W stronę zachodzącego słońca

ZŁOTO ALASKI. Grzeszna przyjemność

Western, komedia, romans, musical i przygoda w jednym.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Tańce, hulanki, swawole...

John Wayne to niezaprzeczalna ikona Dzikiego Zachodu, na którym zdołał wykreować wizerunek twardego, nieugiętego samotnika – zawsze ze strzelbą u boku, gotowy chronić słabszych przed bandytami, niewiasty przed Indianami i kraj przed najeźdźcami. Prawdziwy Kapitan Ameryka swoich czasów, tylko w bardziej surowym wydaniu. Ta swoista powaga i respekt wciąż unoszą się nad jego legendą, choć przecież jego westerny nigdy nie stroniły od wielu czysto humorystycznych akcentów, a on sam od stricte komediowych ról. Jedną z takich zagrał w obchodzącym właśnie okrągłą rocznicę premiery Złocie Alaski – jednej z najlżejszych jego produkcji w westernowym gatunku.

Atmosferą Złoto Alaski przypomina inne hity Wayne’a: Spokojnego człowieka Johna Forda i McLintocka!.

Aczkolwiek trudno film w reżyserii Henry’ego Hathawaya – twórcy Niagary i Ogrodu zła, a potem także segmentów fresku Jak zdobyto Dziki Zachód oraz Synów Katie Elder i Prawdziwego męstwa z Wayne’em – uznać za typowy western, o ile w ogóle nim jest. Przez większość czasu w niczym nie przypomina on typowego reprezentanta amerykańskiego Wild Westu, a raczej sympatyczną przygodówkę osadzoną w konkretnym kontekście historycznym – dokładnie na Jukonie samego początku XX wieku. Gdyby nie goście w Stetsonach i saloony w tle (oraz osoba Księcia), zupełnie nie dałoby się odczuć tu westernowego klimatu. Zresztą nawet wtedy, gdy dochodzi do obowiązkowej strzelaniny, wydaje się ona zbędna i dziwnie nieprzystająca do reszty. Dominuje bowiem atmosfera sielanki, błahe problemy rodem z prawdziwej komedii romantycznej (życie uczuciowe odgrywa tu w ogóle dużą rolę) oraz… slapstick godny Bustera Keatona i innych tuzów fizycznych wygibasów, które odbierają całą dramaturgię nawet prostym bójkom. Ale do rzeczy – czy też raczej: do złota!

Tym bowiem żyją bohaterowie North to Alaska (tytuł oryginalny filmu, który roboczo nazywał się też: Go North). Sam McCord (Wayne) oraz jego najlepszy kumpel George Pratt (Stewart Granger) wraz z młodszym bratem Billym (Fabian) trafiają na ładną żyłę tego kruszcu, dzięki której mogą w końcu poczuć się panami świata. Przeszczęśliwy George wysyła więc Sama z powrotem do cywilizacji, po ukochaną, z którą w końcu będzie się mógł ustatkować w wybudowanym z mozołem domku dla nowożeńców. Na miejscu okazuje się jednak, że chęć wzbogacenia się zabrała naszym bohaterom zdecydowanie zbyt długo i dziewczyna jest już dawno żoną kogoś innego. Zapijający problem alkoholem Sam wpada więc na pomysł, aby przywieźć koledze jakiś inny materiał na towarzyszkę życia – traf chce, że pada ofiarą wdzięków prostytutki o twarzy francuskiej modelki Capucine i bez namysłu oferuje jej umowę życia. W międzyczasie złotą żyłą w Jukonie gorąco interesują się inni, z cwaniakowatym Frankiem (Ernie Kovacs) na czele…

Już sam ten opis pokazuje, iż w filmie na podstawie sztuki Ladislasa Fodora Birthday Gift, zrodzonej z kolei z pomysłu Johna Kafki, do którego swoje dołożył też Ben Hecht, dzieje się dużo. Być może nawet aż za dużo jak na dwugodzinny seans. Atrakcji jest tu bowiem co nie miara. Do wspomnianego złota, strzelanin, bijatyk, romansu i forteli dochodzą też choćby motyw drwali i ich corocznych zawodów (sic!), liczne próby „zamoczenia” przez niedoświadczonego Billy’ego, inne liczne próby kurtuazyjnego rozmijania się z prawdą (która przecież w oczy kole) oraz numery wokalne i wierny psi stróż. Momentami naprawdę może głowa rozboleć. Zwłaszcza że każdy ten element działa na swoich własnych warunkach i w obrębie poszczególnych sekwencji lub scen, które nierzadko stanowią prawdziwe komediowe złoto. Niemniej złożenie ich wszystkich do kupy, jakkolwiek przejrzyste i zgrabne, powoduje chaos na modłę najbardziej zwariowanych komedii amerykańskich lat 60. i 70. Atmosferą Złoto Alaski przypomina natomiast Spokojnego człowieka Johna Forda z 1952 i McLintocka! z 1963, czyli inne hity Wayne’a. Wydaje się od nich jednak ciut mniej przekonujący przez całe to stylistyczne qui pro quo, które bawi i męczy jednocześnie.

Po części jest to więc trochę taka grzeszna przyjemność. Rozerwać się tu można przednio, bynajmniej nie od dynamitu, a i rozrywka z tego niegłupia. Z drugiej strony przesadna infantylność zdarzeń, ich duża umowność i nadeskpresja zdają się przeskakiwać rekina, bo nie zachowują potrzebnego umiaru. Dobrym tego przykładem jest wspomniana już strzelanina – w zamierzeniu bardziej dramatyczny, przyziemny i brutalny moment zostaje niemal całkowicie zabity niepotrzebną błazenadą i niezdarnością bohaterów, których tym samym dyskredytuje w naszych oczach (a przynajmniej Wayne’a). To samo można napisać o miłosnych podchodach Billy’ego, który na widok Capucine vel Angel (Anioł) zachowuje się tak, jakby nigdy nie spotkał kobiety, co wydaje się mało prawdopodobne w tym wyraźnie zarysowanym świecie. Jego zaloty są urocze i aktorsko wygrane, ale przy tym zwyczajnie za długie – jak i w sumie cały film, który przydałoby się nieco przytemperować.

Jest to po części spowodowane produkcyjnymi perturbacjami dzieła. Powstałe tuż po przyjęciu tytułowej Alaski w poczet USA jako 49 stanu, przedłużało się w czasie z uwagi na strajk hollywoodzkich scenarzystów oraz kręcone w tym samym okresie Alamo – projekt marzeń Wayne’a, który miał na planie Złota Alaski ponownie spotkać się z Deanem Martinem i Howardem Hawksem, czyli współautorami sukcesu Rio Bravo. Nic z tego jednakże nie wyszło, więc na stanowisko reżysera zatrudniono Richarda Fleischera, będącego świeżo po fresku Wikingowie z Kirkiem Douglasem. Wtedy jednak wyszło na jaw, że scenariusz nie jest nawet gotowy i Fleischer zrezygnował, dodatkowo zirytowany angażem Capucine, która według niego w ogóle nie pasowała do roli (co, jak udowadnia gotowy film, było bezpodstawne). Poskutkowało to tym, że po latach Fleischerowi odmówiono przy okazji Roostera Cogburna, a znaczna część Złota Alaski była mocno improwizowana.

Mimo to był to duży przebój kasowy, który przy niecałych czterech milionach dolarów budżetu przyniósł wytwórni 20th Century Fox wpływy na poziomie dwudziestu dwóch baniek z całego świata. Spora w tym zasługa technicznej strony filmu, która nie cierpi już na improwizacyjne słabostki, mamiąc przepychem oraz energią – zwłaszcza dziś, w dobie CGI, te wszystkie autentyczne scenografie i prawdziwe tabuny ludzi oraz zwierząt przewijających się przez kadr mogą wzbudzić dodatkowy szacunek. Poza tym naprawdę trudno przyczepić się tu do muzyki Lionela Newmana czy barwnych zdjęć Leona Shamroya, czyli, jakby nie patrzeć, najlepszych w swojej klasie (obaj pracowali wcześniej przy Bravados).

Tej radosnej pocztówki z Alaski dopełnia też tytułowa piosenka w wykonaniu Johnny’ego Hortona, będąca nie tylko dodatkową, chwytliwą atrakcją, ale też przedstawiająca nam cały zarys historii dziejącej się przed rozpoczęciem fabuły. Tak że był to spory przebój, który okupował radiowe czołówki, czemu wydatnie pomogła nagła śmierć artysty, który w dzień po nagraniu szlagieru zginął w wypadku samochodowym. Podobny los spotkał dwa lata później Kovacsa. Z kolei cierpiąca przez gros swej kariery na psychozę maniakalno-depresyjną Capucine (naprawdę: Germaine Lefebvre) popełniła ostatecznie samobójstwo w 1990 roku. Ten smutny epilog do generalnie lekkiego i zabawnego, niezobowiązującego filmu jest przy tym ciekawszy niż on sam. I w tym tkwi właśnie największa bolączka Złota Alaski.

Ostatnio dodane