Recenzje

UWIĘZIENI. Na planie filmu grozy

O eksploatacyjnej naturze kina, czyli "Uwięzieni" Aarona Schimberga. Cudowna, miejscami surrealistyczna opowieść o empatii i kręceniu złego filmu.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

„Aktorzy i aktorki są zwykle atrakcyjniejsi od zwykłych ludzi. Dlaczego by nie? Dlaczego mielibyśmy nie podziwiać ich urody? Uroda jest ważnym atutem aktorów i aktorek. Daje im większe możliwości wyrażania się. Im są atrakcyjniejsi, tym więcej ról mogą zagrać. Atrakcyjni aktorzy i aktorki mają ogromną przewagę, bo uwielbiamy na nich patrzeć.”

Powyższy cytat z Pauline Kael, słynnej amerykańskiej krytyk filmowej, wykorzystany na początku Uwięzionych, każe nam się zastanowić, czy kino rzeczywiście zarezerwowane jest dla pięknych aktorów oraz jak duży wpływ mamy na to jako widzowie. Czy w ogóle zgadzamy się z wyżej postawioną tezą, która brzmi nieco prowokacyjnie? No bo co z tymi, o których Kael nie wspomina – gdzie w tym wszystkim miejsce dla mniej urodziwych? Czy chcemy ich oglądać? A jeśli tak, to czy przypadkiem nie dlatego, że tak bardzo odbiegają wyglądem od przyjętego ideału piękna? Skoro lubimy patrzeć na ładnych ludzi, bo są ładni, to czy tego samego nie powiemy o brzydocie? Trudno nie odnieść wrażenia, że te pytania o estetykę zahaczają o kwestie moralne – warto zastanowić się nad naszym zainteresowaniem tym, co nienaturalne, być może nawet odpychające. Dużo tu znaków zapytania – na szczęście film Aarona Schimberga w sposób bynajmniej nie dydaktyczny, za to niezwykle przewrotny dotyka tematu piękna i brzydoty w kinie oraz tego, jak zostaliśmy przez filmy „nauczeni” reagować na odejścia od przyjętych wzorców.

Głośny niemiecki reżyser kręci swój anglojęzyczny debiut, horror o szalonym naukowcu eksperymentującym na zniekształconych podopiecznych. Z ekranu aż wylewa się eurotrashowa jakość i eksploatacyjna wrażliwość, a raczej jej brak.

Fabuła obraca się wokół realizacji filmu, który od początku sprawia wrażenie pretensjonalnego gniota. Głośny niemiecki reżyser (gra go Charlie Korsmo, czyli syn Robina Williamsa z Hooka) kręci swój anglojęzyczny debiut, horror o szalonym naukowcu eksperymentującym na zniekształconych podopiecznych. Z ekranu aż wylewa się eurotrashowa jakość i eksploatacyjna wrażliwość, a raczej jej brak – wysmakowane plastycznie dziadostwo, gdzie straszy się autentycznymi deformacjami, w środku tego cyrku umieszczając niewidomą piękność. Grają amerykańscy aktorzy, zachęceni nazwiskiem reżysera. Zdjęcia kręcone są w prawdziwym szpitalu, w role pacjentów zaś wcielają się ludzie naprawdę upośledzeni fizycznie, wśród nich karły i olbrzym, siostry syjamskie, osoba o dwóch twarzach – z jednej strony ma męskie, z drugiej kobiece oblicze. Jednym z bohaterów jest Rosenthal, mężczyzna z poważnie zniekształconą głową, który partneruje grającej główną rolę Mabel (Jess Weixler, ta sama, która w Zębach odkryła, że posiada vaginę dentatę), z początku wystraszonej samym spotkaniem, ale szybko zaczynającej doceniać towarzystwo Rosenthala. Atmosfera na planie jest spokojna, a miejscami wręcz surrealistyczna. Wkrótce filmowa tkanka zaczyna przenikać rzeczywistość.

Rosenthala gra Adam Pearson, którego widzowie mogą pamiętać z Pod skórą, dramatu science fiction Jonathana Glazera. Nienaturalny wygląd aktora cierpiącego na nerwiakowłókniakowatość mocno kontrastował tam z fizyczną doskonałością Scarlett Johansson, której kosmiczny chłód, obcość i nawyk zabijania nieznajomych mężczyzn sprawiły jednak, że jego bohater stał się nam zaskakująco bliski. Również w Uwięzionych nie bez powodu łączy się postać Pearsona z piękną kobietą, ale Schimberg jest tu mniej manipulacyjny od Glazera, nie czyniąc z Rosenthala ofiary. Co więcej, o eksploatacyjnej naturze kina reżyser opowiada bez jakichkolwiek prób szokowania widzów (co nie znaczy, że i bez prowokacji), za to co rusz stawiając nas pod ścianą naszych oczekiwań. Jego film trudno zakwalifikować do konkretnego gatunku, gdyż również i na tym polu igra z ekranowymi konwencjami.

Nie bez powodu jesteśmy na planie filmu grozy, w którym reżysera interesuje wyłącznie efekt szoku; mamy nawet typowo horrorowe ujęcie, kiedy Rosenthal wychodzi z cienia, aby wystraszyć publiczność. Moment ten jest jednak wyjątkowo śmieszny, gdyż bohater Pearsona nie reaguje tak, jak chciałby tego Herr Director, a później zadaje mu pytania o sens kręconej sceny. Niemiec argumentuje ją płaską metaforą i wzmianką o Orsonie Wellesie w Muppetach, tak jakby nie chciał urazić aktora stwierdzeniem, że skoro ten wygląda jak potwór, to i w realizowanym filmie musi być potworem.

Ostatnio dodane