Recenzje

W STRONĘ SŁOŃCA. Obowiązkowa pozycja dla fanów science fiction

Autor: Andrzej Wiśniewski
opublikowano

Słońce umiera. Główne źródło energii docierającej na Ziemię wygasa. Świat pogrąża się w ciemności. Zapada chaos. Temperatury spadają poniżej zera. Powierzchnię ziemi pokrywają śnieg i lód. Ludzkości grozi zagłada. Nie ze strony obcych cywilizacji czy wojen nuklearnych, ale ze strony której nigdy byśmy się nie obawiali – ciepła i blasku promieni słonecznych.

Jest jednak sposób, aby ponownie rozpalić zewnętrzne warstwy słoneczne do dawnych temperatur rzędu miliona kelwinów. Jeżeli tylko zdołalibyśmy dostarczyć do wnętrza Słońca ładunek jądrowy, jego wybuch mógłby rozgrzać ciepło promieni słonecznych na nowo.

Ikarus II, statek kosmiczny z ośmioosobową załogą na pokładzie, wyruszył w misję rekonstrukcji Słońca szesnaście miesięcy temu. Zespół specjalistów ma za zadanie zapewnić pełne bezpieczeństwo powodzenia misji. Problem polega jednak na tym, że poprzednia misja – Ikarus I – zakończyła się zaskakującym i tajemniczym niepowodzeniem. Statek zaginął, a kontakt z załogą został bezpowrotnie utracony. W związku z tym sukces nowej misji staje się jeszcze bardziej niewiadomy i niebezpieczny. Osłonięci złotą tarczą, chroniącą wahadłowiec przed spopielającą siłą światła, zbliżają się do Słońca. Będąc niemalże u celu podróży odnajdują zaginiony statek swych poprzedników. Pojawia się dylemat – czy zejść z kursu i rozwikłać zagadkę tajemniczego zaginięcia załogi Ikarusa I, czy też nie ryzykować utraty tlenu i zapasów, i kierować się prosto do Słońca aby zrealizować ostatnią szansę ludzkości na powrót do normalnego życia. Jakkolwiek podniośle i przesadnie by to nie brzmiało – fabuła ma do tego pełne prawo. W stronę Słońca to film z gatunku science fiction. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że jest to naukowa fikcja. To nie spreparowany przez NASA film propagandowy, ani dokument Discovery opowiadający prawdziwą historię podróży do Słońca. Jest to zmyślenie, co jest zjawiskiem dość częstym w przypadku filmów fantastycznych. W związku z powyższym tylko w takich kategoriach można tę historię postrzegać. Dzięki temu staje się ona żywa i naturalna.

Historia wyprawy Ikarusa II opowiedziana została ze swoistą dbałością i precyzją. Napięcie budowane jest na serii tragicznych wyborów, jakich muszą dokonać bohaterowie, oraz na pojedynku (nie rozwinę tego wątku, nie chcąc psuć dalszej części filmu). Te dwa klasyczne wzorce prowadzenia fabuły i budowania akcji, mimo swego schematyzmu i oczywistości, pracują dla widza znakomicie. Od około trzydziestej minuty film naprawdę trzyma w napięciu, nie pozostawiając dłuższej chwili na zaczerpnięcie oddechu. Kolejny klasyczny element budujący fabułę to różnorodność charakterologiczna bohaterów. Od postaw skrajnie egoistycznych, poprzez samobójcze, aż po mesjanistyczne. Niektóre z nich wydawać się mogą prymitywne i mało wiarygodne, ale tak nie jest. Krańcowo odmienne zachowania pojawiają w decydujących dla akcji momentach, zaskakując swą drastycznością. Bohaterowie postawieni w sytuacjach ekstremalnych dokonują trudnych wyborów, które mogą dziwić, oburzać lub też wzbudzać współczucie. Wszystko to posuwa akcję naprzód w lawinowym tempie, zmieniając kierunki fabuły co kilkanaście minut.

Ciasne, zbite kadry z bardzo małą głębią ostrości intensyfikują klaustrofobiczny charakter wnętrz Ikarusa II. Są one w ten sposób skontrastowane z potęgą i siłą Słońca w przestrzeni kosmicznej. Oba te elementy, kompletnie odmienne wnętrze i zewnętrze, paradoksalnie pogłębiają wzajemnie swój charakter. Z jeden strony dużo portretów, wąskich i długich korytarzy, niewielkich pomieszczeń – z drugiej nieskończoność przestrzeni kosmicznej i masywność Słońca. Przeciwieństwa i skrajności znakomicie budują plastykę obrazu, a tym samym atmosferę opowieści. Muzyka w wykonaniu Karla Hyde’a oraz grupy Underworld (świetna współpraca z Boyle’em przy Trainspotting) pojawia się w filmie sporadycznie. Odczuwalna jest najczęściej podczas decydujących scen. W pozostałej części filmu albo nie pojawia się wcale, albo ma charakter bardzo minimalistyczny (momentami przypomina ścieżkę Clinta Mansella ze Źródła, budowaną na minimalistycznym schemacie nuty Phillipa Glassa). W tym odosobnionym środowisku i samotności spisuje się jednak znakomicie. Można powiedzieć, że paradoksalnie jest jednym z fundamentalnych elementów budujących niepokojącą atmosferę obrazu. Efekty specjalne również robią wrażenie. Wiele niedociągnięć z łatwością można było ukryć w prześwietleniach, jakie nieuchronnie tworzy siła światła słonecznego prezentowanego w sposób bezpośredni na ekranie. Jednakże twórcy poszli inną drogą. Efekty są precyzyjne, przejrzyste i idealnie komponują się z akcją. Moc światła słonecznego jest potężna, i to rzeczywiście widać. Pozostałe sceny również wykonane są z ogromną dbałością, mimo że pozornie panuje w nich ogromny chaos. Obrazy Słońca są niemalże wierną kopią fotografii prezentowanych przez NASA publicznie. To utwierdza nas w przekonaniu, że twórcy odrobili pracę domową starając się przedstawić jak najbardziej rzeczywiste wyobrażenie tego, co mogłoby się wydarzyć podczas podróży w stronę Słońca.

Danny Boyle poprowadził aktorów wręcz znakomicie. Cała załoga wypadła bardzo przekonująco i naturalnie. Przede wszystkim główny bohater Capa, w którego wcielił się irlandzki aktor Cillian Murphy, jest autentyczny i szczery. Murphy stworzył wcześniej znakomitą postać Damiena w ostatnim obrazie Kena Loacha – Wiatr buszujący w jęczmieniu. Współpracował także z Boylem w jego pierwszych, pełnometrażowych zmaganiach z SF – 28 dni później. Boyle’owi udało się ponownie osiągnąć swoistą atmosferę realizmu i naturalizmu. Poza aktorami tworzy ją po części również technologia. Nie spotkamy tutaj brzęczących i pikających maszyn komputerowych, hologramów świetlnych czy też dotykowych, przestrzennych paneli sterujących. Tło technologiczne, w jakim osadzona jest fabuła, zdaje się być dość wiarygodne, ponieważ większość z nowinek technicznych jakimi posługują się bohaterowie albo już znamy, albo są na wyciągnięcie ręki (zostawiając oczywiście kwestię statku kosmicznego zdolnego dotrzeć niemalże do jądra Słońca). Fakt ten pozwala nam osadzić historię w całkiem niedalekiej przyszłości, co dodatkowo potęguje niepokój i grozę opowieści. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ materiały prasowe mówią o akcji dziejącej się w konkretnym, 2057 roku. Jednakże w czasie projekcji nie udało mi się odnotować żadnej informacji na temat roku, w którym odbywa się misja Ikarus II. Być może to moje przeoczenie, być może nadgorliwość specjalistów od marketingu.

Nie sposób pominąć oczywistego faktu czerpania ze schematów Obcego czy 2001: Odysei Kosmicznej. Danny Boyle w jednym z wywiadów powiedział, że jest świadom nieuchronności porównań, z jakimi przyjdzie się mu zmierzyć. Niemniej jednak zapożyczanie z tych właśnie klasyków SF było czymś fundamentalnym w procesie budowania pomysłu i scenariusza. Myślę jednak, że dla miłośników gatunku (jak również po prostu dobrego filmu) miło jest zobaczyć te schematy w nowej historii i w nowym wykonaniu, po ponad 30 latach posuchy.

Tekst z archiwum Film.org.pl (13.04.2007)

Ostatnio dodane