VHS

ZNISZCZENIE MÓZGU

Nocny, niszowy i komiksowy body horror.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Wrażenie robią też ręczne efekty, którym blisko do estetyki tych z Wideodromu Cronenberga. Mózgi pulsujące na talerzu z makaronem, wyciąganie z ucha długiego organicznego sznura „czegoś” czy wysysanie prze Aylmera zawartości ludzkich głów to body horror na naprawdę solidnym poziomie. Cronenbergiem pachną też wypełnione niebieską poświatą kadry, podkreślające osamotnienie Briana, który blednie, odsuwa się od świata i łaknie tylko narkotyku. Aylmer przypomina też nieco pasożyty z Dreszczy autora Wideodromu. Sceny ilustrujące tripy nie są szczególnie pomysłowe – ot, świeci dyskotekowo tu czy tam, ale organicznie lepią się z całą resztą filmu.

Twórca Wiklinowego koszyka nie idzie do końca ani w komedię, ani w horror. Porusza się w rejestrach gatunkowych zbliżonych do obydwu, ale tworzy film nieoczywisty, jakby zależało mu przede wszystkim na tym, żeby było alternatywnie i niepokojąco. Niepokojąco nie tylko wtedy, kiedy ktoś komuś wyskoczy nagle przed twarzą, ale przez fakt, że widz nie ma stałego oparcia w jakiejkolwiek konwencji. Łatki gatunkowe są tu zresztą pewną podpórką raczej dla recenzenta niż twórcy, który z wielkiego kropidła poświęca kino wykręcone i produkuje rzeczy… po prostu Honenletterowskie. Co podkreśla, umieszczając w Zniszczeniu mózgu miły akcent dla fanów swojego pierwszego filmu…

Henenlotter nie będzie cię prosił, abyś przekonał się do jego wizji – albo to kupujesz, albo szybko wyłączasz.

Dla mnie największym zaskoczeniem jest fakt, że pomimo absurdalnego punktu wyjścia, który łatwo mógłby nas prowadzić w stronę kina à la Toksyczny mściciel, obraz pozostaje na jakimś poziomie poważną, niepozbawioną ciężaru historią o uzależnieniu. Nie tylko od substancji zresztą; Aylmer i Brian tworzą toksyczną relację symbiotyczną, zbliżoną nieco do tej, którą widzieliśmy w debiucie Henenlottera. Pomimo ekscentryczności materiału zawieszamy niewiarę w ten świat. Współczujemy Brianowi, wierzymy w istnienie Aylmera i wsiąkamy w dziwne fluidy ich relacji.

To nie jest film tak zły, że aż dobry. Powiem więcej, on w ogóle nie jest zły. Zwyczajnie się udał. Jest porządnie zrealizowany, ma wyrazisty klimat i wyrasta poziomem znacząco ponad tanie produkcje o morderczej kupie czy szalonym pierniczku. To po prostu rzecz nader specyficzna, nienegocjująca z przyzwyczajeniami widza i dumnie prezentująca swoją odmienność. Henenlotter nie będzie cię prosił, abyś przekonał się do jego wizji – albo to kupujesz, albo szybko wyłączasz.

Reżyser nie miał szczęścia (?) Sama Raimiego czy Petera Jacksona, którzy wyrwali się z niszy dla maniaków horroru ku drętwym blockbusterom. On sam nakręcił jeszcze kilka filmów, w tym kontynuacje Wiklinowego koszyka czy Frankenhooker. Jeśli jego produkcje gdzieś się zadomowiły, to na festiwalach dziwnego kina lub w świadomości smakoszy tematu. Zniszczenie mózgu należy – wraz z debiutem reżysera – do jego najciekawszych dokonań.

 

 

Ostatnio dodane