Recenzje

UPALNE ŚWIĘTA, czyli pod słońcem Zambii

Historia nie grzeszy oryginalnością, pod koniec ugina się pod ciężarem lukru i oklepanych schematów, ale jednocześnie ma w sobie sporo uroku. Dzięki temu filmowi na półtorej godziny możecie przenieść się do innego świata – słonecznej Zambii.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

W tym roku przygotowania do świąt sponsoruje… Netflix. Słynna platforma zaplanowała publikację całego mnóstwa filmów traktujących o Bożym Narodzeniu. Jeśli lubicie wprawiać się w gwiazdkowy klimat przed telewizorem, będziecie mieć wielki wybór tytułów. Wzorem większości sklepów zaczynamy już na początku listopada. Na Netfliksie możecie już obejrzeć Upalne święta z udziałem Roba Lowe’a oraz znanej z Seksu w wielkim mieście Kristin Davis.

Nawet jeśli na wszelkie oznaki Gwiazdki w środku jesieni reagujecie alergicznie, nie musicie od razu skreślać tego tytułu. Upalne święta z Bożym Narodzeniem wspólnego mają niewiele, poza tym niemal cały film rozgrywa się w Afryce – nie uświadczycie tam śniegu i lampek choinkowych. Tak naprawdę uważam, że najlepiej wziąć się za oglądanie właśnie teraz, gdy za oknem jest szaro, buro i deszczowo. Dzięki temu seansowi możecie chociaż na półtorej godziny przenieść się do zupełnie innego świata, mianowicie słonecznej Zambii.

Upalne święta Netflix

Zwierzęta i krajobrazy, które możemy oglądać na ekranie, to prawdopodobnie największa zaleta filmu. Te kadry po prostu rozczulają. W dodatku uwrażliwiają na trudną sytuację słoni afrykańskich, które wciąż zabijane są przez kłusowników dla swoich kłów. Nikt z twórców nie aspirował tą produkcją do wyższego celu – to miała być stuprocentowa rozrywka, film, po obejrzeniu którego robi nam się cieplutko na sercu, a problemy choćby przez chwilę wydają się mniejsze. Duża w tym zasługa Kristin Davis. Aktorka gra tu tak samo jak w popularnym Seksie w wielkim mieście – można by śmiało powiedzieć, że Upalne święta pokazują, jak mogłoby potoczyć się życie Charlotte 15 lat po ostatnim odcinku serialu (Kate też mieszka w Nowym Jorku i też po ślubie zrezygnowała z pracy, zajmując się głównie wychowywaniem dziecka oraz… lunchami z przyjaciółkami). Dla niektórych może być to minus, dla mnie absolutnie nie. Muszę przyznać, że stęskniłem się za Davis i bardzo miło było zobaczyć ją znowu na ekranie – Amerykanka prawie wcale się nie zmieniła. Nie oszukujmy się, ona nie miała tą rolą zdobywać Oscarów, a jedynie sprawić, aby widz z uśmiechem oglądał jej poczynania. Wyobraźcie sobie Charlotte, która po rozwodzie wyjeżdża na wakacje do Afryki i zostaje tam, by opiekować się słoniami – już się uśmiechnęliście? No właśnie.

A jeśli już zdradziłem co nieco z fabuły… Rzecz opowiada o nowojorczance ze wspaniałym mieszkaniem, prawdopodobnie na Piątej Alei, która w dniu wyjazdu swojego jedynego syna na studia dowiaduje się, że mąż już jej nie kocha i chce się rozwieść. Kate już wcześniej miała zaplanowany romantyczny wyjazd niespodziankę do Afryki i decyduje się jechać sama. Tam dzięki bezpośredniemu (i przystojnemu – a jakże!) pilotowi zgłasza się do pomocy w ośrodku dla słoni-sierot, których matki zostały zabite. A jako że przed zamążpójściem kobieta pracowała jako weterynarz, zostaje przyjęta z otwartymi ramionami. Zamiast luksusowego safari Kate dostaje namiot (również dość luksusowy, dodajmy) i możliwość zrobienia czegoś dobrego. I dla słoni, i dla samej siebie.

Upalne święta Netflix

W filmie tak naprawdę niewiele się dzieje. Nawet wątkowi romansowemu brakuje ognia.

Takich historii mieliśmy już na pęczki, w wielu przypadkach były też one znacznie lepiej wykonane. Skojarzenia choćby z Pod słońcem Toskanii nasuwają się same. Ten ciepły film z Diane Lane oglądam regularnie, gdy tylko złapie mnie zły humor. Czy z Upalnymi świętami będzie podobnie? Prawdopodobnie nie. W ciągu ostatnich 30 minut seansu przytłoczył mnie nadmiar lukru i schematycznych, kiczowatych rozwiązań fabularnych. Poza tym ten film nie wciąga, tak naprawdę niewiele się w nim dzieje, nawet wątkowi romansowemu brakuje ognia – choć wyczuwa się chemię między Davis i wcielającym się w pilota Robem Lowe’em.

To mogła być lepsza produkcja, ale i tak nie jest źle. Oczekiwań nie miałem żadnych, spodziewałem się świątecznej opowiastki bardzo niskich lotów, a dostałem naprawdę sympatyczne kino, które do pewnego momentu ogląda się całkiem przyjemnie. Dwugodzinny seans zapewne mocno by mnie wynudził, ale Upalne święta trwają zaledwie około 80 minut, czyli w sam raz. Film włączyłem w najbardziej ponury dzień tej jesieni, w dodatku w poniedziałek, wciąż odczuwając skutki przemoknięcia do suchej nitki kilka godzin wcześniej. I wiecie co? Mimo że scenariusz powiela wszystkie najbardziej typowe motywy i nikt z twórców nawet nie pomyślał, aby pokusić się o oryginalność, tamtego wieczoru aż tak mi to nie przeszkadzało. Upalne święta być może są głupie, ale jednocześnie bardzo urocze. Czegoś takiego potrzebowałem. Nie zaryzykuję wiele stwierdzeniem, że ten tytuł na leniwy, pochmurny dzień będzie jak znalazł!

Ostatnio dodane