Recenzje

UPADEK GRACE. Źle i jeszcze gorzej

Autor: Agnieszka Stasiowska
opublikowano

Za kratki trafia kobieta (tytułowa Grace – Crystal R. Fox). Podejrzana o zamordowanie młodszego małżonka, przyznaje się do winy, gotowa przyjąć słuszną karę. W charakterze obrońcy z urzędu zostaje jej przydzielona młoda prawniczka (w tej roli Bresha Webb), której jedynym zadaniem jest doprowadzić do szybkiej ugody i zamknięcia sprawy. Po kilku spotkaniach z oskarżoną młoda przedstawicielka prawa dochodzi jednak do wniosku, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż się na początku wydawało, i zaczyna, pewna swoich sił i ufna w aparat sprawiedliwości, walczyć o swoją klientkę…

Brzmi znajomo? Oczywiście. Ta historia pojawiła się na ekranie już tyle razy, że wydaje się, że niczym nie może zaskoczyć widza. Ja jednak zawsze z ciekawością zasiadam do takich produkcji, chcąc się przekonać, co z tak ogranej intrygi może wyciągnąć ekipa, która po raz kolejny wywleka ten temat.

Za scenariusz i reżyserię odpowiada Tyler Perry, który od lat otrzymuje za swoje dokonania nominacje do Złotej Maliny.

W przypadku Upadku Grace odpowiedź jest prosta i szybka – nic. Jedna z najnowszych produkcji Netflixa to film zwyczajnie zły. Za scenariusz i reżyserię odpowiada Tyler Perry, który konsekwentnie od roku 2013 otrzymuje za swoje dokonania nominacje do Złotej Maliny (w tym w roku 2014 za reżyserię dwóch filmów – A Madea Christmas oraz Zakazane pragnienia). Przy czym Upadek Grace nie jest zły w sensie takim, że niedługo może stać się kultowym, nie. To film zły standardowo – z fatalnym, sztucznym, telewizyjnie dramatycznym aktorstwem, z nudnym, pełnym nielogiczności i w zamierzeniu efektownych, a w rezultacie tandetnych scen, z drętwą, amatorską reżyserią. To film, o którym po seansie chce się jak najszybciej zapomnieć – i zwykle, na szczęście, bardzo szybko się to udaje.

Scenariusz traktuje widza jak półidiotę, który nigdy w życiu nie widział porządnego kryminału czy dramatu sądowego i nie ma bladego pojęcia o podstawowych procedurach. Przypadek pierwszy z brzegu – tuż przed wygłoszeniem mowy końcowej Jasmine Bryant, prawniczka tytułowej Grace, upiera się, aby wezwać świadka. Sędzia upomina ją, że to niemożliwe, o czym powinna wiedzieć. Kobieta próbuje bezowocnie postawić na swoim, co kończy się dla niej aresztem. Z celi wyjść może… jeśli przeprosi sędziego. Po prostu. Jedno małe „przepraszam”, a tak wiele znaczy. Uważam, że powinni rozszerzyć katalog drobnych przewin, w których rzucenie jednego słówka przez ramię załatwia sprawę. Perry w swoim scenariuszu sadzi bzdurę na bzdurze, zwłoki znikają, ale nikt ich nie szuka, młody policjant daje się obić staruszce i tak dalej, i tak dalej przez bite dwie godziny seansu.

W roli głównej obsadzono Breshę Webb, wyjątkowo wnikliwym widzom znaną być może z epizodycznych ról w serialach medycznych. Gdyby chcieć powiedzieć cokolwiek pozytywnego o jej grze, można oszczędnie stwierdzić, że się stara. Nie zmienia to faktu, że jej występ poziomem celuje raczej w szkolne przedstawienia niż w blask wielkiego ekranu. Partneruje jej z widoczną niechęcią Crystal Fox w roli Grace. Pani Fox ostatnio pojawiła się na moment w Wielkich kłamstewkach i biorąc pod uwagę jej zaangażowanie w pracę na planie, przeczuwam, że na tym świetlanym epizodzie jej kariera się skończy. Gwiazdą imprezy niewątpliwie miała być Phylicia Rashad w roli demonicznej w założeniu sąsiadki Grace, Sarah Miller. Znana główne z popularnego lata temu sitcomu The Bill Cosby Show, w Upadku Grace prezentuje ten sam zestaw gestów i min, do których przywykła – nie zawsze dopasowanych zresztą do tego, co w danej scenie przewiduje scenariusz.

Nie wiem, czy wypada pastwić się dalej nad produkcją, która zabrała mi dwie godziny życia. Wspomnę jeszcze może o tylko ciekawej i wybitnie irytującej dla przeciętnego widza manierze scenarzysty (zapamiętajcie to nazwisko – Tyler Perry!), czyli o powtarzaniu niektórych fraz w jednej scenie po kilka razy tak, aby do widza na pewno dotarło, co się dzieje. To praktyka znana z takich dzieł małego ekranu jak Moda na sukces, w której przez cały dwudziestopięciominutowy odcinek pół obsady komentuje fakt, że ktoś musi z kimś porozmawiać, ale na tę jakże ważką konwersację trzeba poczekać do następnego odcinka. Innymi słowy, rozrywka dla koneserów.

Jeśli do nich nie należycie, czujcie się ostrzeżeni. Upadek Grace może przyprawić każdego co najmniej o ból głowy i poczucie żalu za straconymi chwilami, a kto wie, do jakich nieszczęść może dojść w przypadku osób zbyt wrażliwych. Ja nie bardzo wiedziałam, na co się piszę, przeżyłam, ale z trudem. Oglądajcie zatem, jeśli chcecie – na własną odpowiedzialność.

Ostatnio dodane