Recenzje

WANDERLUST. Jak podsycić gasnący płomień

Jeden z tych seriali, które za nami chodzą.

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

WANDERLUST. Jak podsycić gasnący płomień

Małżeństwo z ponad 20-letnim stażem decyduje się na krok, który – być może – staje się i dla nas nową normalnością. Czy otwarta sypialnia umocni, czy też rozbije stateczny związek państwa Richardsów?

Współprodukowany przez BBC One i Netfliksa Wanderlust rozpoczyna się sceną seksu. Zdawałoby się wręcz, że to serial o seksie, bo fabuła ma swój początek w niezadowoleniu doświadczonego małżeństwa z aktualnego pożycia, po czym bez zbędnych wstępów przechodzi do obopólnej umowy o poszukiwaniu spełnienia w cudzych łóżkach. Do tego dochodzą stosunki (płciowe) licznych bohaterów pobocznych, a wszystkie traktowane są z niewymuszonym luzem… Dla publiki o topniejących granicach relacji międzyludzkich to przyjemny seksualny miszmasz.

Podobnie jak w powyższym akapicie, seks w fabule Wanderlust (jak jesteśmy informowani w każdym openingu, to „silne pragnienie lub impuls do wędrówki”) zdaje się dominować nad wszystkim, co mniej intensywne i satysfakcjonujące. Do czasu.

Wróćmy jednak do początku: wraz z podejściem do seksu zmienia się ułożone dotąd życie głównych bohaterów: psychoterapeutki Joy (Toni Collette) i anglisty Alana (Steven Mackintosh). W znużoną kolejnym przeciętnym stosunkiem parę uderza wspomniany impuls. I tak Joy „robi dobrze” znajomemu z hydroterapii, a Alan kocha się z koleżanką z wydziału, Claire (Zawe Ashton).

Co za przypadek, że do wydarzeń dochodzi w przeciągu 24 godzin! Na szczęście, jeden z niewielu irytujących w czasie trwania 6 godzinnych odcinków.

Po pełnych wyrzutów sumienia wyznaniach małżeństwo zawiera umowę: śpijmy z innymi osobami. Bez zobowiązań, bez niepotrzebnych uczuć. Joy podchodzi do sprawy pragmatycznie, szukając jedynie seksualnego spełnienia. Gdy któryś z jej partnerów ma ochotę na zwierzenia, zakłada maskę terapeutki. Alan z kolei przekonuje się, jak trudno oddzielić mu seks od empatii. Układ, który wydawał się idealny (jak wielu z was podczas seansu Wanderlust pomyślało sobie: „to będzie mój plan na kryzys wieku średniego”?), zmienia życie kilku, kilkunastu osób.

Wanderlust

Oparty na sztuce teatralnej Nicka Payne’a (pisarz, w 2014 współpracował przy tworzeniu utrzymanego w podobnym klimacie The Secrets), wyreżyserowany przez Luke’a Snellina i Lucy Tcherniak (The End of the F***ing World)  miniserial zdobi tęcza wątków pobocznych. Są dopracowane zarówno pod względem rozwoju relacji, jak i doboru obsady – to m.in. świetna Emma D’Arcy i Joe Hurst, znana z Hotelu Rwanda Sophie Okonedo, a także przyszła Yennefer z netfliksowej adaptacji Wiedźmina, Anya Chalotra. Związki są ciekawe, nietypowe, jednak bardziej subtelne niż wiodące. Postacie – charakterystyczne, charyzmatyczne, jakieś. Nie bez powodu Brytyjczyków uznaje się za mistrzów miniseriali.

Brytyjkę stara się odgrywać Toni Collette, której gwiazda nigdy nie świeciła szczególnie jasno. Sławę Australijce przyniosła rola w Szóstym zmyśle, przypomniała o sobie w ulubieńcu festiwalów, Małej Miss. Wanderlust z pewnością stanowi mocny punkt w jej karierze. Kulminację umiejętności aktorki stanowi odcinek 5., zawierający przerywaną krótkimi wstawkami wspomnieniowymi sesję terapeutyczną. Partnerujący Collette Steven Mackintosh (Underworld) przy jej charakterze nieco blednie, wydaje się niepewny jak grany przez niego bohater.

Fabułę Wanderlust można porównać do prowadzonej przez Joy psychoanalizy. Odcinki odzierają kobietę po czterdziestce z kolejnych warstw, odkrywają prawdziwe przyczyny kłopotów w małżeńskim łożu. Finał przynosi refleksję: seks powinien być wynikiem emocji, nie zaś prowadzącą do nich czynnością.

Ów brytyjski miniserial trzeba obejrzeć, w przeciwnym razie ukazująca się po uruchomieniu największej internetowej wypożyczalni filmów twarz Toni Collette będzie widza świdrować wszystkowiedzącym wzrokiem. To jeden z tych tytułów, które za nami chodzą, ale przekładamy je na przysłowiowe „jutro”. Może dziś?

Ostatnio dodane