Recenzje

ZŁE MIEJSCE. Czy nastolatki zamiast o seksie śnią o potworach z szopy?

Twórcy nie mogli się zdecydować na jakikolwiek profil psychologiczny bohaterów. Wsadzili zatem w nich mnóstwo sztampy, a wyrazili to pełnymi komunałów dialogami.

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Uwaga! Tekst zawiera spoilery!

Producent serii Piła poleca – tak jest napisane na plakacie Złego miejsca. Dotarliśmy do czasów, kiedy już nie reżyserzy, a producenci reklamują filmy, kimkolwiek są. To nie mógł być udany seans. Zaczęło się od bolesnego nieporozumienia. Nie wiem dlaczego (pewnie zbieżność tytułów), ale byłem przekonany, że idę na adaptację książki Deana R. Koontza, którą uwielbiam. Po trailerze jednak powinienem się zorientować, że film nie będzie miał nic wspólnego z prozą autora Północy. Na szczęście początek filmu szybko wyprowadził mnie z błędu, ale co ciekawe, jeszcze nie przyniósł zawodu. Tak było gdzieś przez pierwsze kilka minut. Później nastąpił radykalny krach fabularny i mój, emocjonalny. Na horrorze nie czułem strachu, a coś w rodzaju wstydu za twórców. Następnie znowu pojawiła się chwila nadziei, że jednak nie będzie tak źle, lecz wkrótce całkiem znikła, i tak było aż do końca. Nasuwa się więc pytanie, po co kręci się takie filmy?

Taniość w Złym miejscu widać dosłownie wszędzie. Główny bohater wygląda jak drwal po przejściach. Dobrze tylko, że nie tańczy.

Może z nudów albo żeby wydać pieniądze z jakiejś dotacji, grantu, spadku czy czegokolwiek jeszcze, licząc naiwnie, że jakimś cudem się zwrócą. W przypadku Złego miejsca to chyba niemożliwe. Już spoglądając na portfolio reżysera, Franka Sabatelli, staje się jasne dlaczego. Mam takie złośliwe wrażenie, że twórca zbytnio zachłysnął się wszystkim, co najgorsze w amerykańskich horrorach, a zwłaszcza osadzeniem fabuły w świecie nastolatków, których coś nagle zaczyna mordować albo którzy spotykają w okolicach szkoły jakiegoś potwora, a przy tym każde z nich ma trudne życie. Tyle razy to już widzieliśmy. Sabatella jednak się nie powstrzymał i zbudował taki właśnie świat, w którym na dodatek maczał palce Wes Craven, czyli z jednej strony twórca przełomowy dla gatunku, a z drugiej nieprzeciętny specjalista od taniej, filmowej rozrywki klasy B, zwłaszcza gdy korzystał ze środków technicznych kosztujących grosze i niedopracowanych scenariuszy (np. Ostatni dom po lewej). Kto wie? Może to film targetowany na zaoceaniczny rynek? Albo zabrakło zwykłej wiedzy na temat gatunku? Cravenowskie nuty słychać szczególnie w drugiej połowie, kiedy nagle horror staje się za mało groteskowy na komedię czy pastisz, wciąż starając się utrzymać narrację właściwą dla filmów grozy czy mięsistych slasherów.

Tę taniość w Złym miejscu widać dosłownie wszędzie. Główny bohater wygląda jak drwal po przejściach. Dobrze tylko, że nie tańczy (Lumberjack Song, Monty Python). Zdjęcia zostały zrobione niedbale, wręcz prostacko, z nikłym jak na dzisiejsze warunki techniczne wykorzystaniem ruchów obiektywu, nietuzinkowych ujęć, najazdów czy też zmian perspektywy. Operator, oświetleniowiec i kierownik artystyczny w ogóle zapomnieli, co to jest praca światłem i cieniem. Postprodukcja obrazu i zbalansowanie kolorystyczne przypomina raczej serial telewizyjny niż film kinowy z gatunku horroru, gdzie ma się pojawić powodujący dreszcze klimat. Muzyka właściwie nie istnieje, prócz kilku ostrzejszych piosenek dobrych dla licealnej młodzieży. Efekty specjalne zaś jak na horror, w którym występują istoty „nie z tego świata”, są na poziomie najtańszych produkcji. Głównie opierają się na charakteryzacji i ukrywaniu w ciemności lub poza kadrem wszelkich nadnaturalnych oraz makabrycznych szczegółów. To stary jak cała kinematografia sposób, żeby ludzką wyobraźnią zastąpić realnie wydane na efekty specjalne pieniądze, a tym samym załatać i tak skromny budżet. Co do gatunku zaś, to jest to idealny przykład braku równowagi między horrorem a melodramatem i, co ciekawe, komedią. I to wszystko od „producenta serii Piła”. Zadziwiające. Albo więc Peter Block – bo o niego tu chodzi – się zestarzał i stracił krwawą jurność, albo się po prostu nawrócił z drogi gore.

Z zadziwieniem przyglądałem się scenom pełnym zabiegów typu jump scare, sen we śnie, lewton bus czy gonitw po linii prostej itp., a zaraz po tym spokojnym, wręcz obyczajowym wstawkom z życia amerykańskiej szkoły średniej niczym z serialu Cudowne lata. Natomiast prawdziwą tragedią z groteskowym horrorem w tle był finał, zwłaszcza moment, kiedy Roxy (Sofia Happonen) w ferworze walki z morderczymi istotami zaczyna przeglądać zdjęcia. Jakie to przykre dla jej tożsamości filmowej – najlepiej wyglądała w pończochach, ale to był tylko sen głównego bohatera, Stana (Jay Jay Warren). Nie mogę wytłumaczyć sobie tej sytuacji niczym innym, jak zupełną utratą kontroli przez reżysera nad żenadą własnego filmu, przyrastającą w miarę zbliżania się do końca jak populacja stonki w niegdysiejszym polskim królestwie ziemniaka.

Twórcy nie mogli się zdecydować na jakikolwiek profil psychologiczny bohaterów. Wsadzili zatem w niego mnóstwo sztampy, a wyrazili to pełnymi komunałów dialogami.

Muszę trochę pospojlerować, ale myślę, że nie zdradzę przy tym największej tajemnicy produkcji. Są dwie warte uwagi sceny w Złym miejscu, które rozwinięte i dopracowane mogłyby uczynić z filmu niezłe widowisko gore z elementami seksualnej eksploatacji. Pierwsza z nich to ta, kiedy Dommer (Cody Kostro) dowiaduje się o szopie i stwierdza, że to może być szansa dla nich wszystkich. Już wyobrażam sobie gnębionych chłopaków z prowincjonalnego liceum, którzy nagle zaczynają siać strach w okolicy, niczym bezrozumną zemstę na oprawcach i dodatkowo na wszystkich innych niewinnych ludziach. Druga scena jest snem. Stan marzy o swojej koleżance Roxy. Dziewczyna w seksownej bieliźnie nagle wychodzi z zawieszonego w pobliżu łóżka plakatu i dosiada naszego spragnionego jej ciała bohatera. Zanim jednak rozpoczyna się jakaś konkretna akcja, mrok pojawia się za Roxy. Podniecenie seksualne momentalnie przemienia się w elementarny strach o życie. Sny okazują się najmocniejszą stroną Złego miejsca.

Stąd moje pytanie w tytule recenzji. Twórcy nie mogli się zdecydować na jakikolwiek profil psychologiczny bohaterów. Wsadzili zatem w postaci mnóstwo sztampy, a wyrazili to pełnymi komunałów dialogami. Kiedy mam zamiar obejrzeć horror, chcę, żeby podczas seansu co chwilę stawało mi serce. Chcę się bać. Jak mądrze stwierdził Alex DeLarge w Mechanicznej pomarańczy KubrickaKolory z realnego świata wyglądają (powinny wyglądać sic!) prawdziwie tylko na ekranie. Tego oczekuję od filmu grozy, że wszystkie te nasze rzeczywiste strachy nabiorą podczas seansu ekranowej racji istnienia, a świat, który zostawiamy, włączając film, przynajmniej do jego zakończenia stanie się mniej ważny.

Ostatnio dodane