Recenzje

ZŁE WYCHOWANIE. Historia życia i odrodzenia

Pesymistyczny i odpychający, porażająco gorzki w swej wymowie, ale w środku wręcz tętniący emocjami.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

NISZCZĄC ZŁE WYCHOWANIE...

Niezwykle nieprzyjemny i mroczny jest ten film Pedra Almodovara. Pesymistyczny i odpychający, porażająco gorzki w swej wymowie, ale w środku wręcz tętniący emocjami. Złe namiętności, złe uczucia, złe intencje – wszystko to razem tworzy tytułowe Złe wychowanie, które tak naprawdę nie ma nic wspólnego z szeroko komentowanym molestowaniem seksualnym w katolickiej szkole. Almodovar już nie szydzi, już nie wytyka palcami, już nie kpi z nikogo i z niczego. Jest zaskakująco poważny i wyciszony. Perfekcyjny w formie, odważny w obrazie i wyraźny w wymowie.

Ze zdziwieniem można było obserwować swoisty medialny szum, jaki dał się zaobserwować wokół Almodovara jeszcze w momencie, kiedy Złe wychowanie było w fazie produkcyjnej. Krytyka Kościoła Katolickiego i kwestia pedofilii zataczającej coraz szersze kręgi wśród stanu duchownego były tematami, jak na Hiszpana, zbyt jednoznacznymi, zbyt łatwymi w interpretacji lub zwyczajnie zbyt brukowymi. Kto jednak wątpił w Almodovara lub zarzucał mu powolne podążanie ku komercji, ten głęboko się pomylił. Ten film nie atakuje Kościoła. Część rozgrywająca się w latach 60. jest raczej swoistym wspomnieniem i mitologizacją czasów dzieciństwa. Stąd nie ma tutaj jednoznacznej oceny postępowania księży wychowawców. Retrospekcja wszak ma to do siebie, że pewne rzeczy łagodzi, a o innych zapomina. Samo zjawisko molestowania dzieci przez duchownych jest już w swej istocie negatywne. Także wymowa filmu i dalsze losy postaci są raczej tragiczne. Komentarz i potępienie wydają się być więc w tej sytuacji całkowicie zbędne. Na wrażenia rodem z Sióstr Magdalenek proszę zatem nie liczyć.

Niektórzy nazywają Złe wychowanie homoseksualnym kinem noir. Niektórzy uparcie twierdzą, że jest to film o mężczyznach. A brzmi to tak, jakby Almodovar właśnie dzisiaj debiutował i dopiero zaczynał określać swój styl. Tak jakby nie było jeszcze do końca jasne, że w filmach Hiszpana granice płci są mętne i niewyraźne. I szczególnie w Złym wychowaniu dobrze widać, że nie o homoseksualizm czy też o płeć tutaj chodzi, a jedynie o pokazanie pewnej zależności. Cała szeroko komentowana seksualna otoczka staje się więc tylko tłem i pewnym osobistym elementem dodanym przez Almodovara, a film noir jedynie jego konwencją, którą akurat teraz się bawi. Pretekstem do ukazania pewnej bardziej uniwersalnej myśli jest także motyw katolickiej szkoły. Wspomnienie z dzieciństwa zdaje się być jedynie świetną sytuacją startową – genialną w swej prostocie i bezczelną w swej medialnej aktualności prowokacją. Ten film przecież równie dobrze mógłby rozgrywać się w dowolnych plenerach, w innym miejscu i czasie. Dzięki takim a nie innym decyzjom scenariuszowym Almodovara, Złe wychowanie zyskuje jednak na sile. Staje się prawdziwe, bo autorskie. Przemawiające, bo rzeczywiste. Wartościowe, bo płynące z duszy.

Jednak ogromny ładunek emocjonalny i prawdziwość dzieła to w tym wypadku – ku mojemu szczeremu zdziwieniu – jedynie pierwsza połowa całościowego sukcesu. Siłą tego filmu są w dużej mierze także kwestie czysto techniczne. Narracja Złego wychowania to głęboko przemyślany i idealnie zaprojektowany ekranowy majstersztyk formy. Być może porównania do Lyncha, Mameta czy też Nolana w Memento są nie na miejscu, jest to bowiem mimo wszystko przez cały czas klasyczna „Almodrama”, lecz stopień dopracowania całości i narracyjny geniusz są porównywalne. Przeszłość stapia się z fikcją literacką, teraźniejszością i planem filmowym. Od początku do końca spójne, lecz pełne fabularnych zaskoczeń są trzy prowadzone w różnych rzeczywistościach historie snute przez Almodovara. I autonomiczność każdej z nich jest tak samo ważna, jak obraz nierozerwalnej całości wszystkich przedstawionych w filmie opowieści. Historie przenikają się nawzajem i uzupełniają, a dzieło, które powstaje na końcu, jest zaskakująco czyste i proste. Złe wychowanie robi wrażenie, angażuje widza, lecz nie oszczędza go. Almodovar, posiłkując się kinem noir, stworzył pesymistyczną mieszankę thrillera i dramatu, zamykając to wszystko w swojej własnej stylistyce. Film jest więc poetycki i brutalny zarazem. Genialny i smutny. Pozornie pozbawiony nadziei.

Lata 60. Ignacio i Enrique – uczniowie katolickiej szkoły – w miejscu pozbawionym dziewcząt zaczynają poznawać świat seksualności. Tymczasem relacje te zakłóci ksiądz Manolo, który ulegnie złej namiętności w stosunku do Ignacia.
Lata 70. Sponiewierany transwestyta po latach szantażuje księdza Manolo spisanym przez siebie opowiadaniem traktującym o wydarzeniach w katolickiej szkole. Chory trójkąt uczuć i zniewolenia zmierza więc powoli do tragicznych rozwiązań.
Lata 80. Do biura Enrique – znanego reżysera – przychodzi mężczyzna przedstawiający się jako Ignacio. Proponuje mu temat na film inspirowany ich wspólną przeszłością w szkole dla chłopców. Sam chce zagrać w nim główną rolę – Zahary, która szantażuje po latach swojego oprawcę.

Powyższe trzy plany Złego wychowania rozmywają się jeszcze bardziej poprzez wprowadzenie do nich dodatkowo rozróżnienia na rzeczywistość filmową, literacką i „prawdziwe życie”. A więc są to nie tylko trzy historie porozrzucane w czasie, ale także trzy historie przetwarzane raz przez literaturę, raz przez kino, a raz przez tak zwaną „rzeczywistość”. Almodovar daje popis reżyserskiej wirtuozerii, kręcąc film z jednej strony niewiarygodnie złożony, z drugiej zaś niezwykle prosty i porywający. Bogactwo emocji w połączeniu z niuansami filmowej narracji tworzą więc dzieło wyjątkowe. Być może najlepszy film Almodovara do tej pory.

Gael Garcia Bernal i jego wielokrotna kreacja jest w Złym wychowaniu kluczem do rozwiązania zagadki zadanej nam przez reżysera.

Gael Garcia Bernal i jego wielokrotna kreacja jest w Złym wychowaniu kluczem do rozwiązania zagadki zadanej nam przez reżysera. Jego kolejne maski, przemiany i nowe role są definicją tytułowego „złego wychowania”. W filmie trwa bowiem ciągły ruch. Postacie „ofiary” i „oprawcy” są z każdą minutą inaczej obsadzane. Ruch ten nie jest jednak bezładny – kieruje nim siła namiętności. I wszystkie osoby dramatu są jedynie pionkami umieszczonymi w jej rękach. Różne są jednak oblicza tej siły: pożądanie, chęć zemsty, próba zrobienia kariery… Efekt podążania za taką namiętnością jest – według Almodovara – mierny i ograniczony. Zamyka się w ciągłej zamianie miejsc. Kto inny cierpi, kto inny triumfuje. Kat zamienia się w ofiarę, ofiara w kata – i tylko tyle. Zachodzi ciągłe uprzedmiotawianie drugiej osoby, ciągły wyścig i nieustanna konkurencja. Tak wygląda „złe wychowanie” – zakładanie masek, przyjmowanie ról, ciągłe uleganie nowym żądzom. I wszystkie postacie dramatu, podlegając nieustannej transformacji, dając przykład „złego wychowania”, tkwią w chorym mechanizmie i padają ofiarą swych własnych ambicji.

Aż do pewnego momentu…. W finale bowiem jeden z bohaterów odchodzi na bok. „Byłem ciekawy, jak daleko możesz się posunąć i ile ja mogę jeszcze wytrzymać” – mówi w finale Enrique. On, jako jedyny, zdobywając w trakcie filmu coraz pełniejszą wiedzę, odkrywając jeszcze mocniej otaczającą go rzeczywistość, poznając wszystkie punkty widzenia – odkrywa prawdę, dochodzi do całościowego sposobu obserwacji świata. Odkrywa mechanizm i … staje się wolny. Zdobyte doświadczenie i wcześniejsze uczestnictwo w chorym mechanizmie „kata i ofiary” powoduje jednak, że jest to wolność niezwykle gorzka.

I być może w kolejności zdobywanych doświadczeń, w kolejności odkrywania świata, a następnie w niespodziewanym opuszczeniu wykańczającego mechanizmu kryje się szeroko komentowany element autobiograficzny Złego wychowania. Enrique być może jest po prostu duchowym zwierciadłem Almodovara na przestrzeni czasu. To postać, która prezentuje etapy dochodzenia do mądrości. Mądrości definiowanej tu jako „bycie ponad to”. Czyli „bycie ponad wykańczającą człowieczeństwo grą” i „odrzucenie stanu >>złego wychowania<<„. Każda inna postać feralnego układu przedstawionego w filmie jest zaś cząstką reżysera z przeszłości – wspomnieniem. Skoro jednak Almodovar przestał wierzyć w Boga, to gdzie uciekł przed „złą rzeczywistością”? Uciekł w kino. Uciekł w sztukę. Pesymistyczną i trudną, ale prawdziwą. I tak jak filmowy reżyser Enrique, Almodovar „KRĘCI FILMY Z PASJĄ”. A „pasja” nie może być sztuczna. W prawdziwej „pasji” nie ma miejsca na maski, na grę, czy na żądze. Prawdziwa „pasja” niszczy nawyki „złego wychowania”. Prawdziwa „pasja” oczyszcza….

Ten zimny, smutny i mroczny film jest więc historią życia – historią odrodzenia. Opowieścią o oczyszczeniu. Opowieścią trudną i wielowymiarową, tak jak trudne i wielowymiarowe jest dążenie do wolności. Almodovar mówi nam wszystkim, że wolność tę odzyskał, ale zaznacza, że ani wtedy, ani teraz, ani w przyszłości, nie było, nie jest i nie będzie mu łatwo. Bo wolność jawi się jako naczelny, ale i najtrudniejszy obowiązek człowieka. Jako wyzwanie rzucone każdemu z nas. Wyzwanie rzucone ludziom…. ALE RZUCONE PRZEZ KOGO?

Ostatnio dodane