Recenzje

THE MACHINE GIRL. Nieskrępowana rozrywka przy hektolitrach sztucznej krwi

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Jeszcze nie minęły echa Grindhouse Rodrigueza i Tarantino, a już na horyzoncie zaczęły się pojawiać nowe, podobne produkcje. Sukces Death Proof oraz Planet Terror spowodował, tak jak przeszło dekadę temu Martwica Mózgu i Martwe Zło II, wzrost zainteresowania kinomanów kiczowatymi filmami akcji… Jedną z takich produkcji jest Kataude mashin gâru, lepiej znaną jako Machine Girl. Latem 2008 roku trailer tej produkcji podbił serca użytkowników serwisu YouTube – obejrzało go 1,8 miliona osób*, co jest wynikiem porównywalnym do letnich blockbusterów. Większość użytkowników YouTube nie podejrzewało zapewne, że nie jest to żaden „fake trailer” tylko zapowiedź prawdziwej produkcji.

Ami to zwyczajna, pokojowo nastawiona japońska licealistka. No, nie do końca taka zwyczajna – jej rodzice z powodu oskarżenia o zabójstwo popełnili samobójstwo i Ami sama musi opiekować się młodszym bratem. Wszystko zmienia się, gdy jej brat i jego kolega zostają zabici przez członków rodziny ninjów Yakuza. Podążając tropem zbrodni odkrywa, że stoi za nią potomek słynnego rodu Hanzo Hattori. Podczas konfrontacji ze zbrodniarzami zostaje silnie okaleczona i cudem ucieka z pola bitwy. Postanawia porzucić pacyfistyczne ideały i poprzysięga srogą zemstę. Trafia do mieszkania rodziców Takeshiego – chłopaka zabitego wraz z jej bratem. Okazuje się, że jego ojciec jest świetnym mechanikiem, który jest w stanie wstawić w miejsce odciętej ręki Ami… karabin maszynowy. Ponadto, jego matka jest świetnie wyszkolona w sztukach walki i dołącza się do zemsty szykowanej przez nastolatkę. Dalsza fabuła opiera się na bezkompromisowej eksterminacji zastępów wrogich ninja.

Nawet bez świadomości, że film ten był finansowany przed producentów amerykańskich i swą premierę (direct-to-video oczywiście) miał w USA 2 miesiące wcześniej niż w Japonii, wyraźnie widać, że jest adresowany głównie do widzów zachodnich. Mamy całą gamę rzeczy, które przeciętny Amerykanin kojarzy z Japonią – shurikeny, sushi, katany, ninja, Yakuza. Z drugiej strony obecne są też wpływy zachodnie – minigun podczepiony w miejsce ręki to ewidentne nawiązanie do Planet Terror, natomiast nazwanie rodziny Yakuza Hattori Hanzo jest równie subtelnym nawiązaniem do Kill Billa. Dzięki temu powstała mieszanka, która jest na tyle japońska, by obejrzał ją przeciętny widz z kraju kwitnącej wiśni, a jednocześnie nie odstrasza dziwactwami widzów europejskich i amerykańskich.

Aktorzy nie musieli się zbytnio w Machine Girl wysilać. Główna bohaterka, podobnie jak większość aktorów i aktorek występujących w tym filmie, jest debiutantką. Najbardziej zaskakującą rolę ma jednak Asami – ta dwudziestodwuletnia aktorka japońskich filmów dla dorosłych, gra Miki – matkę nastoletniego Takeshiego!

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to nie różni się ona zbytnio od standardów tego typu produkcji. Większość ekipy to debiutanci lub osoby o niewielkim doświadczeniu filmowym, co oczywiście widać. Sztuczna i niezbyt realistyczna krew leje się gęsto pomiędzy nieporadnie animowanymi narzędziami zagłady, nijakimi dekoracjami i kostiumami żywcem przeniesionymi z ruskiego targu. Szczególnie absurdalny i śmieszny jest fakt, że wyraźnie widać schowaną pod bluzką prawdziwą rękę głównej bohaterki. Jest ona po prostu z jednej strony tułowia wyraźnie szersza niż z drugiej! Jeśli już jesteśmy przy narzędziach zagłady, to ich wachlarz jest naprawdę szeroki. Poza tak „standardowym” wyposażeniem jak karabiny, piły mechaniczne, katany i shurikeny, mamy również wynalazki na miarę latającego urywacza głów – poetycko nazwanego „latającą gilotyną”, czy (uwaga!) – mojego faworyta: „drill bra” – czyli najprościej mówiąc mechanicznego biustonosza z wiertłami.

Film zdecydowanie nie prezentuje sobą żadnych głębszych wartości. Fanom kina zaangażowanego i osobom, których po prostu drażnią płytkie filmy akcji, zdecydowanie się ta pozycja nie spodoba. Jednak fani wczesnych filmów Raimiego i Jacksona, czy Planet Terror Rodrigueza zdecydowanie mogą, a nawet powinni ten film obejrzeć. Zapewni on im półtorej godziny nieskrępowanej rozrywki przy hektolitrach sztucznej krwi i latających kończynach.

* Dla porównania trailer Indiana Jones 4 obejrzało 1,3 mln osób, a Mrocznego Rycerza 2,25 mln.

Autorem tekstu jest Jakub Mejer. Tekst z archiwum film.org.pl (28.12.2008).

Ostatnio dodane