Recenzje

THE FOREST OF LOVE. Japoński odlot Netfliksa

Choć obłąkańcza wizja japońskiego reżysera poprzetykana jest fascynującymi momentami, jako całość częściej męczy, niż intryguje.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

The Forest of Love

Odpalając film sygnowany przez Netfliksa, spodziewamy się raczej w miarę poprawnych formalnie, gładkich produkcji, czując się raczej wolnymi od niebezpieczeństw seansu „odlotowego” czy też w szerokim pojęciu eksperymentalnego. Od umownej normy platformy streamingowej oczywiście zdarzają się wyjątki. To dlatego, że w ramach swojej strategii artystycznej Netflix często decyduje się na powierzenie realizacji projektów filmowych twórcom posiadającym wyrazistą tożsamość estetyczną. Tak było z Romą Alfonso Cuarona, tak jest też w przypadku The Forest of Love, sygnowanego przez zupełnie inną osobowość reżyserską – Siona Sono. Inspirowany  prawdziwymi zbrodniami japoński film to rozgrywająca się w latach 80. XX wieku nieszablonowa wariacja na temat kryminału, z elementami groteski i kina eksploatacji.

Fabuła The Forest of Love obraca się wokół grupy bohaterów, którzy wplątują się w ciąg zdarzeń przypominający gwałtowny koszmar senny. Iskrą inicjującą intrygę jest spotkanie trzech młodych chłopaków – aspirujących filmowców-amatorów, Jaya i Fukamiego, oraz samotnie grającego na ulicach Tokio Shina. Ci pierwsi, chcąc wprowadzić nowego kolegę w świat erotycznych doznań, prowadzą go do rozwiązłej Taeko. Ta z kolei przedstawia całą trójkę swojej dawnej szkolnej koleżance Mitsuko, by bohaterowie pomogli jej „wydostać się ze skorupy”, w której zamknęła się po dramatycznych wydarzeniach sprzed kilku lat. Ostatnią z kluczowych postaci filmu Sono jest pan Murata, charyzmatyczny manipulant kontaktujący się z Mitsuko, w przeszłości związany z Taeko.

Początkowo bohaterowie poinformowani przez Taeko o niecnych postępkach Muraty postanawiają nakręcić o nim film, będący formą zdemaskowania jego intryg i ostrzeżenia potencjalnych ofiar z Mitsuko na czele. Sprawa jednak szybko się komplikuje, a relacje między poszczególnymi postaciami okazują się nie być tak jednoznaczne, jak zdawało się na początku. Ulegając czarowi i perswazji pana Muraty, grupa z Jayem i Shinem na czele wikła się w prawdziwe szaleństwo, pełne przemocy, perwersji i niebezpieczeństw. W tle tego wszystkiego postrach sieje seryjny morderca, strzelający do młodych dziewczyn ze skradzionego policji pistoletu. Sprawa wydaje się w oczywisty sposób powiązana z głównymi bohaterami, jednak szybko okazuje się nie być wcale najmroczniejszym, z czym przyjdzie im się zmierzyć.

The Forest of Love to najnowsza propozycja Siona Sono, reżysera specjalizującego się w filmach pokręconych, pełnych gwałtowności zarówno tematycznej, jak i formalnej (Miłość obnażona, Himizu). Najnowsze dzieło Japończyka to kolejna szalona wizja, bez asekuracji podążająca ku rozmaitym transgresjom ścieżką groteski i przerysowania. Sono z miejsca uderza widzów dziwacznością i utrzymuje całą dwuipółgodzinną narrację w zawrotnym tempie, klucząc pomiędzy wątkami, a także bez wahania wystawiając na próbę estetyczną wrażliwość widza. W The Forest of Love fabuła podporządkowana jest frenetycznej konwencji, obliczonej na wygenerowanie absurdalnej, poszatkowanej i przesadzonej formy.

Pierwsze pół godziny filmu jest więc po prostu nieznośne – amatorsko wyglądające kadry zmontowane w pozbawiony ładu sposób, karykaturalne postacie (od przesadnie energicznych do pretensjonalnie cierpiętniczych), niechlujne przeplatanie wątków i bijący z poszczególnych elementów fabuły kicz wprawiać mogą w osłupienie i odrzucić. Zostajemy więc na początku niemal zupełnie znieczuleni na meandry i niuanse oglądanej historii – zwyczajnie nie starcza nam czasu na rozważanie serwowanych przez Sono znaczeń, bo zajęci jesteśmy próbami nadążenia za pędzącą na łeb na szyję i na oślep fabułą. W tej zaś roi się od tanich chwytów, nagłych zwrotów akcji, groteskowego humoru, seksualnej perwersji i zakorzenionej w gore makabry. To wszystko składa się na odrzucający chaos, który w połączeniu z pokaźnym metrażem filmu czyni zeń dzieło dosyć ciężkostrawne.

Im dalej jednak brniemy w tę dziwaczną, wyglądającą jak pijany sen scenarzysty wizję, tym bardziej nasyca się ona przewrotnymi sensami. Nawałnicę dziwaczności przełamują frapujące fragmenty liryczne, nadające losom bohaterów głębię i tragizm. Zapętlając tematy utraconej niewinności, sadyzmu, masochizmu, manipulacji i nihilistycznej zagłady, Sono stara się stworzyć w The Forest of Love krzywe zwierciadło dla uniwersalnej opowieści o młodzieńczych impulsach pasji i miłości, podatności na manipulację i łatwości przekraczania pewnych granic pod wpływem żywiołu uczuć. Rozpisanie na kilka postaci bohatera zbiorowy i zderzenie go z chłodnym intrygantem, panem Muratą, stwarza przestrzeń dla wyłaniającej się ze śmieszności całkiem poważnej refleksji, tyle że podanej w skrajnie schizofreniczno-groteskowej formie.

Pomimo naprawdę błyskotliwych momentów, pozwalających popłynąć z nurtem zdarzeń i poddać się paradoksalnej atmosferze filmu, The Forest of Love nie jest jednak filmem spełnionym. Sono zbyt chaotycznie rozrzuca fabularne klocki, zbyt często też grzęźnie w zbędnych powtórzeniach, zaburzając rytm narracji. To przekłada się niestety na spłycenie kluczowych motywów, ale przede wszystkim powoduje, że film zapada się pod ciężarem własnej szaleńczości i częściej niż do opętańczego natchnienia zbliża się do bełkotliwości. Rozczarowuje też zakończenie, co prawda nieźle pomyślane, ale wyjątkowo banalnie napisane i nakręcone. Przebłyski rzeczywistej głębi okazują się więc jedynie chwilowymi wzlotami, a obietnica filmowego katharsis pozostaje niezrealizowana.

Finalnie The Forest of Love to zadziwiający, wykraczający poza sztywne ramy gatunków melanż kryminału, komedii, psychologicznego dramatu i makabreski. Japoński film otumania dziwaczną ekspresją, wciąga w jej reguły, jednak na poziomie wiwisekcji charakterów i ich relacji obiecuje więcej, niż w ostatecznym rozrachunku oferuje. Film Siona Sono jest nierówny, drażniący i tylko chwilami porywający. Trudno w zasadzie mieć o to do japońskiego twórcy pretensje. W realizowanej przez niego estetyce łatwo jest przestrzelić, a reżyser nie szuka specjalnych kompromisów. Dlatego, choć The Forest of Love jako całość raczej zawodzi, jego twórcy należy się uznanie za pozostanie wiernym swojej artystycznej tożsamości, i to mimo realizacji projektu dla mainstreamowego giganta.

Ostatnio dodane