Recenzje

ZDARZENIE. Film, który (niestety) zapamiętam do końca życia

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

M. Night Shyamalan ma pecha. Po premierze Szóstego zmysłu, który był punktem zwrotnym w jego karierze, otrzymał nominację do Oscara i został nazwany geniuszem horroru. Po premierze Niezniszczalnego przylepiono mu plakietkę „to ten, co kręci filmy z zaskakującymi zakończeniami”. Po Znakach dało się odczuć już lekkie zmęczenie materiału, choć według mnie film trzyma wysoki poziom, nie licząc nieszczęsnej końcówki z okładaniem kosmity kijem bejsbolowym. Osada zbierała już dużo gorsze recenzje, wytykające reżyserowi wtórność i brak ciekawych pomysłów, co wcale tak bardzo nie mijało się z prawdą. Próba wyjścia z zaszufladkowania pod postacią Kobiety w błękitnej wodzie spotkała się z jeszcze bardziej druzgocącą reakcją krytyków (akurat tego filmu nie widziałem, ale na Rotten Tomatoes ma średnią ocen 24%). Jak to jest ze Zdarzeniem? Niestety, tak jak się obawiałem, film utrzymuje tendencję spadkową.

Do seansu przygotowywałem się najlepiej jak potrafiłem – nie szukałem w internecie żadnych wycieków, zdjęć i plotek, nie oglądałem żadnych zwiastunów, poza tymi w kinie (swoją drogą nie zdradzały one kompletnie niczego z fabuły), a jedynym złamaniem ustalonej przeze mnie zasady było przeczytanie notatki w „Dzienniku Wschodnim” (jednym z lubelskich dzienników), w której Pan Redaktor odnosi się do filmu bardzo pochlebnie i wystawia mu ocenę 6/6. Wtedy zaświtała mi jeszcze nadzieja, że Shyamalan przełamie złą passę, a jego najnowsze dzieło będzie miało to coś, co każe mi zapamiętać seans do końca życia. I zapamiętam ten seans do końca życia. Niestety.

Film zaczyna się zgodnie z zasadą podyktowaną przez Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. Pewnego dnia w samym środku Nowego Jorku, a dokładniej w Central Parku i jego okolicach, dochodzi do przerażających wydarzeń – ludzie bez powodu zaczynają popełniać samobójstwa na różne wymyślne sposoby. Początkowo rząd uznaje wszystko za atak terrorystyczny, a następnie ogłasza ewakuację miasta. W międzyczasie poznajemy głównych bohaterów: Elliot to nauczyciel biologii w jednym z liceów w Filadelfii. Ma żonę Almę i najlepszego przyjaciela Juliana, wychowującego córkę o imieniu Jess. Małżeństwo dwójki głównych bohaterów przechodzi coś w rodzaju kryzysu, a Julian z uporem maniaka próbuje dociec o co chodzi i pomóc bliskim. Koniec wprowadzenia postaci. Kiedy wszystkie osoby dramatu lądują w pociągu okazuje się, że tajemnicza przypadłość dotyka coraz więcej miast i miasteczek. Gdy kolejarze tracą kontakt, jak sami to trafnie ujęli – „ze wszystkimi”, postanawiają zatrzymać się gdzieś w Pensylwanii i wysadzić tam pasażerów. Od tej chwili rozpoczyna się ucieczka głównych bohaterów pod tytułem „byle dalej stąd”.

Zdarzenie w pewien sposób przypomina Znaki – odpowiedź na pytanie „o co chodzi?”, początkowo trochę nieśmiałą, widz otrzymuje mniej więcej w jednej trzeciej filmu (do końca miałem nadzieję, że to jednak zmyłka i na finał szykuje się coś mocniejszego), a reżyser stara się ukazać poczucie wszechogarniającej śmierci i zagrożenia bohaterów. „Stara się” to słowo-klucz. Inwazję kosmitów, widziana oczami wątpiącego pastora, oglądałem siedząc przez cały czas na brzegu fotela, nowy film Shyamalana zaś oglądałem przecierając oczy ze zdumienia. Mniejsza o to, że żadnej atmosfery zagrożenia w Zdarzeniu po prostu nie ma. Nie wiem, naprawdę nie wiem co skłoniło go do napisania tak koszmarnych dialogów. Przykład? (A)lma rozmawia z (E)lliotem (piszę z pamięci, więc może nie być dokładnie):

(Miejsce akcji – środek łąki)

A: Był taki facet… Pamiętasz jak zostałam kiedyś po godzinach w pracy? Tak naprawdę poszłam wtedy do niego. Pomyślałam, że w obliczu śmierci powinieneś o tym wiedzieć.
E: (robi minę zbitego psa) Okłamałaś mnie?

(cięcie)

(później, w pobliżu jakiegoś bliżej nieokreślonego budynku)

E: Też chcę ci coś wyznać. Poszedłem kiedyś do apteki, a za ladą stała naprawdę piękna dziewczyna. Podszedłem do niej i poprosiłem o syrop na kaszel, a wcale nie miałem kaszlu. Kosztował całe sześć dolarów.
A: Żartujesz?
E: Tak
A: Całe szczęście (uśmiecha się)

(koniec rozmowy)

Jako horror Zdarzenie też jest marne. Tzw. „straszne sceny” dzielą się na dwie kategorie: kategoria pierwsza – scena typu „cisza, cisza, cisza, ŁUP”, kategoria druga – reżyser mówi „wrzucamy teraz megaklimatyczną scenkę, która na pewno wszystkich przestraszy, a przynajmniej zaniepokoi”. No i w ten sposób otrzymujemy klimatyczne rozmowy (na podobnym poziomie jak pokazane powyżej), klimatyczne miejsca (tu akurat nie jest źle), a nawet klimatyczną staruszkę – pustelniczkę (no comment). Kolejną zagadką, wartą napisania książki, jest sposób w jaki Shyamalan tworzy postacie drugoplanowe – i nie chodzi wyłącznie o mroczną babcię. W pewnym momencie oprócz głównych bohaterów w grupie idzie dwóch nastolatków – jeden służy do prowadzenia rozmowy z Elliotem (o rodzinie i dzieciach! Umarłem na miejscu), a drugi do pyskowania i wyważania drzwi. A dalej? Zestresowany szeregowiec jeżdżący Hummerem (właśnie – w pewnym momencie bohaterowie nie mogą jechać żadną z dróg i postanawiają iść piechotą na przełaj, zostawiając na asfalcie dwa samochody terenowe – taki szczegół), zakręcony ogrodnik wcinający przez całą drogę hot-dogi i jeszcze kilka podobnych ewenementów.

Nigdy nie miałem nic do Marka Wahlberga jako aktora. Słyszałem opinie typu „sztywniak”, „drewniak”, „drewniany jak Ben Affleck”, ale uważałem je za przesadzone. Natomiast podczas seansu w kinie za każdym razem kiedy kamera pokazywała twarz Pana M.W., przed oczami stawał mi nasz rodzimy Paweł Małaszyński – jedna mina, zero ekspresji, tragedia, masakra, płacz i zgrzytanie zębów. Reszta obsady sobie radzi, ale więcej nie warto pisać pisać. Może oprócz tego, że bardzo przyjemnie patrzy się na Zooey Deschanel.

Jest jednak coś, co ratuje film od totalnej porażki – bardzo dobra muzyka Jamesa Newtona Howarda, która stara się budować klimat, ale jest niecnie niszczona przez dialogi i Wahlberga. Oprócz tego warto nadmienić jeszcze o ciekawych zdjęciach (które świetnie obrazują to, o czym nie będę pisał, bo byłby to spoiler) i niepokojącym początku – szczególnie scena samobójstw na budowie robi duże wrażenie. Jednak jedna rzecz nie daje mi spokoju – skoro tytułowe „zdarzenie” obejmowało swoim działaniem wszystkich w okolicy, to dlaczego w niemal każdej takiej scenie znajdzie się jedna osoba, która trzeźwo patrzy na samounicestwianie się innych? Tego nie wie chyba nawet sam M. Night Shyamalan.

Nie mogę powiedzieć, że straciłem pieniądze i czuję się okradziony, bo w promocji w kinie wylosowałem darmowy bilet, ale wychodząc z sali powinienem otrzymać jakąś dopłatę w ramach rekompensaty za stracony czas. Mimo wszystko nie żałuję jednak, że poszedłem do kina. Mogłem spotkać się ze znajomymi, pośmiać się z koleżanki, która podskakiwała na każdej straszniejszej scenie i pogadać z nimi o lepszych filmach.

Tekst z archiwum Film.org.pl (04.06.2008)

Ostatnio dodane