W stronę zachodzącego słońca

WROTA NIEBIOS

Dzieło życia Michaela Cimino okazało się bramą do piekieł.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Była to prawdziwa katastrofa – jedna z największych w historii kina.

Te wszystkie fakty wpłynęły oczywiście na budżet, który ze „skromnych” jedenastu milionów dolarów szybko urósł aż czterokrotnie, dając w rezultacie wydatek rzędu dzisiejszych dwustu baniek (!!!) i tym samym stając się jedną z najdroższych inwestycji swoich czasów (choć, paradoksalnie, nie studia United Artists, dla którego szczytem były powstałe w tym samym okresie kolejne przygody 007 – Moonraker). Obrazuje to nie tylko rozbuchane ego Cimino – który, swoją drogą, wycyganił nieco kasy od producentów, umieszczając część planów na terenach, których był właścicielem – oraz dużą problematyczność przedsięwzięcia, ale i ogrom całego widowiska. Jego kaliber potwierdza też ilość materiału ostatecznie nagranego.

Przez niespełna sześć miesięcy zdjęć zużyto prawie pół miliona metrów filmu 70 mm. Z tego reżyser własnoręcznie, pod kluczem i z mającą zapobiec producenckim zapędom ochroną montażowni, skleił trwającą aż pięć i pół godziny podstawową wersję fresku, następnie przyciętego również przez niego samego do 219 minut (dla przypomnienia: Łowca jeleni trwał ich 183). Potem studio przemontowało to jeszcze do bezpieczniejszych dla widowni dwóch i pół godzin. Podobne zabiegi nie pomogły jednak uchronić filmu przed finansową klęską, bynajmniej nie spowodowaną jedynie powszechnie piętnowaną kategorią R.

Napisać, że Wrota niebios poległy w kinowych kasach, to jak nie napisać nic. Przy ogólnych zarobkach rzędu zaledwie pięciu milionów dolców (co uwzględnia także późniejszą dystrybucję na rynku domowym) była to prawdziwa katastrofa – jedna z największych w historii kina. Wskutek niej United Artists zostało zepchnięte na granicę bankructwa i w rezultacie przejęte przez MGM. Fiasko było tak głośne i tak bardzo dotkliwe, że przez lata Heaven’s Gate uchodziło w branży za synonim porażki i gdy w 1995 roku podobne problemy dopadły Wodny świat Kevina Costnera, prasa pisała z przekąsem o „Kevin’s Gate”.

Zresztą klapa filmu Cimino definitywnie położyła kres zapoczątkowanym w latach 70. wysokobudżetowym widowiskom autorskim i przywróciła do łask panującą do dziś kontrolę studiów. Było to pokłosie wielu innych niewypałów finansowych tamtego okresu – Ceny strachu i Zadania specjalnego Williama Friedkina, komedii wojennej Stevena Spielberga 1941, Czerwonych Warrena Beatty’ego i w końcu Tego od serca Francisa Forda Coppoli. Wszyscy oni byli prawdziwymi objawieniami i dali wcześniej światu prawdziwe arcydzieła będące również hitami box office’u. Ale wszyscy także mocno nadwyrężyli swoje pozycje kolejnymi odważnymi projektami, które kosztowały krocie. Zresztą za wyjątkiem Spielberga nikt z tych panów nie zdołał się już odbić od dna. Ale też i żaden nie spadł na nie z równie głośnym hukiem, co Cimino właśnie.

Reżyser nie tylko zmuszony był zakopać swój kolejny projekt – oparty na powieści Fredericka Manfreda, prawiący o Siuksach (Dakotach) western Conquering Horse, który miał zostać nakręcony w całości w ich języku (coś podobnego zrobił potem Mel Gibson w Apocalypto) – ale też nie mógł znaleźć jakiejkolwiek pracy przez następne pięć lat, ze złotego dziecka Hollywood stając się jego najbardziej niepożądanym bękartem. W dodatku każdy jego kolejny film powstały po Wrotach niebios również pozostawiał wiele do życzenia od strony finansowej. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że Cimino z dnia na dzień dosłownie przepadł w odmętach amerykańskiego przemysłu marzeń.

Pociągnął też za sobą Krisa Kristoffersona. Jego pozycja wiodącej gwiazdy także umarła i od tej pory aktor – dla którego było to najtrudniejsze i jednocześnie najbardziej satysfakcjonujące zadanie w karierze, z którego dumny będzie do końca życia – otrzymuje jedynie głównie role drugoplanowe bądź też wyraziste epizody. Co ciekawe, wszystkie te implikacje ominęły… western jako taki. Będący wtedy w kryzysie, stojący w rozkroku pomiędzy swoją klasyczną i rewizjonistyczną odmianą gatunek jedynie odrodził się w kolejnych latach, ostatecznie powracając w blasku chwały dzięki… Costnerowi i jego Tańczącemu z wilkami.

Marną pociechą była nominacja do Oscara za scenografię.

Tymczasem dla producentów Wrót niebios marną pociechą była nominacja do Oscara za scenografię – zwłaszcza w zestawieniu z przyznaną filmowi Złotą Maliną dla najgorszego reżysera i kilkoma innymi wyróżnieniami do tej antynagrody. Nieliczne przychylne tej produkcji głosy nie zatuszowały ogólnie negatywnego wydźwięku nie tylko wśród widzów, ale i krytyków. Ci amerykańscy nie zostawili na filmie suchej nitki (często nawet jeszcze przed jego obejrzeniem!), dopiero z czasem coraz bardziej go doceniając. A i w pozostałych krajach nie było różowo, choć im dalej na wschód od Edenu (tego w Nowym Jorku of kors), tym lepiej.

Zwłaszcza we Francji dzieło to – tak jak i niemal wszystkie inne od tego twórcy – od początku było uwielbiane, przynosząc Cimino nominację do Złotej Palmy, a po latach umożliwiając mu ponowne pochylenie się nad swoim dzieckiem, co zaowocowało pojawieniem się w roku 2012 wersji reżyserskiej. Z czasem trwania 217 minut najbliższej jego wizji, a z uwagi na niedawną śmierć reżysera, także tej ostatecznej i jedynej słusznej. A przy tym odpowiednio zrekonstruowanej, odświeżonej (także kolorystycznie) na potrzeby współczesnych formatów i poprawionej pod względem technicznych wpadek. I… jakże pięknej.

Ostatnio dodane