Recenzje

YOU SHOULD HAVE LEFT. Kevin Bacon w domu złym

David Koepp i Kevin Bacon nakręcili dawniej bardzo udane "Opętanie". Tym razem tylko aktor stanął na wysokości zadania.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Dom, do którego wprowadzają się główni bohaterowie You Should Have Left, nie jest nawiedzony, ale jest z nim coś nie tak. Czarna bryła i nowoczesne wnętrze nie pasują do walijskich krajobrazów, choć nie przeszkadza to trzyosobowej rodzinie z Kalifornii, która postanawia spędzić w nim parę tygodni. Na miejscu jednak okazuje się, że zamiast odpoczynku czeka ich wyczerpujący pobyt, gdyż dom oddziałuje na jego mieszkańców – zwłaszcza głowa rodziny (Kevin Bacon) zaczyna odczuwać tego skutki. Sny mieszają się z jawą i wkrótce mężczyzna ma trudności z odróżnieniem, co jest prawdą, a co majakiem.

Nowy film Davida Koeppa, oparty na książce niemieckiego pisarza Daniela Kehlmanna, zaczyna się od sekwencji koszmaru sennego i nie rezygnuje z tego środka, serwując nam go później kilkukrotnie, co sugeruje, że być może wszystko, co oglądamy, jest ujęte w ramy snu. Śniącym miałby być Theo, były bankier, kochający mąż i ojciec, człowiek, wydawać by się mogło, spełniony. Ale w takim razie dlaczego słucha porad trenera duchowego, którego monologi są innym stałym elementem narracji? Szuka pocieszenia, spokoju ducha, psychicznej stabilizacji? Być może powodem jest zazdrość o swoją dużo młodszą małżonkę, aktorkę (bardzo dobra, ale trochę niewdzięczna rola Amandy Seyfried). W jednej z pierwszych scen filmu Theo odwiedza ją na planie filmowym, ale nie zostaje do niej dopuszczony, gdyż ta jest akurat w trakcie kręcenia sceny erotycznej. Słyszy jej krzyki i pojękiwania, lecz odmówiony mu zostaje jej widok. Mężczyzna pilnujący planu bierze początkowo Theo za jej ojca, co dodatkowo może powodować w bohaterze frustrację. Cały ten moment, przynajmniej częściowo pomyślany komicznie, zaskakuje ładunkiem bezradności i zazdrości. Tę pierwszą Theo szybko wynagrodzi sobie seksem z żoną w samochodzie; zazdrość jednak pozostanie w nim na dłużej.

Jest też wspomnienie byłej małżonki, która popełniła samobójstwo. Tyle że nie wszyscy w to wierzą, winą za śmierć kobiety obarczając jej męża. To oskarżenie jest tak powszechne, że Theo nawet u nieznajomych potrafi rozpoznać błysk w oku lub wymowną pauzę, gdy ci orientują się, że rozmawiają z potencjalnym mordercą. Bacon ma na swoim koncie wiele ról czarnych charakterów, często demonicznych, ale w tym przypadku nie mamy żadnych podstaw, aby widzieć w nim jakiekolwiek zło. Wierzymy w jego dobrą naturę, miłość do kilkuletniej córki (udanie debiutująca Avery Essex) i obecnej żony. Nawet kiedy złość bierze nad nim górę, wydaje się ona być raczej reakcją niż cechą jego charakteru. Tym samym trudno nam dać wiarę oskarżeniom.

Głośno i wyraźnie słychać tu echa Lśnienia, a także innego Kingowskiego dzieła, Sekretnego okna, zekranizowanego w 2004 roku również przez Koeppa.

A mimo to Theo wydaje się szukać pomocy, słuchając taśm, zapisując swe myśli w dzienniku, w końcu wyjeżdżając z toksycznego Los Angeles do urokliwej Walii. Tyle że dom, do którego trafia, tylko intensyfikuje te obawy, przynosząc zagrożenie dla niego i jego rodziny. Głośno i wyraźnie słychać tu echa Lśnienia, a także innego Kingowskiego dzieła, Sekretnego okna, zekranizowanego w 2004 roku również przez Koeppa. W tamtym filmie oskarżony o plagiat pisarz siłował się ze swoimi demonami, wciąż niepogodzony ze zdradą żony. Nie mam problemu z tym, że reżyser/scenarzysta powtarza się, kręcąc kolejny film praktycznie na ten sam temat, gdyż to sposób, w jaki odróżnia bohaterów obu swoich produkcji, jest ważniejszy od wszystkich fabularnych podobieństw. Ma również silne wsparcie w osobie Bacona, potrafiącego znakomicie przenieść na ekran mniej lub bardziej skrywane obawy granej przez siebie postaci.

Problem filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy Koepp próbuje nasycić swój thriller psychologiczny elementami kina grozy. Póki ogranicza się jedynie do sugestii, że dom żyje i w jakiś sposób wpływa na głównego bohatera, film nie tylko intryguje, ale i każe wierzyć, że za wszystkimi korytarzami i pomieszczeniami, które bez końca przemierza Theo, za krzywymi kątami pozornie prosto postawionych ścian, za czasowo-przestrzennym mętlikiem kryje się coś oryginalnego i przerażającego. Rozwiązanie tej tajemnicy rozczarowuje, dlatego że sprowadza się do alegorycznej przypowieści, która w rzeczywistości niczego nie wyjaśnia. Być może i my powinniśmy mniej dosłownie traktować sytuację oglądaną na ekranie – aby móc pogodzić się z własnymi uprzedzeniami i lękami, należy najpierw zrobić solidny rachunek sumienia, wydaje się mówić Koepp. Ale instancją wydającą wyrok jest diaboliczny budynek; ten reaguje wyłącznie na zło w człowieku, lecz już nie na dobro. Zważywszy że w pierwszej godzinie otrzymujemy portret człowieka niedoskonałego, daleki od kategorycznych sądów, konkluzja razi pewnym dysonansem.

Jest też inny powód, dla którego You Should Have Left nie działa. Film został wyprodukowany przez Jasona Bluma i jego Blumhouse, studio specjalizujące się w niskobudżetowych horrorach i odnoszące na tym polu spore sukcesy kasowe i artystyczne, by wymienić Split, Niewidzialnego człowieka, Uciekaj! oraz ostatnie Halloween (którego nie jestem fanem, ale powodzenia mu nie odmówię). Za zaledwie kilka milionów dolarów budżetu reżyserzy otrzymują wolność twórczą, potrafiąc przezwyciężyć finansowe ograniczenia i nadać swym projektom autorski stempel. Tymczasem Koepp wyraźnie nie radzi sobie z małym budżetem. Jego film wygląda tanio, ma zdjęcia rodem z filmu telewizyjnego, za bardzo polega na efektach specjalnych, które są tu bardzo niespecjalne, a straszy głównie cieniami na ścianie i mało finezyjnymi jump scare’ami. Koepp to bardzo dobry hollywoodzki scenarzysta – w jego filmografii znaleźć można Ze śmiercią jej do twarzy, Park Jurajski, Mission: Impossible, Wojnę światów, ale również nie tak udane Indianę Jonesa i królestwo kryształowej czaszki oraz niedawną Mumię – i solidny reżyser-rzemieślnik. Taki, który potrzebuje odpowiedniego zaplecza produkcyjnego. Kiedy je ma, potrafi nakręcić dobre Opętanie (inny horror z Kevinem Baconem). Bez niego jego nowy film przypomina dzieło debiutanta, dopiero uczącego się reżyserskiego fachu.

Ostatnio dodane