Recenzje

THE TITAN. Netflixowy “Prometeusz” klasy B

Dawno nie widziałem niczego, co odnosiłoby się do inteligencji widza z taką pogardą, jaką prezentuje "The Titan".

Autor: Damian Halik
opublikowano

Na widok Sama Worthingtona w obsadzie i po zapoznaniu się z opisem fabuły The Titan pół żartem, pół serio stwierdziłem, że szykuje nam się niskobudżetowy prequel Avatara. Wiecie – życie na Ziemi powoli wymiera, potrzeba kogoś, kto znajdzie nowe miejsce, do którego będzie można się przeprowadzić lub chociaż pozyskać zeń najpotrzebniejsze zasoby. Tak, jak samo stwierdzenie było połowicznie żartem, tak i połowicznie się sprawdziło – The Titan akurat z Avatarem wspólnego zbyt wiele nie ma, ale bezczelnych zapożyczeń z innych filmów science fiction jest tu od groma.

Zanim przejdziecie dalej, muszę was ostrzec – choć nie wykraczam poza to, co wywnioskować możecie ze zwiastuna, opisu fabuły czy nawet plakatu, dalsza część recenzji zdradza mniejsze lub większe szczegóły fabularne. Robiłem, co mogłem, by tego uniknąć, ale… no nie da się. Po prostu się nie da. The Titan oparto na tylu zgranych motywach i wszechobecnych schematach, że twórcom nie chciało się nawet porządnie tych podpatrzonych u innych elementów wymieszać. Efekt jest taki, że w gruncie rzeczy samo obejrzenie trailera wystarczy, by punkt po punkcie wymienić wydarzenia, do jakich dojdzie w trakcie trwającego nieco ponad półtorej godziny filmu, i stwierdzić, że nie nie warto tego czasu marnować.

Mamy rok 2048. Ziemia jest przeludniona, zasoby naturalne są na wyczerpaniu, a ludzie walczą ze sobą, bo przecież globalna sytuacja kryzysowa to idealny moment, by wypowiedzieć komuś wojnę. Los Angeles nie nadaje się do życia, jak zresztą coraz większa część naszej planety. Co więc trzeba zrobić? No oczywiście, że rozpocząć pracę nad projektem The Titan, którego celem jest przyspieszeniem ewolucji i wytworzeniem nowego człekokształtnego gatunku – Homo Titanis. Pal licho, że zgodnie z rzeczywistymi planami NASA w ciągu najbliższych piętnastu lat ma się rozpocząć kolonizacja Marsa – lepiej poczekać kolejne piętnaście, po upływie których w ekspresowym tempie doprowadzić do mutacji grupę zasłużonych wojskowych i naukowców, a następnie wysłać ich na Tytana – największy księżyc Saturna, który posiada atmosferę (niezdatną do życia) i jeziora (wypełnione metanem zamiast wodą).

Tego typu absurdów znajdziemy w The Titan naprawdę wiele. Cieszy jedynie fakt, że w obliczu kryzysu międzynarodowe organizacje nie tylko przestały marnować publiczne pieniądze, ale i postanowiły nakłonić Land Rovera do rezygnacji z dość krzykliwego designu, który obecny jest w ich najnowszych modelach, zamiast tego sięgając po zasłużone (i nieprodukowane od zeszłego roku) Land Rovery Discovery IV generacji oraz nieodzowny element amerykańskiej armii od XX do XXIII wieku – Hummery (koniec produkcji w 2010). A, no tak. Zapomniałbym – akcja filmu The Titan toczy się gdzieś na Oceanie Atlantyckim, na rajskiej wyspie będącej tajną jednostką badawczą NATO. Na szczęście żona Ricka Janssena (Sam Worthington) – jednego z wytypowanych do udziału w programie żołnierzy – jest wybitnym pediatrą (lekarz specjalizujący się w chorobach dziecięcych, gdyby ktoś się zastanawiał), dzięki czemu w mig udało jej się rozpracować plan szalonego geniusza i eksperta od genetyki – profesora Martina Collingwooda (Tom Wilkinson).

Nabijam się trochę, ale akurat grana przez Taylor Schilling (Szczęściara, Orange is the New Black) Abigail Janssen jest jedyną postacią, którą udało się twórcom The Titan ukazać wielowymiarowo. Cała reszta – choć nie grają źle – jest napisana w taki sposób, że scenariusz tego filmu spokojnie mogliby wystawić uczniowie szkoły podstawowej (zarówno aktorsko, jak i w formie teatrzyku kukiełkowego).

Największe uznanie wzbudza we mnie fakt, że scenarzyści The Titan mieli jaja, by bez pardonu zerżnąć pomysł z przynajmniej kilku (jeśli nie kilkunastu) wcale nie niszowych tytułów.

Gdybym ocenę The Titan uzależnił od liczby zakrzyknięć “Cooo?”, wypowiedzianych przeze mnie w momentach największego zażenowania, zabrakłoby mi dziesięciostopniowej skali. Jeśli jednak mam ocenić ten film już na poważnie, chyba największe uznanie wzbudza we mnie fakt, że pisarz Arash Amel i scenarzysta Max Hurwitz (cóż za upadek po udanym Manhunt: Unabomber) mieli jaja, by bez pardonu zerżnąć pomysł z Wyspy doktora Moreau H.G. Wellsa, ukształtować rozwój wydarzeń na podobieństwo Muchy Cronenberga, następnie dorzucić coś na czasie, jak człowiek amfibia z Kształtu wody, a w ostatecznym rozrachunku przedstawić to niemal jako prequel historii Scottowskiego Prometeusza, który – o ile nie został wyposażony w napitek pozwalający mu się “rozpuścić” i dać początek życiu na nowej planecie – wysyłany jest w kosmos na wycieczkę z biletem w jedną stronę. Historia ukazana w The Titan to po prostu genialny plan antyratunkowy, którego poziom absurdu przebija Obcego Alberta Camusa, a wynikające z niego szanse na ratunek dla wymierającej ludzkości z pewnością wywołałyby podobny do uśmiechu grymas na twarzy Arthura Schopenhauera.

Dawno nie widziałem niczego, co z taką pogardą odnosiłoby się do inteligencji widza.

A, jeszcze ciekawostka – na Netflixie The Titan przypisano do kategorii “Intelektualne”. Żart został dopełniony, kurtyna opadła, widownia nie ma pojęcia, co właściwie stało się na jej oczach.

Ostatnio dodane