Recenzje

WESELE BABCI. Kiedy bierzesz ślub, a powinieneś wziąć leki

„Wesele babci” jest na poziomie banalnego do znudzenia odcinka słabej telenoweli, którą „Zbuntowany anioł” zjadłby na śniadanie.

Autor: Jan Dąbrowski
opublikowano

Dużą i skłóconą ze sobą rodzinę najłatwiej zjednoczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. W Weselu babci w tym charakterze występuje ogrodnik Julio (Dino García), z którym zamierza wziąć ślub tytułowa starsza pani (Susana Alexander). Nie tylko ogłasza, że zamierzają się pobrać, lecz także chce zaangażować do spraw organizacyjnych resztę rodziny. Od pierwszych scen widać, że łatwo nie będzie.

Bracia Daniel (Luis Arrieta) i Sebastián (Luis Ernesto Franco) nie chcą się widzieć na weselu z powodu Andrei (Paola Nuñez), która chodziła z Sebastiánem, a teraz jest z Danielem. Z kolei syn babci, Gerardo (Rodrigo Murray), bardzo chce, by ślub był idealny, ale jego żona nie chce przyjść, bo jest w ciąży i hormony jej buzują. By ukrócić dyskusję i wyznaczyć wszystkim wspólny cel, babcia oznajmia, że na weekend przyjeżdża rodzina Julia i trzeba przed nią dobrze wypaść, to znaczy kłamać i udawać normalnych ludzi.

wesele babci

Zależności między członkami rodziny mogą wydawać się skomplikowane, ale bez obaw – do końca Wesela babci wszyscy będą żyli długo, szczęśliwie i pięknie jak bohaterowie seriali TVN-u. I to żaden spoiler. Od pierwszych scen widać, że Wesele babci jest na poziomie banalnego do znudzenia pełnometrażowego odcinka słabej telenoweli, którą Zbuntowany anioł zjadłby na śniadanie. Tam też bohaterowie składali się z kilku cech na krzyż, ale raz na jakiś czas każdy potrafił zaskoczyć. Poza tym Zbuntowany anioł był taką bajką Disneya w wersji latino – od początku wiedzieliśmy, kto jest dobry, a kto zły, ale historię sierotki-pokojówki w domu przystojnego bogacza i tak oglądaliśmy z przejęciem. A wszystko dzięki prościutkim, ale wyrazistym postaciom. No i przeurocza Natalia Oreiro, która łamała serca jako pokojówka, byłaby świetnym Kopciuszkiem.

Wesele babci to przy tym jedno wielkie oszustwo. Rzekomo zakochana w sobie para – starsza pani i jej ogrodnik – w każdej wspólnej scenie prawią wszem i wobec o swojej miłości. Na zapewnieniach się kończy, bo nie widać między nimi żadnej więzi. W ogólne niewiele o nich wiadomo. O babci wiemy tylko tyle, że jest babcią. A charakteryzatorom bardzo zależało, by wyglądała jak źle zakonserwowana mumia pani Doubtfire. Naprawdę coś z wyglądem babci poszło bardzo nie tak i nie jest to wina samej aktorki. Z kolei o ogrodniku wiadomo tyle, że jest ogrodnikiem. Podobno, bo przy pracy też go nie widzimy. Pojawiające się od pierwszych scen wrażenie, że reżyser sprzedaje nam ściemę, narasta z każdą minutą. Naprawdę tragicznie zaczyna być w momencie w teorii najciekawszym – zapoznaniu rodziny babci z rodziną ogrodnika. Cały żart opiera się na ciągłym zestawieniu kontrastów, więc rubasznego, głośnego wujka w kowbojskim ubranku zestawiamy z nieśmiałym okularnikiem i tak dalej. Boki zrywać.

By zapewnić tej karuzeli śmiechu odpowiednie obroty, reżyser Javier Colinas wykombinował sobie, że że babcia – chcąc zrobić dobre wrażenie na konserwatywnej przyszłej teściowej – będzie kłamać na temat swojej rodziny. Jak to nie piją wcale alkoholu, namiętnie chodzą do kościoła, a poza tym to ona świetnie gotuje, jak przystało na gospodynię domową. Ponieważ kłamstwo – zwłaszcza tak głupie – ma krótkie nogi, oczywiście wszystko po chwili wychodzi na jaw. Babcia raz za razem robi z siebie idiotkę, przy okazji kompromitując też resztę rodziny. Wywołuje to konflikt trwający może z siedem minut, po czym obie rodziny padają sobie w ramiona.

Odpowiedzialny za Wesele babci reżyser to Julio Colinas, który popełnił wcześniej Urodziny babci, a wróbelki ćwierkają, że majstruje jeszcze Testament babci. Wychodzi więc na to, że niechcący trafiłem w sam środek geriatrycznej trylogii. W dodatku obejrzałem tę część, która zapewne poprawia niedociągnięcia pierwszego filmu, a jest przy tym tak dobra, że Colinas uznał za stosowne kręcenie trzeciej części. Niewiarygodne. Nie mogę powiedzieć, że trzymam kciuki, ale mam nadzieję, że trzecia część okaże się przełomowa. Albo będzie tak zła, że nie będzie za co i po co robić kolejnych części babciowej serii, albo pójdzie w ślady Rekinada i jemu podobnych. Zmartwychwstanie babci utrzymane w konwencji filmu o zombie chętnie bym obejrzał.

Tymczasem Wesele babci z rozbrajającą szczerością pokazuje, że jest filmowym disco polo. Ma być kolorowo, wesoło i tanecznie, a miłość zawsze wygrywa. Biorąc pod uwagę, że niedawno do kin weszła biografia Zenka Martyniuka, Wesele babci może sprawdzić się jako seans na drugą nóżkę.

Ostatnio dodane