prawdziwy majstersztyk, który uwiarygadnia całą fabułę, a pompatyczna i podniosła muzyka dodaje filmowi dosadnej, ale nie nachalnej nuty patosu. Powstał dzięki temu film z dużym przymrużeniem oka, który opowiada historię pół-żartem, pół-serio, ale na pewno stanowi doskonały przykład jednego z najlepszych SF ostatnich lat! Może w niewielkim stopniu są Żołnierze kosmosu zabawą konwencją, ale kto by się tym przejmował, skoro można film Verhoevena oglądać wiele razy, i zawsze z taką samą frajdą patrzeć, jak Rico z ekipą faszerują kosmiczne ścierwo seriami z karabinów maszynowych przy wtórze genialnej muzyki Basila Poledourisa!

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane