Recenzje

WYBRANIEC ŚMIERCI. Seagal kontra voodoo

Jatka w rytmie reggae - schematycznie, ale ostro.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Steven Seagal ponownie na naszych łamach. Aktor jednej miny, ale o wielu twarzach. Człowiek, który był już Ponad prawem i Wpół do śmierci oraz Wpół do śmierci 2. Wraca, by dziarsko potrząsać kucykiem i dać świadectwo buddyjsko-nonkonformistycznej postawie. Wybraniec śmierci to jego trzeci film, nakręcony po przebojach Nico – ponad prawem i Wygrać ze śmiercią, a tuż przed jego opus magnum – Szukając sprawiedliwości.

John Hatcher to spec od zwalczania handlu narkotykami. W trakcie kolejnej akcji jest świadkiem śmierci swego partnera i odbiera życie kobiecie. Idąc za radą swego spowiednika, postanawia opuścić krąg przemocy i odnaleźć w sobie dawno utraconą delikatność. Wraca do rodzinnego miasta, gdzie wplątany zostanie w wojnę narkotykowych gangów. On i jego rodzina staną się celem dla bezwzględnych wyznawców voodoo. Czarna gwiazda przemocy znów oświetli twarz Hatchera; pora pogodzić się z nemezis i przyjąć krew jako chleb powszedni.

 Tym razem Seagal pozwolił sobie na mały skok w bok i zamiast jak zwykle kręcić pod banderą Warner Brothers, pojawił się w filmie Twentieth Century Fox. Czy oznacza to jakieś poważniejsze zmiany w jego emploi czy jakości projektu? Raczej nie. Seagal się nie zmienił. To wciąż ten sam czarny monolit sprawiedliwości – brutalny, skuteczny i amimiczny. Facet, który kocha swoją rodzinę i zrobi wszystko, by ją chronić. Gliniarz, który odrzuca odznakę, jeśli ta zmniejsza jego siłę rażenia. Kiedy doprowadzisz go na skraj, robi z ciebie sos pomidorowy. Strzela, żeby zabić. Stosuje też aikido – w jego wydaniu nie mniej mordercze niż broń palna.

Hatcher nie różni się niczym od Nico Toscaniego czy Masona Storma. Porusza się za to na nieco innym tle. Bo w przeciwieństwie do dwóch pierwszych hitów, nie mamy tu biznesowo-politycznych machlojek. Twórcy Wybrańca śmierci uznali, że pora nieco urozmaicić Seagalową zupę. Dorzucono więc egzotyczny wątek rasta-vooodo dilerów. Ci są nie tylko wyjątkowo bezwzględni, ale spowija ich jeszcze aura tajemnicy. Obecność czarnej magii przydała filmowi mrocznego sznytu, miejscami upodabniając go nawet do horroru. Ale bez przesady – fabularnie i estetycznie mamy tu kino akcji, w którym kop w klatę czy porządna dekapitacja znaczą więcej niż machanie wisiorkami i wróżenie ze zwierzęcego truchła. Z pewnością za to produkcja zyskuje na oryginalności dzięki umieszczonym na ścieżce dźwiękowej piosenkom reggae. Jest ich sporo i przydają tytułowi specyficznego smaku. Co ważne, nie gryzą się z całością, i to pomimo faktu, że ten gatunek muzyczny nie kojarzy się zazwyczaj z bryzgającą krwią, łamanymi rękoma i rytualnym zabijaniem wróżek. Egzotyczna jest też sceneria. W pierwszych scenach oglądamy kolumbijskie slumsy, a końcowy akt filmu rozgrywa się na Jamajce. Ciekawe plenery pomagają odróżnić ten film od takiego Nico, ale nie przyćmiewają głównego bohatera ani głównego dania. Tym ostatnim jest akcja. Dostajemy jej tu naprawdę sporo. Brutalne bijatyki, strzelaniny, pościgi i pojedynki na miecze. Całość jest zrealizowana nader sprawnie, ale choreografia walk nie urzeka niczym szczególnym, a wymiany ognia to także średnie stany wód.

Obecność czarnej magii przydała filmowi mrocznego sznytu, miejscami upodabniając go nawet do horroru.

Myślę, że w latach 90., kiedy koniunktura sprzyjała Seagalowi (bo nadal był nowy, świeży i tajemniczy), ten fakt nie rzucał się w oczy, ale dziś nie możemy się oszukiwać, iż dostaniemy cokolwiek ponad schematyczne rozwiązania kina akcji. W stosunku do dwóch wcześniejszych hitów Seagala więcej tu komiksowej atmosfery, a mniej autentycznego dramatyzmu. Tytuł z pewnością nie może się także równać ze swoim następcą, Szukając sprawiedliwości – bardziej realistycznym, dojrzałym i lepiej wyważonym. Motyw zemsty nie wybrzmiewa tu tak doniośle ani jak w tym ostatnim, ani w Wygrać ze śmierciąPo prostu jest – bo być musi. Bohater nie jest samotny (wspomaga go kumpel z wojska i zaufany glina) ani tak zdeterminowany jak Nico. Prawdę powiedziawszy, dostaliśmy produkcję o wątłej fabule i – po odarciu z warstwy egzotyki – zerowej oryginalności. Reżyseria Dwighta H. Little’a, późniejszego twórcy udanego akcyjniaka Huragan ognia, sprowadza się do mnożenia efektownych starć w duchu przełomu 80./90. – dużo, szybko i mocno, ale bez komputera.

Zespół aktorski wyciągnął z materiału, ile się dało. Trzecia kreacja Seagala nie jest ani lepsza, ani gorsza niż poprzednie. Jest właściwie taka sama. Partneruje mu polska aktorka, Joanna Pacuła, jako atrakcyjna specjalistka od wierzeń religijnych, ale jej rola to po prostu solidne tło. Podobnie jest z Keithem Davidem, którego bogatą filmografię zdobią liczne pozycje o tematyce wietnamskiej, jak i Coś Carpentera czy Requiem dla snu. Basil Wallace jako Screwface – bełkoczące wcielenie zła o żółtych oczach – może nie przeraża, ale skutecznie podsyca pytania o ponadnaturalne zdolności swego bohatera. Gdzieś tam w tle pojawia się Danny Maczeta Trejo, ale robi za worek bokserski dla Hatchera, po czym znika. Jest jednak stosunkowo przyjemnie, jeśli lubimy Seagala i – jak to się określało za czasów wypożyczalni – mocne, męskie kino. W tym filmie klną i zabijają, a z ekranu płynie krew, nie morały czy wymuskany język salonów albo klubów literackich. Kończyny są łamane i odcinane. Obrywa się białym i  czarnym, mężczyznom i kobietom; zwierzętom i nawet wuefiście. Bęcki zgarniają Amerykanie, Kolumbijczycy i Jamajczycy.

Film pozwolił  pozwolił szlifować swojej gwieździe zdolności muzyczne. Seagal i jamajskie brzmienia? Nikt, kto zna eklektyczny gust tego twórcy, nie będzie zdziwiony. Jego bluesowe płyty, pełne buddyjskich mądrości, były swego czasu przebojem na europejskim rynku muzycznym. Tutaj ta barokowa osobowość miała okazję współpracować z Jimmym Cliffem – klasykiem reggae. I chociaż wkład mistrza aikido ogranicza się do wokaliz w jednej piosence, dzięki nim otworzył szerzej swoje serce i odkrył przed światem ciepły wokal oraz zamiłowanie do gitary czy harmonijki. Seagal, prywatnie miłośnik kina Kurosawy, Bertolucciego czy Coppoli, od lat nie ma dobrej prasy. Ludzie mają go za buca i megalomana. Jego filmy lądują na DVD, a legenda blaknie. Ta wielobarwna ludzka mandala, zbyt świetlista, by nie razić delikatnej części kinomanów – wylądowała w powszechnej świadomości gdzieś w zsypie dla zwietrzałych gwiazd. W Polsce rzecz ma się ciut lepiej. Gdyby wciąż istniał Paszport Polsatu, Seagal mógłby błyszczeć na jego przedzie. Póki co błyszczy w filmie, w którym skopał tyłek voodoo. Jeśli znasz wartość rozrywki sprzed dekad, zapraszam na seans.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane