Recenzje

WSZYSTKO DLA MOJEJ MATKI. Wzruszające i prawdziwe

iękne kino, o którym warto mówić w kontekście nie tylko nagród, ale również argumentów, że straciliśmy tę obecną w latach 90. wrażliwość społeczną. A właśnie, że nie. Dobro wciąż walczy.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Małgorzata Imielska pierwszy raz zabrała się za fabułę, chociaż środowisko filmowe zna bardzo dobrze jej robotę dokumentalistki. Przede wszystkim – wrażliwość. To ona pozwoliła skakać reżyserce płynnie pomiędzy jednym światem a drugim. Zresztą wraz z nadejściem fabuły wcale nie zaczęły ją interesować nowe rejony tematyczne. Wykluczenie, trudna miłość oraz egzystowanie w Polsce właśnie to jej rejony obsesji i poszukiwań. Wszystko dla mojej matki to wzruszający manifest wrażliwości.

Dwie warstwy, jedna osoba – Ola. W jednej z warstw czasowych widzimy pozornie idylliczne dzieciństwo, a w drugiej – dziewczynę w zakładzie poprawczym. W pierwszej stukot małych stóp oraz uśmiech dziecka obok spokojnych rodziców, a w drugiej brutalna rzeczywistość poprawczaka, w którym dzieje się grubo i niedobrze: przemoc, molestowanie seksualne, alkoholizm i brak nadziei. Imielska skacze między tymi dwoma światami, budując wraz z każdym krokiem coraz bardziej kompleksowy obraz sytuacji, w której znalazła się Ola. Jest to bowiem dziewczyna napędzana myślą, aby odnaleźć swoją matkę. Kurczowe trzymanie się przeszłości to lek na duszę, chociaż być może powinna go sobie dawkować już od dawna. Ola, a widz wraz z nią, składa świat na nowo, tym razem z bardziej realistycznych elementów.

Najlepiej reżyserka sobie poczyna, gdy opowiada o murach poprawczaka. Widać zresztą reportażową robotę, a brud, humanistyczna nadzieja oraz dostrzeżenie człowieczeństwa w drugim planie to najmocniejsze elementy filmu. Ta inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia nawet nie musiałaby opierać się na zasłyszanych sprawach, ponieważ marzenia siedemnastoletniej głównej bohaterki są uszyte z uniwersalnych skrawków. Poszukiwanie siebie (najbardziej banalny topos dotyczący nastolatków, ale jeśli zagrać na nim dobrze – potrafi wzruszyć) oraz swojego miejsca to typowy motyw w filmach o zakładach poprawczych. Sny Oli są więc uniwersalne, chociaż mają w sobie element wyparcia. Fascynująco ogląda się, jak prawda zaczyna pomału przedzierać się przez nakładkę, jaką nałożyła sobie na świat zewnętrzny. Paradokumentalne zdjęcia Tomasza Naumiuka na szczęście potrafią znaleźć również język do opisu obu rzeczywistości – marzeń oraz codzienności, w której przyszło żyć bohaterce. Zofia Domalik, wcielająca się w główną rolę, wie, kiedy uderzyć w mocniejsze tony, a kiedy pozwolić, aby opowieść poniosła ton jej gry sama. Imielska zresztą pozwoliła pokazać się kilku teatralnym aktorom, którzy mają coś do zagrania, nie będąc wtłoczonym w gatunkowe schematy. Wspaniałe są tutaj również Maria Sobocińska oraz Magdalena Celmar, których karierom warto zacząć się przyglądać.

Ta swoista wycieczka do świata polskiego poprawczaka jest z pozoru kameralnym, wstydliwym filmem, który zwraca uwagę na rejony rzeczywistości, które sprawiają, że chcemy się odwrócić. W tej opowieści jest jednak duża dawka nadziei, bo nawet jeśli zło to coś, co przekazywane jest nam od rodziców, to nie należy bagatelizować siły marzeń oraz snów. Piękne kino, o którym warto mówić w kontekście nie tylko nagród, ale również argumentów, że straciliśmy tę obecną w latach 90. wrażliwość społeczną. A właśnie, że nie. Dobro wciąż walczy. Uff…

Ostatnio dodane