VHS

ZNISZCZENIE MÓZGU

Nocny, niszowy i komiksowy body horror.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Pasożyt, halucynacje i alienacja na tle lat 80.

Mieliśmy w tym dziale już i Mózg, i Martwicę mózgu. Dziś film mniej szlamowy niż ten pierwszy i nie tak przebojowy jak drugi, ale solidna porcja pulsującej galarety, wciśnięta w plastikowe pudełko kasety video. Fani lat 80. i niskobudżetowych odchyleń od normy poczują się jak w domu.

Brian (oczywisty anagram słowa brain), zwyczajny facet koło dwudziestki, pada ofiarą Aylmera – istoty o wyglądzie awangardowej szczotki do toalet, inspirowanej kształtem prącia i mózgu. Stwór jest inteligentny i przemawia aksamitnym głosem. Wstrzykuje chłopakowi niebieski płyn ze swego ciała wprost do mózgu tamtego. Brian przeżywa intensywne halucynacje skutkujące częściowymi zanikami pamięci. Od tej pory będzie się domagał regularnych odlotów. Nie wie, że kiedy jest “nagrzany”, przyssany do niego Aylmer wyjada ludziom mózgi.

Reżyser tej produkcji, Frank Henenlotter, to obecnie uznany fachowiec od niszowego kina spod znaku kwiecistych aberracji. Dość powiedzieć, że jego ostatni film fabularny (więc pomijamy dokument That’s sexpolitation! o radośnie obscenicznych i brutalnych obrazach), Twardy pociąg, dotyczył seksualnej relacji multiłechtaczkowej nimfomanki i faceta, który stał się zbędny dla swego przyrodzenia, żyjącego swoim własnym życiem.

Henenlotter zadebiutował Wiklinowym koszykiem. Był to tytuł groszowy. Historia operacyjnie rozdzielonych braci syjamskich, z których jeden jest zdeformowany i przewożony w tytułowym koszyku przez drugiego. Produkcję – z ostrymi, ale tandetnymi scenami gore i przeszarżowanym aktorstwem – odbierano jako komediowy wygłup. Ale toksyczna relacja braci, portretowana na tle zatęchłych i odrapanych wnętrz, oferowała też sporo autentycznego mroku. Po latach wyświetlania w kinach Nowego Jorku o północy film stężał w statusie kultowego dzieła dla wybranych. Czy Henenlotter postanowił wtedy usunąć sobie część mózgu odpowiedzialną za miłość do filmów furczących innością i wziąć się za Angielskiego pacjenta? Nie. Nakręcił Zniszczenie mózgu – kolejną odę do wynaturzeń.

Wizualnie film nie jest tak chropawy jak Wiklinowy koszyk. W sześć lat po debiucie reżyser postawił na solidne zdjęcia z dominantą niebieskiego koloru. Pewnie nie jest tak, że Michael Mann ogląda teraz Zniszczenie mózgu co tydzień, szukając wzruszeń i inspiracji, ale dobrze prowadzona kamera zabiera nas raczej w rejony “dziwnie i surrealnie” niż sprowadzające się do zasady: “byle aktor miał głowę w kadrze”. Co nie znaczy, że nie zobaczymy tu tanich hoteli, brudnych klatek schodowych, śmietnisk czy zapleczy. Henenlotter nakręcił nocny film wypełniony ciemnym urokiem niereprezentatywnych lokacji Nowego Jorku, po których porusza się z wyraźną lubością. Dodatkowo przesyca swój tytuł aluzjami do świata alternatywy. Bohater trafia tu na punkowo-gotycki koncert, a w jego pokoju wiszą plakaty elektro-punkowej kapeli Suicide czy bardziej popularnego Bauhaus. Jesteśmy w latach 80.; mrocznych i nieco szorstkich, lecz nadal w 80. Ci, którzy cenią epokę także za punkowy sznyt, powinni poczuć się na seansie nader komfortowo. Muzyka napisana specjalnie na potrzeby filmu też daje radę. To proste elektroniczne brzmienie, które może kojarzyć się z Tangerine Dream, a chwilami też przypomina motyw główny z Z archiwum X. Skutecznie wzmaga atmosferę chłodu i tajemnicy.

Jesteśmy w latach 80.; mrocznych i nieco szorstkich, lecz nadal w 80.

Wcielający się w głównego bohatera Rick Hearst nie tworzy może przejmującej kreacji, ale dobrze oddaje fizyczny i psychiczny rozpad Briana. Jest żywiołowy i naturalny w scenach odjazdów. Podobnie jak Bruce Campbell z serii Martwe zło ma kreskówkową mimikę, duże oczy, które łypią gniewnie i z lękiem. Świetnie mu idzie krwawienie, krzyczenie i wpadanie w drgawki. Reszta kreacji aktorskich wypada tu blado lub półamatorsko, co wcale nie przeszkadza w seansie. Chociaż przyznać trzeba, że sugestywny jest głos Aylmera… jak i cała jego postać.

Ten animatroniczny efekt specjalny – mały, mogący się kojarzyć odlegle z muppetami – potrafi budzić niepokój. Jasne, na jakimś poziomie widz trzyma dystans wobec tak odrealnionego “bad guya”, ale pewne ujęcia na jego połyskliwą skórę, małe ząbki czy pokręcone spojrzenie guzikowatych oczu każą nam zobaczyć w nim prawdziwego reprezentanta świata mroku. I, powtórzę, efekt ten współtworzy jego miękki głos, w którym początkowo wybrzmiewa jowialność, a potem wyrachowana inteligencja. Fakt, że 30 centymetrów jakiejś nieożywionej materii zyskało tu tajemniczą i nieoczywistą osobowość, stanowi o dużej sprawności twórców.

Ostatnio dodane