Recenzje

UPADEK. Różne rodzaje destrukcji

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Upadek to film o różnych rodzajach destrukcji. O postępującym zepsuciu – zarówno tym ideowym, jak i tym mającym swe ujście w nieustannej, wyniszczającej wojnie. Wojnie pełnej barbarzyństwa i przemocy. Tytułowy upadek jest więc nie tyle upadkiem Berlina, czy upadkiem całej Trzeciej Rzeszy, co raczej klęską myśli i koncepcji, w które miliony Niemców ślepo wierzyło. W trakcie kilku ostatnich tygodni wojny w gruzach legło coś więcej niż tylko zabudowania hitlerowskiej stolicy. W gruzy obróciła się budowana przez lata filozofia życia oddanych Führerowi obywateli. Pojawia się więc pytanie: „Czy piękne i emocjonalne ukazanie upadku idei – myśli, którą żyły miliony, a która była jednocześnie myślą barbarzyńską – jest w obliczu ogromu ofiar wojny w ogóle uprawnione?”. I wokół tego problemu, a nie wokół „rozgrzeszania nazizmu”, powinna toczyć się wszelka społeczna dyskusja. Wszak w niemieckiej superprodukcji nikt nikogo nie próbuje „wybielać”. Wśród całego publicystycznego szumu należy jednak pamiętać o kwestii, która jako jedyna pozostaje w dyskusji o Upadku absolutnie bezsporna. Że filmowa historia ostatecznej klęski III Rzeszy jest – niezależnie od kontekstu i wymowy ideologicznej – kawałkiem naprawdę świetnego i dojrzałego kina.

Cały tragizm nazizmu kryje się najpierw w umyśle kata, a potem dopiero w komorze gazowej.

Warto więc wyłowić źródła kontrowersji w filmie, który świadomie oglądany, ucieka przecież od zajmowania konkretnych stanowisk. Czego nie może więc darować twórcom Upadku starsze pokolenie widzów? Co budzi żarliwy sprzeciw żyjących ofiar wojny? I w którym miejscu objawiają się – wreszcie – specyficzne doświadczenia autora filmu – reżysera, który cały swój warsztat zbudował przy okazji kręcenia niemieckich produkcji telewizyjnych? Oliver Hirschbiegel miał więc już – tworząc Upadek – zadziwiającą łatwość manipulacji emocjami swej widowni. Umiejętności te wykorzystał reżyser do takiego nakreślenia wizerunku Hitlera i jego współpracowników, że po raz pierwszy od 1945 roku, mamy szansę spojrzeć na ich nie jako na „maszyny do zabijania”, ale jako na „maszyny do zabijania posiadające świadomość „. Obserwujemy więc w Upadku sieć wzajemnych zależności, motywy działań i korzenie ideologicznej pułapki w jaką wpadły hitlerowskie Niemcy. Cały tragizm nazizmu kryje się bowiem najpierw w umyśle kata, a potem dopiero w komorze gazowej. Upadek dokonuje analizy tego fenomenu zła. Żeby jednak uczynić to poprawnie, trzeba śmiało wejść pod płaszczyk hitlerowskich mitów. Nie rozgrzeszać zbrodni, a dogłębnie ją zbadać. A także spróbować przedstawić jej naczelnego sprawcę – Adolfa Hitlera z nieco innej perspektywy.

Kwestia pierwsza – dla niektórych rzecz wręcz niesłychana – Adolf Hitler był człowiekiem. Nie bogiem – jak oceniał go w czasie wojny naród niemiecki; nie antychrystem – jak oceniła go później historia. Adolf Hitler bynajmniej nie unosił się, niczym niematerialny powiew zła, nad swym wiernym ludem. Führer naprawdę ISTNIAŁ – wręczał medale, ściskał dłonie nazistowskich bohaterów i chodził do toalety. I Hitler, po blisko sześćdziesięciu latach, na naszych oczach przestaje być mitem. Przestaje być postacią papierową. Po raz pierwszy ktoś stara się wniknąć w „psychofizyczne” oblicze dyktatora – nawet „czyste zło” musi być wszakże czymś warunkowane. Czyż nigdy nie narzucało się światu pytanie o to, co właściwie kierowało największym mordercą w historii ludzkości? Swoją wersję odpowiedzi przedstawia właśnie Hirschbiegel, szkicując Hitlera nie jako „papierową ikonę zła”, a jako „ikonę zła z krwi i kości”. Hitler nabiera więc w Upadku cech ludzkich. Nie oznacza to jednak w żadnej mierze „ułaskawienia”. Oznacza zaś próbę analizy. A po ponad pół wieku na taką analizę powinniśmy być już chyba doskonale przygotowani.

Mamy więc w Upadku doskonałą kreację Führera – Bruno Ganza. Aktor znany z filmów Wendersa i Herzoga umiejętnie posługuje się drobnymi, acz zauważalnymi gestami. Jego Hitler to Hitler – neurotyk. Wódz zgarbiony, z drżącą dłonią i nerwowym skurczem jednej ręki. Bohater Ganza potrafi być spokojny i wyważony, a nawet wzbudzać zaufanie. Pierwsza scena Upadku, sekwencja przyjmowania do pracy nowej sekretarki Traudl Junge, każe się jednak zastanowić, czy wizja ta nie jest nawet w jakiś sposób nieodpowiednia. Otóż Adolf Hitler dobrodusznie wybacza Junge wszelkie stenopisarskie pomyłki, uspokajając przy tym dziewczynę, że nie ma się czego bać, wodzowski pies – maskotka III Rzeszy – nie gryzie wszak dobrych ludzi. Następnie Führer głaszcze zwierzę i – przymykając oko na niedoskonałości Junge – przyjmuje nową sekretarkę do pracy. Takiemu Hitlerowi, Hitlerowi schorowanemu, spokojnemu i dobrodusznemu – jakkolwiek by to nie brzmiało – ustąpilibyśmy miejsca w tramwaju. Prowokacja? Manipulacja? A może zwyczajne oszustwo?

To jednak nie jedyne oblicze wodza. Adolf Hitler ma oczywiście w filmie Hirschbiegla także swą tradycyjną twarz – twarz szaleńca i frustrata. Nie gubi on również – na szczęście dla reżysera – swego charakterystycznego grymasu i desperackiego, nieludzkiego krzyku. Bruno Ganz zachowuje jednak odpowiednią równowagę pomiędzy spokojem, a szaleństwem. Z mimiki aktora ciężko przewidzieć, jak tym razem zareaguje Führer na kolejne złe wieści z frontu. Ganz nie dość, że wytwarza w ten sposób swoiste napięcie na widowni, to jeszcze kapitalnie szkicuje poprzez swoją kreację domniemaną chorobę psychiczną wodza III Rzeszy. Führer cały czas jest więc tym samym człowiekiem, który eksterminował żydów, wysyłał armie żołnierzy na pewną śmierć i wyznawał koncepcję bezwzględnej selekcji naturalnej, rozumianej opacznie przez natychmiastową likwidację słabszego. Oczywiście, kontekst ten dosłownie w Upadku nie występuje, warto jednak zdać sobie sprawę, że nie jest to film o podbojach hitlerowskich Niemiec, a historia ostatnich kilkudziesięciu dni ich istnienia.

Ostatnio dodane