Recenzje

W STREFIE WOJNY. Jak nie robić blockbusterów

Film Håfströma to tak naprawdę produkt filmopodobny, w którym panuje fabularny bałagan, za to brakuje wartościowych bohaterów.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

„Netflix i seriale” oraz „Netflix i filmy” to jakby dwie zupełnie osobne historie. Pierwsza z nich to prawdziwe success story, niczym kariera millenialsa w międzynarodowej korporacji – kilka mniejszych potknięć, wiele udanych projektów i pozytywne ogólne wrażenie. Z tą drugą historią jest trochę jak z reprezentacją Polski w piłce nożnej – generalnie słabo, ale raz na jakiś czas trafia się cenne zwycięstwo w niezłym stylu, a wtedy wszystkim wydaje się, że teraz wszystko zmieni się na lepsze. A potem przychodzi porażka z Azerbejdżanem na przykład. Dla filmowej odnogi Netflixa W strefie wojny to właśnie taka porażka z Azerbejdżanem.

Bo w zasadzie wiele jest tu elementów, które mogły dawać nadzieję na powodzenie tego przedsięwzięcia. Z jednej strony Mikael Håfström, szwedzki reżyser z niemałym już doświadczeniem w Hollywood, z drugiej w jednej z głównych ról Anthony Mackie, który w ostatnich latach coraz śmielej poczyna sobie na scenie aktorskiej. Dołóżmy do tego przyzwoity budżet, zdolnego młodego aktora w roli głównej (Damson Idris) i nośny temat i otrzymujemy niemal gotowy przepis na udany blockbuster. Czy aby na pewno? Z blockbusterami jest tak, że gdy nie firmuje go swoją twarzą jakaś pierwszoligowa gwiazda – a najlepiej także reżyser równie wielkiego formatu – może to świadczyć o tym, że coś z tym projektem jest nie tak. Albo nie wystarczyło budżetu na nośne nazwisko, albo scenariusz nie spodobał się żadnej z gwiazd. Wszystko wyjaśnia się już po kilkunastu minutach, gdy porucznik Harp (Idris), pilot drona skierowany do bazy wojsk naziemnych za zignorowanie rozkazu, trafia pod skrzydła kapitana Leo (Mackie) – a wtedy zaczyna się chaos. Już samo wyjaśnienie celu misji wydaje się bełkotem: jakiś rosyjski terrorysta, jakieś szczepionki, głowice nuklearne – generalnie wszystko, co kiedykolwiek słyszeliście w filmach szpiegowsko-militarnych, przewija się we W strefie wojny w ten czy inny sposób. Opisując film Håfströma, można użyć wielu przymiotników, ale „oryginalny” czy „spójny” nie są jednymi z nich.

Podszedłem do seansu W strefie wojny z otwartą głową – wiedziałem, że nie będzie to żadna rewolucja w kategorii blockbuster, ale oczekiwałem solidnego kina z dużą dawką akcji i charakternymi bohaterami. Spośród dwóch protagonistów w filmie Håfströma wyrazisty jest tylko kapitan Leo, oficer-android, który nie patyczkuje się z niedoświadczonym na polu walki Harpem i w pewien sposób wykorzystuje go do własnych celów. Damson Idris stara się jak może, ale postać irytującego idealisty/przewrażliwionego millenialsa nie daje się lubić – z jednej strony zdolny do niesubordynacji w imię własnych przekonań, z drugiej rzucający kretyńskimi frazesami wprost z kodeksu marines, Harp jest karykaturą bohatera, któremu nie sposób kibicować. Gdzieś w tle tego wszystkiego jest ideologia przez duże I – przekaz antywojenny, kwestia wykorzystania robotyki w działaniach wojennych (są tu roboty-żołnierze, zwane Gumpami – czyżby nawiązanie do Forresta?) i odpowiedzialności za straty uboczne. Wszystkie te zagadnienia zostają jednak okrutnie spłycone, strywializowane, ledwie zarysowane. Nikt tu nawet nie próbuje udawać kompleksowego podejścia do tematu współczesnych metod wojennych czy globalnych zagrożeń – niczym w filmach akcji lat 90. mamy tu ruskiego terrorystę i amerykańskich wybawicieli, którzy zawsze są gotowi ratować w świat w imię pięknych, choć pustych idei. Nawet jeśli są żołnierzami, którzy dopiero kilka godzin wcześniej chwycili w ręce karabiny i stanęli na polu walki.

W strefie wojny oglądałem późnym wieczorem, do napisania recenzji zabrałem się już rankiem następnego dnia, a mimo to musiałem solidnie wytężyć umysł, by przypomnieć sobie niektóre elementy fabuły. Film Håfströma to tak naprawdę produkt filmopodobny, w którym panuje fabularny bałagan, za to brakuje wartościowych bohaterów. Nie ma tu też głębszej refleksji nad poruszanymi tematami ani zapadających w pamięć scen. Kilka dobrze zrealizowanych sekwencji batalistycznych to dla produkcji tego typu absolutne minimum, nie zaś powód do zadowolenia. Po premierze W strefie wojny Netflix znowu jest na swojej filmowej ścieżce jak po porażce z Azerbejdżanem czy Gibraltarem. Oby szybko się po niej otrząsnęli i wkrótce ponownie odnieśli przekonujące zwycięstwo nad silnym rywalem, tym bardziej że filmowe plany Netflixa – premiera nowej produkcji co tydzień – są w tym roku wyjątkowo ambitne.

Ostatnio dodane