W stronę zachodzącego słońca

VIVA TEPEPA! Orson Welles we włoskim westernie o Meksyku

Western o rewolucji meksykańskiej, który nie zestarzał się zbyt pięknie, ale za to zabawnie

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Przez dłuższy czas pogardzany – pomijając filmy Sergio Leone – przez wielu widzów gatunek, jakim jest spaghetti western, po raz kolejny udowadnia, że niski budżet w połączeniu z klimatem końca lat 60. daje naprawdę satysfakcjonującą rozrywkę.

Tym razem przenosimy się do Meksyku (granego przez Hiszpanię) i czasów tamtejszej rewolucji z początku XX wieku. Zresztą to nie pierwszyzna w spaghetti westernach, które często poruszały tę tematykę, poczynając od mocno politycznego Gringo (1966 r.), a kończąc na świetnej i przewrotnej Garści dynamitu Sergio Leone. Przy czym w większości włoskich ujęć rewolucji meksykańskiej dominują przede wszystkim brutalność oraz czarny humor, co znajduje swoje odzwierciedlenie również w przypadku filmu Viva Tepepa!

Co prawda podtytuł filmu brzmi Krew i broń, jednak ani jednego, ani drugiego wbrew sugestii nie uświadczymy w dużych ilościach. Produkcja może jednak poszczycić się świetną obsadą, z Orsonem Wellesem na pokładzie, oraz tym, że jest to – przynajmniej w założeniu scenarzysty – epicka wręcz opowieść o miłości, zdradzie, przyjaźni i rewolucji. A zdrada czyha na każdym kroku, zwłaszcza kiedy bohaterowie spodziewają się jej najmniej.

Fabuła skupia się na rewolucjoniście o pseudonimie Tepepa, który przed egzekucją zostaje uratowany przez angielskiego lekarza. Jak się okazuje, Anglik miał niezwykły powód, aby to uczynić. Pragnie się bowiem zemścić na Tepepie z osobistych pobudek. Reżyser zabiera więc widza w podróż, gdzie bohaterowie będą musieli wybierać pomiędzy tym, co słuszne, osobistymi przekonaniami i zemstą. To ona bowiem napędza większość ich działań i stanowi niejako motyw przewodni całego filmu. Dopełnieniem tego jest iście szekspirowskie zakończenie.

Produkcja mocno się zestarzała.

Wydawać by się mogło, iż z filmu wybrzmiewa dość pesymistyczny ton, niemniej produkcja mocno się zestarzała i stanowi raczej niezobowiązującą rozrywkę aniżeli przedmiot namysłu. Wprawdzie ukazana w tym filmie prawda, iż przywódcy rewolucji po jej zwycięstwie natychmiast zapominają o „maluczkich”, którzy wynieśli ich do władzy, jest uniwersalna, jednak nawiązania do włoskiej sytuacji politycznej po II wojnie światowej są już niezrozumiałe dla współczesnego widza. A dotyczą one tego, iż włoscy komuniści, którzy pomogli zniszczyć reżim Mussoliniego, zostali pod koniec lat 40. odsunięci od udziału w rządach przez, również antyfaszystowską, chrześcijańską demokrację.

Warstwa polityczna całego dzieła pozwala zaobserwować, że rewolucja, mimo iż stoją za nią szlachetne przesłanki, nie zawsze okazuje się bez skazy. Podobnie jak główny bohater, który jest tak przekonany o słuszności swojej sprawy, że zapomina, że każda akcja prowadzi do reakcji, a dla wielu osób rewolucja wcale nie jest ważniejsza od życia pojedynczych ludzi.

Jest to niezwykle interesujący koncept, jeżeli chodzi o western. Bohater rewolucji, Tepepa, nie jest wcale do końca postacią, której chcemy kibicować i która zasługuje na to, by być traktowana jako bohater. Z jednej strony widzimy osobę, która chce pomagać ludziom i wyzwolić biedaków od ucisku, z drugiej – Tepepa jest zwykłym cwaniakiem, który opuszcza swoich ludzi w potrzebie, patrząc wyłącznie na to, czy przydadzą mu się w walce, czy nie. To osoba, która myśli wyłącznie o tym, by być postrzegana jako bohater, i usprawiedliwia w ten sposób wszystkie swoje czyny. Z tego względu racja zdaje się znajdować bardziej po stronie doktora i jego vendetty. Widać w filmie brak zdecydowania co do tego, w jaki sposób powinien być przedstawiony tytułowy bohater. Mamy bowiem do czynienia z dość poważnym dysonansem, który każe widzowi powołać się na zawieszenie niewiary, gdyż dziury fabularne w tym przypadku są zbyt duże.

Tym, co wyróżnia na plus produkcję, jest bez wątpienia atmosfera tworzona przez ciekawe ujęcia Francisco Mariniego, który skupia się na zaprezentowaniu widzowi Meksyku jako kraju jednobarwnego, szarego i ogólnie nieciekawego. Choć z drugiej strony jest to perspektywa nieco wtórna, ponieważ zbliżone przedstawienie Meksyku widać było już w innych produkcjach poświęconych tamtejszej rewolucji. W filmie widać także czerpanie pełnymi garściami ze stylu Sergio Leone. Reżyser Viva Tepepa! nie wstydzi się choćby wykorzystywać tak zwanych flashbacków, by dodać tajemniczości przedstawianej historii.

Wyjątkowa i niepowtarzalna atmosfera.

Na uwagę zasługują również występy aktorskie. Zarówno tytułowy bohater, w którego wciela się Tomas Milián (czyli Kubańczyk Tomás Quintín Rodriguez-Varona Milian Salinas De La Fé y Alvarez De La Campa), jak i wybitny aktor, jakim był Orson Welles, ewidentnie sprostali zadaniu. Reszta tak pierwszego, jak i drugiego planu niestety nie wzbudza w widzu ani krzty emocji. Dwójka głównych aktorów dwoi się i troi, jednak nie jest w stanie utrzymać na swoich barkach całej produkcji. Ciekawe jest jednak, że Milián postanowił, iż nie będzie dubbingowany, dlatego w filmie otrzymujemy z jego ust dziwną mieszankę angielskiego, hiszpańskiego i włoskiego, co dodaje całości niepowtarzalnego uroku.

Warto zaznaczyć, że bohater, w którego wciela się Orson Welles, stanowi jeden z bardziej rozpoznawalnych elementów filmu. Plotka głosi, że aktor sam reżyserował wszystkie sceny, w których brał udział. Jednak jest to niepotwierdzona informacja. Jego pułkownik jest małym tyranem z małego miasteczka, który chce zgładzić Tepepę z osobistych pobudek i obalić rewolucję. Jak się okazuje, Welles po raz kolejny udowadnia, że był stworzony do tego, by wcielać się w role czarnych charakterów.

Jeżeli chodzi o muzykę, Ennio Morricone jak zwykle nie zawodzi. Ścieżka dźwiękowa jest więc na przyzwoitym poziomie. Niemniej z czasem okazuje się wtórna, a jej powtarzalność zaczyna nużyć widza. Kompozytor moim zdaniem zbytnio przeszarżował w momentach, które wcale nie wymagały podkreślenia, co koniec końców przekłada się na efekt śmieszności.

Ta sama kwestia dotyczy scen walki. Współcześnie całkowicie nie zdają one egzaminu. Chociaż trzeba przyznać, że liczby wybuchów nie powstydziłby się sam Michael Bay. Poza rolami głównych bohaterów film nie broni się dzisiaj zbytnio i czasami budzi bardziej śmiech aniżeli zadumę. Ogląda się go jednak bardzo przyjemnie. Na pewno nie można uznać go za dzieło wybitne, jednak warto po niego sięgnąć dla czystej, niezobowiązującej rozrywki.

Ostatnio dodane