Recenzje

ZERO. Film, który czyni z nas świadków egzekucji

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Wśród kolorowych uliczek Paryża Adam Goldberg rozmawiał z Julie Delpy o pewnej książce, która wywarła na nim piorunujące wrażenie. Jej autor usiłował udowodnić czytelnikowi, że w każdym zakątku świata szansa na spotkanie osoby poznanej we wcześniejszej fazie swojego życia jest niebywale duża. Z nieco innej beczki: Efekt motyla otwiera wschodnia maksyma informująca nas, że nawet ruch skrzydła stworzenia tak wątłego, jak tytułowy owad, może wywołać huragan tysiące kilometrów dalej. W 21 gramach grupa obcych sobie ludzi, nie do końca świadomie, w znaczący sposób wpływa nawzajem na swoje życie, a w Trzech kolorach Kieślowskiego wszyscy bohaterowie spotykają się na pewnym statku.

Ta stricte filmowa wyliczanka w pewnym sensie udowadnia trafność tezy postawionej przez autora książki, która zafascynowała bohatera 2 dni w Paryżu. W cywilizacji zachodu życiem rządzą ciągi przyczyn i skutków. Zatraciliśmy umiejętność myślenia magicznego, życia w oderwaniu od suchej logiki, nieco nieludzkich sylogizmów. Ganiamy od punktu A, do punku B. Każdy ma swoją trajektorię, a zatem jasne jest to, że niektóre z nich muszą się przeciąć, niektóre ze sobą kolidują, a inne znakomicie uzupełniają. Paradoksalnie, wschodnia maksyma doskonale ilustruje dzisiejszego człowieka zachodu. Jesteśmy, jak wszyscy wymienieni wyżej bohaterowie. Pasujemy do tez książki, niezłe z nas motyle. O tym opowiada najnowszy film Pawła Borowskiego, Zero.

Młody reżyser podjął niezwykle ambitne przedsięwzięcie. Po nakręceniu zaledwie dwóch filmów krótkometrażowych, z których jeden trwał mniej więcej siedem minut, drugi nieco ponad jedenaście, rzuca się na głęboką wodę i tworzy film niemal dwugodzinny. Oczywiście, gdybym za wodę bez gruntu uważał jedynie znaczny skok dotyczący metrów zużytej taśmy, byłoby to zachowanie dość idiotyczne. Bardziej niż o długość kliszy chodzi mi o liczbę bohaterów i historii, które się na niej wzajemnie przeplatają. Scenariuszowo porównałbym Zero właśnie do wspominanych 21 gramów, które – uważam, że nieprzypadkowo – pojawiają się w jednej ze scen filmu. W momencie, gdy jeden z bohaterów stoi przy sklepowej kasie, za witryną możemy zobaczyć opakowanie z tym właśnie filmem. Może zbieg okoliczności, może celowy zabieg, a może ktoś odpowiednio machnął skrzydełkiem.

Prócz fabuły opierającej się na konstrukcji układanki, której poszczególne elementy otrzymujemy po niemalże każdej scenie, łączy Zero i 21 gramów coś jeszcze – atmosfera. Obraz świata pozbawionego chociażby krzty nadziei na lepsze jutro. Bohaterowie Borowskiego to takie biedne wersje Edypów. Odarte z jakiegokolwiek patosu, żyjące w rzeczywistości, w której nie ma co liczyć na cudowną boską interwencję, budzą się jedynie po to, by odsłuchać dalszej części dawno zapisanego wyroku. Męskie i damskie prostytutki, aborcje, podsłuchy, zdrady, myśli samobójcze, pijani kierowcy, dysfunkcyjne rodziny, bieda, choroby i dewianci, a naokoło betonowe gmachy budynków i dziurawe chodniki zalane czarną deszczówką – „życie jest piękne”.

To właśnie ta morowa atmosfera jest w moim przekonaniu piętą achillesową filmu Borowskiego. Rozumiem, że zamysłem twórcy była chęć pokazania świata odartego z kolorowych barw rodem z polskich komedii romantycznych, czy bijących rekordy popularności seriali z kuźni TVN-u. Niemniej, całe to „odzieranie” poszło odrobinę za daleko. Nie pozostały żadne kolory prócz czerni, bieli i ich wariacji. Z ekranu straszy nas kościotrup, a nie prawdziwy świat z krwi i kości. Całkowite wykluczenie pierwiastków pozytywnych stawia widza w dość niewygodnej, acz dziecinnie prostej sytuacji. Po prostu, siedzimy i zastanawiamy się, jak to całe „życie” może jeszcze dowalić naszym bohaterom. Nie musimy dumać nad ich losem, czy osobowością. Każdy ma coś na sumieniu, każdy będzie ukarany. Jesteśmy świadkami egzekucji.

Sama konstrukcja zamknięta jest w sposób niepozostawiający miejsca na poważną krytykę. Mimo całej plejady bohaterów i multum małych historii, Borowski jest w stanie zszyć całość nicią scenariusza tak, by gotowy produkt nie rozłaził się w różnych dziwnych miejscach. Nie można mieć również zarzutów do samej realizacji – kawał porządnej, lecz nieco rzemieślniczej roboty. Szukanie oznak osobowości twórcy w warstwie formalnej filmu, będzie po prostu stratą czasu.

Może właśnie do tego braku formalnego zaangażowania ze strony twórcy odnosi się dość enigmatyczny tytuł całości? Może tytułowe zero oznacza łączną sumę szczęścia zaserwowaną widzowi w czasie niemal dwugodzinnego seansu? A może tytuł odnosi się do tego, o czym wspominałem na samym początku? Do współczesnego światopoglądu, który wyrazić można za pomocą kilu wzorów logicznych, w których nie ma miejsca na jakikolwiek skok w bok – skok do krainy malowanej całą paletą barw? To jedynie kilka propozycji, które pozostawiam w głowie potencjalnego czytelnika. Być może Borowski chciał, aby każdy odnalazł tytułową liczbę w innym miejscu?

Zero ma pewną wartość terapeutyczną. Wszyscy ci, którzy myślą, że na świecie nie może być gorzej, po seansie przekonają się, że delikatnie dramatyzowali. Mamy tę przewagę, że o naszym życiu ponoć decydować może jakiś tam motylek. W świecie Borowskiego dla motylków nie ma miejsca – swe skrzydlate huragany przyczyn i skutków mogłyby wzniecać co najwyżej jakieś ćmy lub nietoperze. Jeśli widz ma ochotę na obejrzenie dobrze skonstruowanej, wyraźnie inspirowanej głośnymi swego czasu filmami (21 gramów, czy Babel) agonii kilkunastu bohaterów, zapraszam do kin.

Have a nice Apocalypse!
Chciałoby się dodać…

Tekst z archiwum Film.org.pl (18 października 2009)

Ostatnio dodane